W najnowszym numerze...

Czesław Markiewicz

Dziś na Salonie gościmy prawdziwego, hm, matuzalema. Czesław Markiewicz, bo o nim mowa, debiutował wtedy, gdy większość z autorów dotychczas publikowanych na naszych łamach albo uczyła się pisać albo nosiła pieluchy w zębach. To poeta wielokrotnie debiutujący, radiowiec, anegdociarz i laureat wielu konkursów poetyckich. 
Wtajemniczeni twierdzą, że autorzy Biblii pomylili się i na początku nie "było słowo" - przed słowem był Czesław Markiewicz.

Zapraszam do lektury.

Paweł Podlipniak

 


 

Czesław Markiewicz - ur. 1954 w Zielonej Górze. Absolwent polonistyki WSP Zielona Góra. Dziennikarz Radia Zachód (publicznego). Publikował m.in.: „Poezja”, „Literatura”, „Odra”, „Nowy Wyraz”, „Borussia”, „Pro Arte”, „Pro Libris”, „Integracje”, „Nowy Medyk”, „Nadodrze”, „Lamus”, „Pegaz Lubuski”„Autograf”, „Akant”, „Okolice”, „Ziemia i Morze”, „Latarnia Morska”, „Łabuź”, „Pomerania”, „Topos”, [fo:pa], „Wakat”, Ślad”, „Red”, „Śląsk”, „Wyspa”, „Poezja dzisiaj”, „Fraza”, „Portret”, „Przegląd Powszechny”, „Notatnik Satyryczny”, „Arterie”; „Bliza”, „Puls”, „GORZÓW in touch”, „Egeria”, „Nestor”. Znaczące antologie: „Poeta jest jak dziecko”, „Spalony raj”, „Mieszkam w wierszu”, „Zachłannie porywa nas czas”, „Żywe oczy wiersza”, „Pieśń zostaje za nami”, „Moment wejścia”, „Od słowa do słowa”. Laureat Lubuskiego Wawrzynu Literackiego (1996) i dwukrotnie Nagrody Kulturalnej Prezydenta Miasta Zielona Góra (1992, 2004). Nominacja Lubuskiego Wawrzynu Literackiego (2009), (2011).
Książki: „Modlitwa oszukanych” – Warszawa 1977. „Pokolenie, które wstępuje” UNIVERISTAS [Wiersze]. „Made in life” – Zielona Góra 1995. Oficyna Wydawnicza AND [Opowiadania]. „Moja wina” – Warszawa 1998. Wydawnictwo PRZEDŚWIT [Wiersze]. „Rozpoznany moment osobności” – Zielona Góra 2000. Oficyna Wydawnicza AND [Szkice krytyczne]. „Przezroczysty” – Wrocław 2002. Oficyna Wydawnicza ATUT [Powieść]. „Niewinne Miasto” – Poznań 2003. Stowarzyszenie Producentów i Dziennikarzy Radiowych [Powieść]. „Zemsta Fabiana” – Zielona Góra 2004. Stowarzyszenie Dialog-Współpraca-Rozwój [Powieść]. „Ale i tak” – Zielona Góra 2007. Muzeum Ziemi Lubuskiej [Wiersze].„Majuskuły” Kraków 2009. MINIATURA [Wiersze]. „80. urodziny Marilyn Monroe” – Chełm. 2011. Wydawnictwo TAWA [Wiersze]. „Rozpoznani spośród” – Zielona Góra 1997. Oficyna Wydawnicza AND [Antologia młodej poezji zielonogórskiej. Opracowanie].

