W najnowszym numerze...

Billy Collins

Uważany za „najpopularniejszego poetę w Ameryce”, Billy Collins jest rzeczywiście pod wieloma względami fenomenem. Na jego wieczory autorskie przychodzą tłumy, jego wybory wierszy rozchodzą się w wielotysięcznych nakładach, a on sam z powodzeniem mógłby się całkiem nieźle utrzymać z honorariów, które wypłacają mu wydawcy. Jest już od ponad czterdziestu lat obecny na amerykańskim rynku literackim, a jeden z wyborów jego wierszy podbił nawet hołdującą innym gustom poetyckim Wielką Brytanię. Jak wytłumaczyć ten sukces? Trzeba zacząć od tego, że zanim Collins został maszynowym twórcą bestsellerów, przez kilka lat daremnie wysyłał swoje wiersze do wydawców. Do czasu, jak mi opowiedział znajomy poeta, Ron Price, który uczy w Juilliard School, renomowanym nowojorskim konserwatorium, aż James Dickey, popularny w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku poeta i redaktor, odpisał mu wskazując na jeden wiersz Collinsa i zaznaczając, że gdyby miał ze trzy tuziny podobnych byłaby całkiem niezła książka. Collins zabrał się do pracy i wkrótce nie musiał już prosić wydawców, to raczej oni zaczęli monitować go o nowe wiersze. Co jest źródłem tego sukcesu?

Jego wiersze zdają się często być częścią rozmowy, mają konwersacyjny charakter, skrzą się od poczucia humoru, obfitują w podawane z przymrużeniem oka prawdy o codzienności, o czytaniu i pisaniu, często bardziej poważnie niż się wydają przy pobieżnym przeczytaniu. Sam Collins tak określa swoje pisanie: „jest to poezja klasy średniej, domowa, wywodząca się z przedmieść i wcale się tego nie wstydzi.”

Billy Collins urodził się w Nowym Jorku w 1941 roku. Otrzymał doktorat z literatury angielskiej na University of California w Riverside i przez wiele lat uczył na Columbia University, Sarah Lawrence University (nota bene, najdroższa amerykańska uczelnia), i w Lehman College, jednym z kampusów City University of New York, gdzie dosłużył się tytułu „Distinguished Professor”. Od kilku lat na emeryturze, wciąż uczy w zmniejszonym wymiarze godzin na Uniwersytecie Stanowym Nowego Jorku w Stonybrook, gdzie przed laty był profesorem nasz wybitny znawca Szekspira, Jan Kott. Jest Collins ponadto obsypany nagrodami i zaszczytami, dla których mogłoby tu zabraknąć miejsca. Stypendia Fundacji Guggenheima, dwukrotnie stanowisko poety laureata Stanów Zjednoczonych, nagrody Pulitzera to tylko czubek góry lodowej.

Co podkreślają krytycy? Przede wszystkim umiejętność poety nawiązania kontaktu z czytelnikiem, tak jakby obowiązywał między nimi sekretny pakt. Collins ma, według nich, niepowtarzalny styl i wybiera dla swoich wierszy niezwykłe tematy, które „pomagają czytelnikom stanąć twarzą w twarz z tajemnicą istnienia”. Rzadko, jak wielu z krytyków podkreśla, zdarzają się wiersze tak pozornie proste i przejrzyste, które w miarę czytania stają się wieloznaczne, prowokujące do myślenia, lub, gdy się nad nimi zastanowić, po prostu mądre.

W tym wydaniu mojej comiesięcznej kolumny w Salonie Literackim chciałem Państwu przedstawić cztery wiersze Collinsa, które, jak mam nadzieję, rzucą nieco światła na jego metody twórcze, na jego rodzaj wrażliwości, na swoisty rodzaj humoru obecny w jego poezji.

Wiersz pierwszy bierze za punkt wyjścia ciekawy zwyczaj wielu amerykańskich knajp, szczególnie w porze wieczornej, by nastawiać ścienne zegary tak by pokazywały czas z piętnastominutowym wyprzedzeniem. Ma to pomóc zamknąć przybytek o w miarę punktualnej porze, zmuszając bywalców by skończyli swoje drinki bez większych opóźnień. Collins patrzy na ten zwyczaj tak jakby tam, w świątyniach alkoholu, czas rzeczywiście wyprzedzał ten nudny czas na zewnątrz, jakby to było miejsce wyjątkowe, z którego widzi się z punktu już w przyszłości zdarzenie przeszłe.

 

Knajpiany czas

W zgodzie z powszechnym knajpianym zwyczajem
zegar nastawiono tutaj piętnaście minut do przodu
w stosunku do zegarów zewnętrznego świata.

Czyni to z nas dość zaawansowaną grupę,
gdy tak pijemy w nieznanej przyszłości,
odporni na kłopoty bieżącej chwili,
w bezpiecznej przystani o kwadrans
poza zasięgiem teraźniejszych zmartwień.

