W najnowszym numerze...

Michał Pranke

Dla „towarzystwa” wierszom Wojciecha Kassa daję wiersze Michała Prankego, poety z o wiele mniejszym dorobkiem, ale niewątpliwie ciekawego.

To poezja zdecydowanie mniej liryczna, momentami bardziej skupiona na detalu niż nastroju, ale uważny czytelnik wyłapie pewne podobieństwa w konstruowaniu obrazu. Moim zdaniem kolejne literackie kroki Michała Prankego należy uważnie obserwować.

Polecam.
Paweł Podlipniak

 


 

Michał Pranke (1991) - poeta, autor książki z wierszami b (Łódź 2015). Książka cd ukaże się w roku 2017. Mieszka w Toruniu.

 


 

Kto?

To miejsce nadal żyje – powiedziała w drodze na skróty, na skróty, a
koło neonów, neonów w perspektywie zdjęcia z krzyża. A zanim
chmura lasu w odsłuch i błyska neon na powrót, mówi: to miejsce

Nadal żyje. Dla petard. Nie dla nich. Nie, nie – powiedziała: gdyby
tylko koło i wejście w podwójne księżyce, kostka, kość i powietrze
rozprężone w efekt chmur lasu, neony, neony i mnóstwo ich blasku,

Gdyby tylko w koło księżyce, kości i krzyże z patyków skręconych z
tych nocy, neony i dobra, neony i dobra rozłożone u podstaw tych
zdarzeń: sterta posągów bez głowy, ramion i twarzy, i różne sprzęty

Dla wrażeń o barwie lastryko: neonowe witryny, tarcze i struny: jak
miałby zacząć się dzień wybrany z nocy? Kości, oścież, a pół bloku
śpi oknami w dwukropki i widzenie znienacka ciąży ku ziemi, co jej

Długo nie było, a jest. Pół bloku nie śpi: zmyśla uchylone okna, tym
większe, że bezpowrotne, a my: wywracamy ramionami wielkie koła,
ciężkie jak ręcznik – biorąc sobie okolicę zdarzeń od osi obrotowych

Drzwi i prawa w przyrodzie, a lewa jeszcze tworzy krzyż: rozkładam,
bo muszę obejmować to, czego tu nigdy nie było. Słychać? Przyjedź
na sygnale, w berka, w piżamie, a jeśli chcesz – weź na siebie nawet

Podsłuch. Przyjdź i na oścież to odtwórz, okno, (kochanie), odtwórz.

 

D#

Pół tonu niżej, pół pokrętła głośniej,
fuzz na fajerwerku ponad górę i kry.

Komu było szarpnąć, rozbić te bańki
na cyfrze? Czemu było się przyjrzeć,

radosna rapsodio?
Estrada. Ragtime.

Solo.

 

Cegły

Wszyscy bogowie zamieszkali w czerwonych wieżach ciśnień
– oni wszyscy widziani przez dworcowe psy, których przecież
nie zobaczysz już w mieście,

wszyscy bogowie zamieszkali w murowanych wieżach ciśnień,
szarowidziani pieskimi oczami – wyglądaliby chyba jak ludzie,
człowieku.

Poza tym spadanie liści i wielkie cienie na ścieżkach. Poza tym,
gościu, dziewczynka w jesiennym ubranku w kółko z daleka od
dróżki. Tak samo jak w bajce:

gdyby Czerwony Kapturek nieustannie nie schodziła ze ścieżki
– mimo że mogłaby przecież gdzieś stanąć – nie byłoby jej ani
tam, ani tu.

Komu na co dziergać dywan, skoro trzeba okorować drzewa na
dom?

 

21st Century Schizoid Man

Ciężko znoszone ubrania i dreszcze z nieba, newsletter z rabatem,
robakiem czy inną żenującą pomyłką przy porannej prasie, i tłum
przesączonych snów, oczywiście, oczywiście w rytmie wyliczenia

mechanicznych operacji na otwartej stronie. W cukrze odnalazłem
mrówkę i przypuszczam, że to ona ponosi za sobą efekt, a nieomal
o motyla tu poszło, myślę. Następnym razem przyślij coś lepszego,

pyszczku. Inaczej wyjdę i przeziębię się, i będę chodzić obmierźle
na podpalanie mrowisk przed deszczem: sprowadzę palony piasek
na chatę i się potopimy w topionym szkle, robaczku, w bursztynie,

pyszczku: blefuj lepiszcze, żeby fala wezbrała zafarbić takie realia
jak choćby potop, co go może zawrze, jak weźmie wzbrać w sobie.
Spokój motylom. Pokój owadom. A rozeznanie coś szepcze i gada,

że zapętlanie w kółko i wzdłuż, to po prostu nadal trwa faza i miks.

