W najnowszym numerze...

Mark Strand

Mark Strand urodził się w 1934 roku w Kanadzie, na Prince Edward Island, w świeckiej rodzinie żydowskiej i zmarł w 2014 roku, po ponad pięćdziesięcioletniej karierze literackiej. Był poetą, tłumaczem, autorem esejów i nauczycielem akademickim. Mieszkał w różnych krajach, jako dziecko w Ameryce Południowej i Środkowej. Studiował malarstwo na Yale University, po czym spędził rok na stypendium Fundacji Fullbrighta we Włoszech studiując dziewiętnastowieczną poezję włoską. Po powrocie do Stanów Zjednoczonych otrzymał magisterium z kreatywnego pisania na University of Iowa i ponownie wyruszył na stypendium Fullbrighta, tym razem do Brazylii. Po powrocie rozpoczął długą karierę akademicką na najbardziej prestiżowych amerykańskich uczelniach, by wymienić tylko John Hopkins University, Princeton, University of Chicago czy Columbia University, gdzie Strand pracował od 2004 roku aż do śmierci.

Strand był poetą-instytucją. Wielokrotnie nagradzany, był konsultantem do spraw poezji przy Bibliotece Kongresu USA, laureatem nagrody Pulitzera w dziedzinie poezji i zdobywcą lukratywnego MacArthur Fellowship „dla geniuszy.”

Wiersze Stranda są nostalgiczne w tonacji. Jako że odwołuje się często do obrazów surrealistycznych, porównuje się go do Roberta Bly’a, prezentowanego w Salonie kilka miesięcy temu, choć sam Strand podkreśla, że surrealizm w jego wierszach wynika z jego fascynacji malarstwem Giorgio de Chirico czy Rene Magritte’a.

Wiersze Stranda charakteryzuje potoczny, konkretny język, bez rymów lub regularnego metrum. Jak sam Strand wyjaśniał, poczuwał się do przynależności do międzynarodowej grupy poetów, którzy hołdują prostocie dykcji, surrealistycznemu obrazowaniu i elementom narracyjnym w swoich wierszach.

W kwietniowym wyborze dla czytelników Salonu Literackiego słynny wiersz Stranda „Konsumuję poezję”, jeszcze jeden z wcześniejszych, znanych wierszy poety oraz trzy przykłady wierszy prozą, które Strand pisał w ostatnich latach życia.

Janusz Solarz

 


 

Konsumowanie poezji

Atrament cieknie z kącików moich ust.
Moje szczęście nie ma sobie równych.
Smakuję poezję.

Bibliotekarka nie wierzy własnym oczom.
Patrzy smutnym wzrokiem
i drepcze z dłońmi w fałdach sukienki.

Wiersze przepadły.
Światło przygasło.
Psy biegną w górę po schodach z piwnicy.

Ich gałki oczne powiększają się,
płowe łapy zdają się płonąć jak chrust.
Biedna bibliotekarka zaczyna tupać i łkać.

Nic nie rozumie.
Gdy klękam przed nią i liżę jej dłoń,
krzyczy przerażona.

Jestem nowym człowiekiem.
Warczę na nią i szczekam.
Baraszkuję w książkowej ciemności.

 

 

By świat rzeczy trwał w całości

Na polu
jestem nieobecnością
pola.
Tak zawsze
się dzieje.
Gdziekolwiek jestem,
jestem tym, czego tam nie ma.

Gdy idę,
rozdzielam powietrze,
a powietrze zawsze
wypełnia te miejsca,
w których było moje ciało.

Wszyscy mamy powody
by się przemieszczać.
Ja przemieszczam się
by świat rzeczy trwał w całości.

 

 

Bankier w burdelu ślepych kobiet

Bankier zaszedł do burdelu ślepych kobiet. „Jestem pasterzem”, oznajmił, „i gram na mojej pasterskiej fujarce kiedy tylko mogę, ale mój redyk przepadł, a ja czuję, że w moim życiu znalazłem się w punkcie krytycznym”. „Łatwo poznać z tego jak gadasz”, powiedziała jedna z kobiet, „że jesteś bankierem, który tylko udaje, że jest pasterzem, i że pragniesz byśmy się nad tobą zlitowały. Robimy to bo upadłeś tak nisko, że próbujesz nas oszukać”. „Kochana”, powiedział bankier do tej samej kobiety, „łatwo poznać, że jesteś bogatą wdową, która szuka nieco rozrywki i że wcale nie jesteś ślepa”. „Ten wniosek daje do zrozumienia”, odrzekła kobieta, „że jednak możesz być pasterzem, bo czy bogata wdowa szukałaby rozrywki udając kurwę tylko po to by znaleźć się w łóżku z bankierem?” „No właśnie”, odpowiedział bankier.

 

Jaja jak marzenie, zaniechane cipki

Horacy, ten trup, powiedział, „Uparcie wierzyłem, że gdy nadejdzie jutro, wstanę, nałożę skarpetki, spodenki, pójdę do kuchni, zrobię kawę, przeczytam gazetę i zadzwonię do przyjaciół. Ale jutro nadeszło już beze mnie. Tymczasem, znalazłem się na jasnoniebieskiej kanapie na łące połyskliwej trawy, która wydawała się nie mieć końca”. „Ale obciach”, powiedziała Mildred, która nie była jeszcze trupem, ale za to była za pan brat z Horacym, „ale obciach być tak daleko, nie mieć nic do roboty i na dodatek bez seksu by odciążyć myśli. Doszły mnie słuchy, że wszystkie cipki tam na górze, nawet te najbardziej chętne, rzetelne i energiczne, są zamknięte na amen, a wszystkie jaja, nawet te najbardziej śmiałe i uzdolnione, dyndają sennie pośród chmur jak małe żyrandole.”

 

Tajemnicze nadejście niezwykłego listu

To był długi dzień w biurze i długa jazda do domu, do małego mieszkania. Gdy już dotarłem, pstryknąłem światło i zobaczyłem, że na stole jest koperta zaadresowana do mnie. Gdzie był zegar? Gdzie był kalendarz? To było pismo mojego ojca, ale on nie żył już od ponad czterdziestu lat. Nie inaczej niż mogliby postąpić inni, zacząłem myśleć, że być może, być może, żył jeszcze w tajemnicy gdzieś w pobliżu. Jak inaczej wyjaśnić obecność tej koperty? By się uspokoić, usiadłem, otworzyłem kopertę i wyciągnąłem list. „Drogi Synu”, było początkiem listu. „Drogi Synu”, a potem już nic.

 

Aktualny numer - Strona główna

Powrót do poprzedniej strony


© 2010-2019 Stowarzyszenie Salon Literacki.
Kopiowanie treści zawartych w serwisie wyłącznie za zgodą Redakcji i podaniem źródła pod cytowanym fragmentem, w przypadku portali internetowych - linkiem do serwisu salonliteracki.pl.