W najnowszym numerze...

Richard Wilbur

Tylko dziesięć lat młodszy od Czesława Miłosza, urodzony w 1921 roku Richard Wilbur zalicza się, tak jak Miłosz, do małego grona poetów-szczęściarzy, którzy dożywali późnego wieku w pełni sił twórczych. Ciągle jeszcze piszący Wilbur uznawany jest, w wieku 96 lat, za najwybitniejszego żyjącego amerykańskiego poetę. Zgodziły się w tej mierze dwie poetki, Heather McHugh i Catherine Bowman, pierwsza przedstawiana już czytelnikom Salonu Literackiego, a druga planowana jeszcze w tym roku. Wilbur jest poetą klasycyzującym, a więc w naszych czasach piszącym jakby poza czasem. Cechuje jego wiersze absolutna wirtuozeria formalna, plastyczność słowa, erudycja, muzykalność, dar nietuzinkowego opisu przyrody, wewnętrzne ciepło. Jego wiersze pisane są z miłości do świata.

Wilbur urodził się w Nowym Jorku, a dorastał w miasteczku w stanie New Jersey, o którym mówi, że dawno już pożarł je moloch rozrastających się przedmieść. W czasie wojny światowej służył w amerykańskiej armii, jeżdżąc w okolicach frontu w napakowanej sprzętem nasłuchowym ciężarówce. Był pod Monte Cassino. W okopach napisał swoje pierwsze dorosłe wiersze. Po wojnie skończył studia na Harvardzie i potem, przez wiele lat, pracował na kilku amerykańskich uczelniach. Na jednej z nich, Wesleyan University w stanie Connecticut, był założycielem uniwersyteckiego domu wydawniczego, który do dziś publikuje wiersze poetów z Ameryki i ze świata. Tam wydrukowano, na przykład, pierwszy angielskojęzyczny wybór wierszy Piotra Sommera. Już na początku kariery, w latach pięćdziesiątych ubiegłego wieku, namaszczono Wilbura, za przyzwoleniem samego mistrza, jako następcę Roberta Frosta. Było to jednocześnie błogosławieństwo i przekleństwo. Dochodziły wtedy do głosu nowe, inne rodzaje poetyki, niezbyt przyjazne tradycji, z jej umiarem i dbałością o formę. Wilbur znalazł się na uboczu i nie przestawał pisać. Po drodze stał się autorem fenomenalnych tłumaczeń Moliera i Racine’a, poetów z rosyjskiego kręgu językowego i wierszowanych zagadek z czasów Cesarstwa Rzymskiego. Po drodze, w latach osiemdziesiątych, gdy mieszkał we Francji, zmagał się z poważną depresją i chorobą umysłową. Po drodze napisał kilka cykli niezwykle kreatywnych wierszy dla dzieci. Po drodze był dwukrotnie doradcą Kongresu USA do spraw poezji, a więc w praktyce, „poetą laureatem” Stanów Zjednoczonych. Po drodze zdobył mnóstwo nagród, między innymi Bollingen Prize, którą nagrodzono Czesława Miłosza kilka lat przed Noblem.

Teraz pewnie wypadałoby przekonać czytelników o wielkości Wilbura. Tutaj stoję chyba na straconej pozycji, pozycji typowej dla tłumacza poezji. Jednym z pierwszych wierszy Wilbura, na który się odważyłem był refleksją na temat Sir David Brewster’a, szkockiego naukowca i wynalazcy kalejdoskopu. Miałem taki w dzieciństwie, kupiony na jakimś jarmarku. Moje tłumaczenie zainspirowało Jacka Dehnela do szybkiej riposty, sprawnej, jak zwykle, ale omijającej jedną ważną cechę wiersza Wilbura. Każda strofa jego wiersza jest rymowanym haiku. Po wielu poprawkach, tak wygląda moja wersja:

 

Sir David Brewster i jego zabawka

Spójrz w ten kubełek,
A na spodzie zobaczysz
Garść barwnych szkiełek,

Które, gdy dłużej
Przyjrzysz się i pomyślisz,
Zmienią się w różę;

W katedrze, w farze,
Róża mogłaby w słońcu
Stać się witrażem,

Ale przy wstrząsie
Mieszają się kolory
I w nagłym pląsie

Kwiat rusza w taniec,
A jego kształt i splendor
Ulega zmianie.