2014

 

Fastryga

Najprawdziwsze miejsce, gdzie spotykają się fałsz oraz prawda:
to fałda, to fałda; orzekało kocie wybrzuszenie miasta, orzekało
ranne wynurzenie spod dna jak ta rdzawa zadra, ledwo cerowana,

a już pękła, ale powoli: fastryga po nic, nić, która biegnie, a dokąd
nie pamiętam, orzekała cegła, miasto zajęte jak pochodnia, biegło,
a dokąd nie pamięta, rygor, ścieg, a w efekcie nic, którego pewnie

nie było, bo już nikogo nie było stać, żeby biec i ścigać się; ściec.

 

Czarny czwartek

Gdzieś poza czasem rośnie to źdźbło. Senne łąki, malachitowe
wnętrza: czemu nie pytałaś, temu teraz nie wiesz, a komu było
dzwonić zapomniałem, setny raz wydało się. Co więcej, nadal

obserwuję źródło, które rychło spływa brakiem w metalicznym
nurcie, co na skwar wydarło się jak owad i robak drążący senne
łąki, a choć od dawna nie szukałem tamtego kamienia, tamtego

koloru, wnętrza strzałki, którą rozpościera piorun: poza czasem
zapomniałem więcej, niż bym chciał; może to we śnie umknęło
to złe: nieugięte, półszlachetne, jak nóż skąpany w morzu traw.

Co więcej, potknąłem się. Jak kondukt w jesień. Nieokreślony
przekaz martwych, dartych jak liście, jak niebo darte opadem.
Na razie chłód. Malachitowe wnętrza, senne łąki. Chłód, co razi.

 

Przeczenia

Chciałem opowiedzieć o nie, zmuszony jak perła
wciągnięta w broszkę by błyszczeć. Nie chciałem
mówić: o nie, na czas odmawiania głupich pytań.

Kto był? Kogo nie było? Nie powiem ci nawet o,
gdy nadciągniesz jak niż, wołając: już przyszłam.

 

Chińszczyzna

Kubeczku, kartonowy makaronie i czarny groszku – odnalazłem się
w łyżce prosty jak krzesło, którym w jednej chwili przy tobie znów
podparłem swoje plecy, studnio życzeń, czaro pełna morskiej piany,

Kochanie! Odnalazłem się i zaraz mogłem pieszo, potrzebny jak
praca, jak firma, jak meble na wymiar a szybciej niż czajnik na prąd,
w usta wzięta klusko, nic tylko już wypuścić powietrze na powietrze

i kochać, nie kochać, kochać! Odnaleźć siebie w żyłce odwrotnie
i nurkować w sreberku, przyjąć bezbłędnie pozycję petenta i musnąć
koniuszkiem ten muł: niezmiennie chińszczyzna płynie przez ciebie

przeze mnie, chińszczyzna to ty, smutny klaunie, chińszczyzna to ja.

 

Żelazne rękawiczki

Przerwali mi połączenie od ciebie we mnie gdy palili kukłę Żyda,
gdy miałem o płonących dmuchawcach i spadochronach.

Oczko sieci pękło gdy puste kościoły woniały brunatną nienawiścią,
gdy skóra gładko ogolonych głów nadawała jak bębny,
gdy miałem jak orzeł, reszka i rant pytać o drogę.

Powitanie wypadło mi z ręki, gdy ulicami pełzły sznury rac,
gdy ciężkie ruchy dnia zanosiły pięści w głowy dzieci,
gdy strony się niosły ku sobie drugie, a więc przegrane,
gdy nie my trzęśliśmy się, trzęsło się tło.

Widziałem kawał nerwu w rzece z wosku, rozżarzoną bryłę węgla.
Obejmowałem cię z myślą, że czerwień i biel to także jest uśmiech.

 

Aktualny numer - Strona główna

Powrót do poprzedniej strony


© 2010-2017 Stowarzyszenie Salon Literacki.
Kopiowanie treści zawartych w serwisie wyłącznie za zgodą Redakcji i podaniem źródła pod cytowanym fragmentem, w przypadku portali internetowych - linkiem do serwisu salonliteracki.pl.