W najnowszym numerze...

Czy my, tetrycy, jesteśmy obleśni? Hm, moim zdaniem umiarkowanie. Tak, po 50-tce zaczynamy się ślinić na widok ładnej panienki, a po 70-tce ta obleśność marnieje i na psy schodzi.

Do 50-tki raczej jeszcze się nie ślinimy. Mamy już za sobą kawał życia i co nieco się dorobiliśmy. Koszulka czysta, samochód niezły, dacza nad jeziorem, konto w banku wystarczające, dzieci samodzielne, a my jeszcze pełni werwy. Lowelasi pierwszej klasy! Bywa, że ta „gildia wiekowa” już jest singlami, ale z byłą żoną nadal jesteśmy zaprzyjaźnieni. Wspólne obiadki od czasu do czasu, wspólne święta, wspólne posiady z dawnymi znajomymi itp. Oczywiście nie zawsze tak bywa, bo do tego trzeba mieć klasę. Kultura dźwignią udanego życia!

Moje tetryczenie stanęło w miejscu, gdy zostałem dziadkiem. Moja wnusia, Natalka, odmłodziła mnie o 30 lat. Od razu zabrałem się do edukacji. Już sporo książek jej kupiłem, więc siedzimy sobie na kanapie i palcem pokazujemy, który to piesek, a który to kotek. Pytam Natalki, gdzie ona ma oczko, a gdzie uszko – i ona pokazuje. Wtedy duma mnie rozpiera – moja krew! Jej inteligencja to moje geny, rzecz jasna. Gdy przychodzę do jej domu, to ona zaraz biegnie po książki.

Mimo takich radości nie daję się oszukać własnemu wiekowi. Ostatnio coraz częściej odwiedzam lekarzy. Jeden zagląda mi w ucho, drugi stuka młotkiem w kolano, trzeci wysyła mnie na USG, a czwarty umówił mnie na wizytę za pół roku. Wszystko to ściema – jak się miałem, tak się mam. Zresztą zupełnie nieźle.

Moim bonusem jest to, że jestem powojenny. Koledzy przedwojenni, a już nie daj Boże kombatanci, tylko o wojnie rozmawiają. Jak śpiewał Wiesław Gołas: słuchaj rodaku, czerwone maki, serce… ojczyzna… trzaska koszula, tu… szwabska kula, tu – popatrz – blizna… No, takie wspomnienia mnie ominęły.

Ale czy wy wiecie, kto to był Gołas? Cholera jasna, dla kogo ja piszę te felietony? Wy nawet chyba nie wiecie, kto to byli Bierut i Cyrankiewicz…

I to jest ta gorycz starości! Lata zostawiają nas, tetryków, w epoce, której już nie ma. Że nie ma – to dobrze. Zastanawiam się tylko, czy wasza epoka też tak bzyknie, że dzieciom lub wnukom będziecie wyjaśniali, kto to byli Beata Kempa i Mateusz Morawiecki.

I będziecie wspominać, tak jak ja teraz wspominam. Wiecie na przykład , kto napisał kilkutomowe dzieło pt. W poszukiwaniu straconego czasu? Nieważne. Po co wam to wiedzieć? Będziecie mieli swoje, ważne, powieści i swoich, ważnych, pisarzy.

Ja nie marudzę ani nie robię z was nieuków. Ja chciałbym wam wbić do głowy, jak to dalej będzie. A tak się porobiło, że czas pędzi szybciej niż dawniej. Postęp kiedyś był powolny, teraz jest odrzutowy. Ale nadążycie, bo będziecie do tego przyzwyczajeni od kołyski.

Osobliwie bezczelny jest ten upływa czasu. Bzyknie kilka latek i już 70-tka na karku. Tempus fugit – jak mawiali moi ojcowie (i wasi dziadkowie), którzy jeszcze mieli łacinę w liceum.

A czas, jak mówił inny klasyk, idzie skacząc po górach, przeskakując pagórki… Wszystko się plącze we wspomnieniach, czasami w mgle zanika.

Hm, może dlatego warto pisać pamiętniki, wspomnienia, memuary. Trzymać zdjęcia w rodzinnych albumach. Głaskać grzbiety starych książek…

Leszek Żuliński

 

Aktualny numer - Strona główna

Powrót do poprzedniej strony


© 2010-2018 Stowarzyszenie Salon Literacki.
Kopiowanie treści zawartych w serwisie wyłącznie za zgodą Redakcji i podaniem źródła pod cytowanym fragmentem, w przypadku portali internetowych - linkiem do serwisu salonliteracki.pl.