Wstrząśnij ponownie
I patrz jak lśniące wiórki
Łączą się zgodnie,

Tworząc raz jeszcze
Sześciokątną pstrokatość
Nieznaną wcześniej.

Trąbią z ołtarza
Że cud po cudzie w niebie
Się nie powtarza.

W kalejdoskopie
Można ćwiczyć nadzieję
Na wierne kopie.

 

Zupełnie niesamowite są te wiersze Wilbura poświęcone naturze. Przyroda wydaje się w nich, choć jest darem niezależnym od człowieka, stwarzana na nowo, przefiltrowana przez wyobraźnię, która nasyca zwyczajne zdawałoby się obrazki odnośnikami do niezwykłych tropów kulturowych. Myślę, że w tych wierszach Wilbur prześcignął swojego mistrza, Roberta Frosta. Oto kilka z nich:

 

Bocianie gniazda

Na samym krańcu pola wzniosłe drzewa stały,
Które w czas letniej burzy płynąć się zdawały

Jak flota galeonów prosto w naszą stronę
Poprzez wzburzony przestwór trawy pomierzwionej,

W pełnym ożaglowaniu, aż do czubka żagli
Czerpiąc przyjemność z tego jak je wicher nagli,

Lecz dziś, gdy liście spadły, to już nie okręty,
Chociaż ich kształt z daleka mógłby zostać wzięty

Za gęstwę nagich masztów w zimowej przystani,
Wśród których widać teraz zarys gniazd bocianich.

 

Pod drzewem

Bogowie w greckich mitach uwielbiali ścigać
Struchlałe nimfy, które w nerwowych podrygach

Wrastały w ziemię aby potem wznieść się w kształcie
Pięknego drzewa, które tłumi myśl o gwałcie:

Ale my inną  miłość znamy — w podnieceniu
Ruchy dwóch ciał splecionych w ognistym półcieniu,

A ponad nimi słychać szum zmierzwionych liści,
Które z potyczki z wichrem chcą czerpać korzyści,

Odpowiadając giętkim ogonkiem i blaszką,
Pieszcząc wiatry, dla których same są igraszką.

 

Las

Niektórzy oprócz dębów nic tu nie zobaczą,
Oprócz wyniosłych koron w zgodzie z majestatem
Rozświetlonego nieba, w zmowie z gromów władzą;
One tłamszą olśnienie tym zmilczonym światem
Gdzie, w cieniu ich konarów, mniejszych drzew ambicje
To łaknienie smug światła, sytość ich odbiciem.

Tam właśnie rośnie dereń: przyćmiony przez dęby,
Niski, ale nieskory do smutków i niży,
Wspina się w stronę słońca tędy i owędy,
Wznosząc w majowej aurze znak maltańskich krzyży.
Tam pnie się w górę oczar, z poszycia, z niziny,
Aby, gdy liście spadną, kwitnąć w zębach zimy.

Skoro do źródła światła droga tak daleka,
Że nic, małe lub duże, zbliżyć się nie może,
Czy nie jest zwykłym głupcem ten, który orzeka,
Że są drzewa bez duszy, las bez łaski bożej?
Wodę z ziemią, z powietrzem, z ogniem można scalać,
Ale myślę, że trudno jeden styl zachwalać,

 

Październikowe klony w Portland

Liście, choć już niewiele życia w nich zostało,
Nie były nigdy przedtem równie nieopadłe,
Ich szeleszczące sito broczyć się zdawało
Tym przez czas porzuconym, rozognionym światłem.