Nic dziwnego, że tak beztroskiej radości dostarcza
doglądanie ognika papierosa,
wpatrywanie się w szklankę whisky z lodem,
sączenie tej zimnej rdzy,

albo spoglądanie na ulicę za oknem
gdzie Zwyczajny Czas przemyka przygarbiony w palcie,
krople deszczu spływające po rondzie kapelusza,
popołudniówka wystająca z kieszeni jak sztandar.

 

Co ciekawe, zdarzyło mi się natrafić na właściciela knajpy, który, zafascynowany tym wierszem, nagrał go i udostępnił na YouTube. Jest to jeszcze jeden przyczynek do popularności tego poety.

 

 

Następny wiersz jest tekstem instruktażowym, wierszem z kategorii tekstów „how-to,” tak typowych dla pewnego nurtu literatury amerykańskiej, by wspomnieć tu tylko o Benjaminie Franklinie czy Henrym Thoreau. A przedmiotem instruktażu jest tutaj jak napisać sonet (Collins ma podobny wiersz o tym jak napisać villanellę i rewelacyjny wiersz o tym jak rozebrać Emily Dickinson).

 

Sonet

Trzeba wszystkiego czternaście linijek, no, teraz jedną mniej,
a po tej linijce jeszcze tylko tuzin
by zwodować stateczek na targanych sztormem morzach miłości,
wtedy pozostanie tylko dziesięć wersów jak rządków fasoli.
Jak gładko to idzie, chyba że zechcesz po elżbietańsku
i nalegać będziesz aby rozbrzmiewały bębenki jambów,
a rymy ustawione były regularnie na końcach linijek,
po jednym na każdą stację krzyża.
Trzymaj się mocno bo przed nami zakręt
do sześciu ostatnich gdzie wszystko stanie się jasne,
gdzie tęsknota i rozpacz dotrą do kresu,
gdzie Laura poprosi Petrarkę by odłożył pióro,
zdjął te śmieszne dworskie rajstopy,
zdmuchnął świecę, i nareszcie poszedł do łóżka.

 

 

Nie wiem jakim człowiekiem jest Billy Collins w życiu prywatnym. Czy jest zarozumiały czy skromny? Z wierszy wynika natomiast, że ma zdrowy dystans do poezji i własnego w niej miejsca. O tym jest ten krótki, następny wiersz

 

Feedback

Kobieta która napisała z Phoenix
po moim wieczorze autorskim

by mi przekazać że wszyscy ciągle o tym mówią

właśnie napisała ponownie
by mi powiedzieć że już przestali.

 

Na koniec kilka słów o ulubionej poetce Billy'ego Collinsa. Jest nią Wisława Szymborska. Nie zaskakuje mnie to zbytnio, jako że obydwoje pisali wiersze, które dla czytelników z poczuciem humoru mogły być bodźcem do radosnego chichotu. Ostatni z dziś prezentowanych wierszy nawiązuje w swoim motcie do wiersza naszej noblistki.

 

Moje nienarodzone dzieci

…ze wszystkich dzieci, tylko te które się urodziły
Wisława Szymborska

Mam ich tyle, że czasem tracę rachubę,
kilkaset podczas ostatniego rachunku,
ale to było wiele lat temu.

Pamiętam, że jedno było z marmuru,
a jeszcze jedno wyglądało niekiedy
jak pingwin a niekiedy jak biały kwiat.

Wiele z nich pojawiało się tylko w snach
lub kiedy pisałem wiersz
skostniałymi palcami w domu skąpca.

Inne były podobne do mnie
gdy patrzę przez okno w starej koszuli
by potem gapić się w ciemność.

Żadne z nich nie dość dobre na drużynę lacrosse,
ale wszystkie napawały mnie dumą
tak samo jak w dniu, w którym nie doszło do ich narodzin.

Kto wie –
może dziś wieczorem lub później w tygodniu
nie narodzi się jeszcze jedno z moich dzieci.

Wyobrażam je sobie jako bobasa
naguśkiego pod sufitem wyklejonym gwiazdami,
ale tylko przez krótką chwilę,

potem pojawia się jako mnich w szarym habicie
spacerujący tam i nazad
na wysypanym żużlem dziedzińcu wymyślonego klasztoru,

z pochyloną głową, pytający sam siebie gdzie się podziałem.

 

Prawa autorskie do zamieszczonych przekładów: Janusz Solarz

 

Aktualny numer - Strona główna

Powrót do poprzedniej strony


© 2010-2017 Stowarzyszenie Salon Literacki.
Kopiowanie treści zawartych w serwisie wyłącznie za zgodą Redakcji i podaniem źródła pod cytowanym fragmentem, w przypadku portali internetowych - linkiem do serwisu salonliteracki.pl.