W najnowszym numerze...

Joseph Stroud

Joseph Stroud był dla mnie odkryciem przypadkowym. Dokonało się ono jakieś osiem albo dziewięć lat temu gdy mieszkałem jeszcze w okolicach Nowego Jorku. Wspaniała, mała, lecz świetnie zaopatrzona księgarnia Posnam na stacji Grand Central w samym środku Manhattanu była moim ulubionym miejscem oczekiwania na pociąg, który zabierał mnie z pracy do domu. Tam właśnie natknąłem się na wiersze wybrane Strouda, wydane przez fenomenalnych promotorów poezji, wydawnictwo Copper Canyon Press.

Stroud urodził się w 1943 roku w Glendale w Kalifornii, uczęszczał na kilka kalifornijskich uniwersytetów, uczył przez ponad trzydzieści lat w Cabrillo College w Kalifornii i ciągle tam mieszka, dzieląc swój czas na emeryturze pomiędzy Santa Cruz, uniwersyteckim miastem nad Pacyfikiem, i domem na przedgórzu Sierra Nevada.  W czasie blisko pięćdziesięcioletniej kariery poetyckiej wydał tylko pięć książek, ale wiersze w nich zawarte są bardzo różnorodne, od utworów narracyjnych, do krótkich kontemplacji świata przyrody czy tez cyklu tradycyjnych ód. Można doszukiwać się w jego wierszach wszelakich globalnych inspiracji, od poezji Li Po,  przez Federiko Garciję Lorkę, do Pabla Nerudy. Krajobrazy z licznych podróży autora, do Azji (Wietnam i Laos), do Meksyku i Hiszpanii, też znajdują swoje odzwierciedlenie w jego wierszach. Jego bliskim przyjacielem jest Robert Hass, zaufany powiernik Czesława Miłosza, jest więc wielce prawdopodobne, że znał osobiście naszego noblistę, tym bardziej, że cała trójka ulegała w mniejszym lub większym stopniu wpływom dalekiego orientu.

Wybrałem dzisiaj dla czytelników Salonu Literackiego pięć wierszy z dorobku autora. Cztery z nich to sześciowersowe “medytacje” poetyckie, które mnie oczarowały gdy po raz pierwszy czytałem jego wiersze w podmiejskim pociągu sunącym na północ od Nowego Jorku  równolegle do majestatycznej rzeki Hudson. Lubię te wiersze do dzisiaj. Myślę, że doskonale ogniskują główne cechy poezji tego autora, erudycję, umiejętność syntetycznego spojrzenia na niezwykłość rzeczy zdawałoby się całkiem zwyczajnych, pokaźną dozę liryzmu, przewrotność skojarzeń. Piąty wiersz wydawał mi się tematycznym uzupełnieniem mojego ulubionego wiersza tego autora, o próbie ucieczki przed przyjęciem do świadomości faktu śmierci ojca.

Zapraszam do lektury.

Janusz Solarz

 


 

Odczytanie: Wallace Stevens

Zamykam książkę i spoglądam przez okno
w stronę wzgórza za chatą gdzie rogacz
i dwie łanie przemykają przez zacienione
i nasłonecznione miejsca pośród sosen,
znikając na tle barw, które noszą na sobie,
ukazując się na tle barw, których w nich brak.

 

Praktyka

Kokinszu mówi, że poezja powinna poruszyć niebo
i ziemię, rozbudzić uczucia niewidzialnych bogów,
załagodzić relacje między mężczyzną i kobietą,
ukoić serce nieustraszonego wojownika. Tak,
to jasne! Ale poeci wiedzą, że prawdziwa trudność
polega na przejściu od jednej linijki do następnej.

 

To trudniejsze tłumaczenie miłości

Mniej więcej po pięciu latach małżeństwa
pomyślał, że jego serce w końcu dokonało przekładu.
Ale było to jak tej nocy na festiwalu filmów obcojęzycznych
gdy niespodziewanie w połowie seansu
przeskoczyli z napisów do głosu lektora
i przez chwilę wydawało mu się, że rozumie po rumuńsku.

 

Nie byłem przygotowany na śmierć mojego ojca

Na równinach La Manczy spotkałem Don Kichota. Chciałem mu powiedzieć,
że uciekam przed śmiercią mojego ojca. Pociągiem do Toledo,
w światło El Greco, w deszcz padający nad Tagiem,
w oliwne gaje, do wnętrza katedry, uciekałem. I w końcu w Cervantesa -
pragnąłem dołączyć do Sanczo, tak jak on być na rycerskiej służbie, i jechać
do Montiel. Niechże ktoś zamknie książkę. Zatrzyma mnie w niej.

 

Pochodzenie

Chciałem wam opowiedzieć historię
tej zimy w Madrycie, gdzie mieszkałem
w pokoju bez okien, gdzie współżyłem
ze śmiercią mojego ojca, nosząc ją
ze sobą wszędzie, w labiryncie ulic,
tak jakby była rzeczą, książką napisaną
w świetlnym języku, którego nie mogłem odczytać.
Co dnia wychodziłem z pokoju i błądziłem
na rozległych placach tego miasta,
na bulwarach w natłoku ludzi i samochodów.
Nie było miejsca, do którego chciałem dojść.

 

Prawa autorskie do wszystkich zamieszczonych powyżej tłumaczeń: Janusz Solarz

 

Aktualny numer - Strona główna

Powrót do poprzedniej strony


© 2010-2017 Stowarzyszenie Salon Literacki.
Kopiowanie treści zawartych w serwisie wyłącznie za zgodą Redakcji i podaniem źródła pod cytowanym fragmentem, w przypadku portali internetowych - linkiem do serwisu salonliteracki.pl.