Powietrze zmartwychwstało w kaskadach płomieni,
Których już miało nie być. Przyjaciele wiedli
Spory w językach, które Święty Duch przemienił.
Złociste rzędy świątyń wzdłuż ulicy biegły.

To jest poświata klonów, która wkrótce zgaśnie,
Ale zanim przepadnie, umysły i oczy
Przemyje takim płynem, tak pogodnym blaskiem,
Że długo jeszcze będzie przez pamięć się sączyć.

Tak chusta Matki Boskiej (w starej opowieści,
w której, jak bywa w bajkach, może tlić się życie),
Rozłożona na krzaku rozmarynu, pieści
Blade, mizerne kwiatki w świetlnym kolorycie

Tak czule, że zakwitną skąpane w błękicie.

 

Sadzonki

Tu uparcie coś wyrasta
Z grudek ziemi tak jak z ciasta,
Tworząc chrupkie rumowisko.
Wznosi się by zgiąć się nisko,
Całkiem jak zielony spinacz.
Może tak się klon zaczyna,
Albo karczoch lub fasola.
Czas wyjawi sekret pola.

Pręcik każdy koniec czuje,
koniec końcem się prostuje,
Strząsa z siebie łusek kiście,
Wstaje i otwiera liście,
Jednak nie ma wciąż pewności
Co do znaków tożsamości.
Liście, chociaż już powstały,
Są skulone, jakby spały.

Ta roślinka zmienia postać
Chcąc zarodkiem wciąż pozostać,
Powiększać się i unikać
Zguby, która z form wynika,
Wzrastać tak nieokreślona,
Aż tam wspiąć się gdzie czas kona
By wypełnić przestrzeń całą,
Stać się drzewem, które śmiało
Bierze gwiazdy za owoce.

Ale w dole inne moce,
Bardziej pilne od tych chęci,
Rozwój liści chcą rozkręcić,
I roślina pogodzona
Z tym, że jest już określona,
Zanim przyjdzie jej się bratać
Z nieskończonością wszechświata,
Mierząc z ziemi niebo całe,
Rozgałęzia się z zapałem.

 

Szalotka

Gładkie zbocza
Pośladków, wyniosła
Krągłość brzucha, skośna
Szczelina krocza –

Z tej pochwy tak
Mocno tkwiącej w udach
Wznosi się łodyżka
I kwitnący kwiat.

 

Innym wyróżnikiem wierszy Wilbura jest to, że często w kapsułce kilku zwrotek opowiadają jakąś krótką historię, historię zachwytu nad przypadkowym pięknem lub zadumy nad nieprzypadkowym złem.

 

Przejście

Choć tej kobiety nie pamiętam wcale,
Wychodzi z mroku z bramy pod portalem
Tak bosko piękna, że czas nie podpowie
Czy jej uroda czy on sam ma spłowieć.

Czy drżeć, że kiedy wciąga rękawiczki,
Widma miłości w szyku heraldycznym
Straszą z nadproża? Że słońce wyblakło
Zapominając komu służy światło?

Tak czy inaczej, krokiem baletnicy
Kobieta idzie ścieżką ku ulicy,
A za nią cienie, jej ciała atrapy,
Jakby w powietrzu pejcz wytyczał mapy.

 

 

W lesie bez ścieżek

W lesie bez ścieżek znalazłem zdziwiony
Cztery ogromne rozłożyste klony,
Stojące w rzędzie jakby ktoś przed laty
Tam je zasadził przed oknami chaty
Dla cienia oraz by zaznaczyć miedzę.
Rozglądałem się, myśląc, że wyśledzę
ślady po kołach do drzew równoległe,
Ale na darmo, więc drogi przyległej
Pewnie nie było. Nikt też nie wytyczył
Kwadratowego zarysu piwnicy,
Więc szedłem dalej, ciekaw jaki związek
Pozwala wzorom grabowych gałązek
Albo spiralom szyszek pod drzewami
Ponad ludzkimi stać geometriami.

