W najnowszym numerze...

Ted Kooser

Ted Kooser urodził się w roku wybuchu drugiej wojny światowej w małym miasteczku, Ames, w stanie Iowa. Spędzi całe swoje życie w wiejskich okolicach Środkowego Zachodu, tam gdzie rozrywką, wśród nudy płaskiego krajobrazu i hektarów kukurydzianych zagonów, są często przechodzące tornada. Po ukończeniu studiów licencjackich, próbował studiować pisanie poezji na University of Nebraska w Lincoln, ale zrezygnował po pierwszym roku przyznając, że był raczej kiepskim studentem. Zakrawa na ironię, że dziś, po latach, jest zasłużonym profesorem poezji na tej samej uczelni.

Ten niepozorny z wyglądu mężczyzna spędził większość swojego zawodowego życia, zanim został profesorem, jako pracownik firmy specjalizującej się w sprzedaży ubezpieczeń na życie. Dosłużył się w niej nawet stanowiska wiceprezesa. Wiersze pisał w chwilach wolnych po pracy. Uważa się go dzisiaj za jednego z najważniejszych amerykańskich poetów ostatniego półwiecza. Nagradzano go nagrodą Pulitzera, był też konsultantem do spraw poezji przy Bibliotece Waszyngtońskiej, a więc de facto poetą laureatem Stanów Zjednoczonych.

Mimo tego uznania, Kooser pozostał poetą lokalnym, bardem porzuconych gospodarstw na równinach stanu Kansas, piewcą prostych ludzi i ich spraw. Chciał, jak wielokrotnie powtarzał, pisać poezję przystępną, bez falbanek formalnych udziwnień i bez krępujących wymogów klasycznej, tradycyjnej poezji. Jego wiersze mają często konwersacyjny ton, podchodzą do zadania poezji z ironią i dystansem.

Prostota jego wierszy jest jednak pozorna. Koncentrując się na codziennych przedmiotach, na puszce pełnej starych guzików, na malowanych na porcelanie obrazkach, na podróży pająka po dnie wanny w łazience, Kooser dokumentuje przemijanie pewnego rodzaju życia. Przodkowie i to co oni mu pozostawili to częste tematy jego wierszy. Kooser probuje jednak unikać nostalgii. Przeszłość jest ważna, ale pełna cierpień i wyrzeczeń i dlatego właśnie piękna.

Napisałem do niego z prośbą o pozwolenie na publikację kilku z jego wierszy prawie rok temu, wymieniając kilka tytułów. Odpowiedział szybko, pytając między innymi, o który wiersz urodzinowy mi chodzi. Nie wiedziałem, że jest ich więcej. W dzisiejszym wyborze pojawiają się dwa z nich. Kooser nie miał zbyt wiele cierpliwości dla natręta z innego kręgu językowego, ale,  w zgodzie ze swoją długoletnią profesją w dziedzinie finasów, podkreślił, że nie chce ode mnie żadnych pieniędzy, co przekonało wydawców z University of Pittsburgh Press do wyrażenia zgody na publikację czterech wybranych na ten miesiąc wierszy. Jest wśród nich jeden z moich ulubionych, ten o poszukiwaniu idealnego czytelnika.

Janusz Solarz

 


 

Wiersz na urodziny

Zaraz po świcie, słońce opiera
ciężką czerwoną głowę
na czarnej sztaludze drzew,
czekając aż ktoś przyjdzie
z wiaderkiem
po spienione białe światło,
a potem długie godziny na pastwisku.
Ja też spędzam moje dni na skubaniu,
rozkoszując się każdą zieloną chwilą
do czasu aż zawoła noc,
i razem z innymi
zanurzę się w ciemności,
potrząsając blaszanym dzwoneczkiem
mojego imienia i nazwiska.

 

Pomyje

Trzaśnięcie drzwi z moskitierą, głuchy stukot
niezgrabnych czarnych buciorów mojej babki
na podeście z drewna, wyciszona zamaszystość
jej kroków, sęki kolan pod podomką z bawełny,
aż do skraju podwórka i nagle, po zatrzymaniu,
po gwałtownym, zasapanym obrocie i zamachu,
most, który wylewa się z jej czerwonych dłoni
i przez pół wieku trwa zawieszony w świetle
ponad gdakaniem zdezorientowanych kur,
nad rozkołysanymi pokrzywami i krostawcem,
nad zamulonym zboczem opadającym do strumyka,
ponad stadkiem krasnoskrzydłych kosów
w gałęziach wierzb – wspaniała tęcza
z rozhuśtaną, pustą już miską na jednym końcu.

 

Wybieranie czytelnika

Po pierwsze, życzyłbym sobie by była piękna
i by stąpała ostrożnie po moich wierszach
w najbardziej samotnej chwili popołudnia,
jej włosy ciągle wilgotne na karku
po umyciu. Powinna mieć na sobie
płaszcz z ortalionu, stary, przybrudzony,
bo brak jej pieniędzy na chemiczną pralnię.
Wyjmie swoje okulary, i tam na miejscu
w księgarni, zacznie wertować
moje wiersze, a potem odłoży książkę
na półkę. I powie sama do siebie,
„Za taką forsę mogłabym oddać
mój płaszcz do pralni.” I tak właśnie zrobi.

 

Urodziny

Wieczorem siedziałem przy otwartym oknie
i czytałem aż stało się ciemno, a książka
była co najwyżej fragmentem ciemności.
Mogłem bez wysiłku włączyć lampę,
ale chciałem po dniu zanurzyć się w nocy,
chciałem siedzieć sam i gładzić kartki
bladym ziemistym widmem mojej dłoni.

 

Aktualny numer - Strona główna

Powrót do poprzedniej strony


© 2010-2019 Stowarzyszenie Salon Literacki.
Kopiowanie treści zawartych w serwisie wyłącznie za zgodą Redakcji i podaniem źródła pod cytowanym fragmentem, w przypadku portali internetowych - linkiem do serwisu salonliteracki.pl.