 

Litość

Niosła go w tym dniu pozbawionym światła
Każda ulica jak nieśpieszny kanał,
Jak lejek, którym sączy się ćwierkana
skarga, do miejsca gdzie ona upadła.

Głodny kanarek wzywał go dzień cały
W piszczeniu opon, w gwizdach gazeciarzy,
W syrenach mknącej do pożaru straży,
Aż w głowie czarne myśli zaświtały.

Wrócił i wspiął się na piętro po zmierzchu,
Ominął zwłoki i klatkę otworzył,
A ptak wyfrunął oknem na świat boży
Tak jak myśl chora z klatki mózgu pierzcha.

 

Co mnie, na koniec, dodatkowo usposabia pozytywnie do twórczości Wilbura, to jego wiersze dla dzieci. Jest cała seria precyzująca wagę kolejnych liter alfabetu, chyba nieprzetłumaczalna na polski. Tutaj proponuję Państwu kilka wierszy z zabawnego cyklu Przeciwieństwa:

 

Naprzeciw kaczki stoi kaczor.
Pamiętaj o tym kiedy kwaczą!
Pierwsza jest żeńska, drugi męski,
I pisząc list nie ponieś klęski,
Pisz „Drogi Panie” do kaczora,
I „Droga Pani” gdy jej pora.
Gdy zaś dziennikarz chwali swój fach,
Przeciwstaw kaczce zwyczajny fakt.

 

***

Myślę, że przeciwieństwem owiec
Jest nocka bez zmrużenia powiek.
Mnożąc jagnięta i barany,
Wiercisz się ciągle niedospany,
A pod sufitem sępy krążą
I głodnym wzrokiem ciemność drążą.
Wszystkie spod oka ciebie śledzą
Byś wiedział, że o tobie wiedzą.

 

***

Co brać za przeciwieństwo księcia?
Z pewnością żabę, bo zaklęcia
Czarownic w bajkach tak działają,
Że księcia na wskroś przemieniają,
Robiąc go nie do rozpoznania
Kiedy bez berła i ubrania,
Smutny, zielony wskutek czarów,
Siedzi na liściu nenufaru.

 

***

Naprzeciw echa ten krzyk siada,
Na który echo odpowiada.
Nie twierdzę tu, że ich rozmowa
Ma diametralnie różne słowa.
Gdy ktoś zawoła, „Jak ci leci?”
Lub „Jak się miewa żona, dzieci?”
Albo „Te wiersze to są gnioty,”
Echo powtarza co do joty.
A jednak to są przeciwieństwa
Właśnie na skutek podobieństwa.
Nieśmiałe echo nic nie powie
Jeśli nie krzyknie najpierw człowiek.

 

***

Z jakim nemezis zmaga się aktor?
Tu odpowiedzią jest zwykły traktor.
Wiem, rym prostacki, gwałt w biały dzień,
Ale poeta to czasem leń.

A na poważnie, gwoli ścisłości,
Aktor na scenie gra różnych gości,
Może być każdym, ma styl i gest
Udając w roli, że tym kimś jest.

Mój przyjacielu, jak mi się zdaje,
Nie jest aktorem, kto nie udaje,
Ale jest sobą, nie kłamie w twarz.
Jestem Romeo. Kogo ty grasz?

Janusz Solarz

 

Prawa autorskie do wszystkich zamieszczonych powyżej tłumaczeń: Janusz Solarz

 

Aktualny numer - Strona główna

Powrót do poprzedniej strony


© 2010-2017 Stowarzyszenie Salon Literacki.
Kopiowanie treści zawartych w serwisie wyłącznie za zgodą Redakcji i podaniem źródła pod cytowanym fragmentem, w przypadku portali internetowych - linkiem do serwisu salonliteracki.pl.