 


 

Grudka soli

W obliczu ludzkości ocalonej przez książki ludzka głupota pozostaje nietknięta.
Nie jakaś poszczególna forma głupoty: kondycja ludzka w danych czasach.
Andre Malraux

Nie czytam starego testamentu w wannie żeby nie poraził mnie prąd,
a grzebanie w torbie na śmieci jest poszukiwaniem kości nielota,
która ugrzęzła w czasie, jak drzazga z krzyża w dłoni Barabasza.

stary Bauman czyta Stasiuka:
zrobiłem w życiu wszystko; wyprowadziłem psa; zerwałem jabłko;
wysuszyłem prześcieradła z pulsowania krwi;
nic nie umknęło bez dotknięcia języka;

masz rację: byt ku śmierci wypiera byt ku wysypisku śmieci;
nawet jeśli wszystko kończy się w granicach błędu aporii;
twoje płynne życie zmienia moje położenie: nie ja jem, to mnie jedzą;
czas jest datą przydatności do spożycia; strach wzmaga pragnienie;
mącenie w głowie zamiast dociekania prawdy (jak nauczałeś)

nie łudź się: to nie będzie nic szczególnie wzniosłego
coś zaledwie albo coś niezupełnie
zostanie grudka soli ćwierć bochenka chleba kilka ziemniaków

 

Skibka chleba

Bo tu, jak widzisz, trzeba biec tak szybko,
jak się potrafi, żeby zostać w tym samym miejscu.
Lewis Carroll

To, co mnie określa, mógłbym złożyć w całość
z kobiałki truskawek albo kwitnącego ryżu.

czy słyszysz drżenie w głosie tych wszystkich mędrców?
najstarsi zwisają spod sufitu kwatery głównej albo katedry pod wezwaniem;
młodsi którzy nie ulegli pokusie nagłej śmierci
po zachodzie słońca szukają światła lamp domowych –
to tylko ćmy i nietoperze; zamiast czarno-białych hybryd
przemawiają ludzkim głosem cienkim jak język polski:
walczymy z poniemieckimi karaluchami i postsowieckimi pluskwami (...)
poza tym wszystkie granice przekroczone.
dlatego zasypiam przy otwartych drzwiach
żeby nikt z zewnątrz nie mógł ich gwałtownie otworzyć.
nasze krowy mają się lepiej niż połowa ludzkości
zamieszkującej tę elohimicką planetę.

kiedy nie ma już nic do jedzenia albo powiedzenia
na odwrotnej stronie porannej grzanki wykrwawiam znak krzyża.
po zawarciu pokoju wychodzi na jaw że to półksiężyc albo gwiazda Syjonu;
wtedy na znak protestu wypalam ostatnią zapałkę
a Chińczycy i tak wyżerają sól z cukierniczki –

 

Pół kartofla

Nic, co rodzi się tutaj, nie trwa długo i nic nie umiera tu raz na zawsze.
Zygmunt Bauman

Braun-Vega miesza farby:
Pius IX czyta gazetę z najświeższym wystąpieniem Jana Pawła II;
masz rację: nieprawdopodobne staje się nieuchronne.
zmiana logo ulubionych cameli przeraża mnie bardziej niż tsunami –
chleb przeistacza się w kamień. stół w pole bitwy.

leżę w płytkim grobie. nikt nie rozpoznaje marki zapachu macierzanki –
ktoś mówi o dogorywającym życiu i żywotnej śmierci.
czy jesteś gotów umrzeć za diamentowe niebo Lusi?
z ust wyrastają kłącza solanum tuberosum –
coś niepospolicie azteckiego staje się pospolicie śródziemnomorskie.
spolegliwość stężona jak wyciąg z konwalii;
nie mniej śmiertelna niż smutek brabanckich wieśniaków
jedzących kartofle w barze McDonald’s
czy pociągają cię wzdęte brzuchy tańczących baletnic Edgara?
jelita świata nabrzmiałe jak żyłka na czole Einsteina;

umieram podczas wypróżniania nadmiernie napinając nerw kulszowy

 

Tanie Linie Kolejowe

Wszystko ma te same korzenie, od oświetlonego silnymi lampami
studia telewizyjnego do ciemnej pustelni w głębi lasu.
Haruki Murakami

między bukiem a tomyślem steward
rozlewa kawę. rudy
mężczyzna z naprzeciwka kartkuje ślepą wierzbę
i śpiącą kobietę. w sąsiednim przedziale
rozlega się cisza. za oknem
zielenieją świątki. maj w agonii. ciepły trup.
nasyp. rów. nasyp. rów –
raz wrzos. raz mak. wrzos za szybki. paralaksa.
mylę się z łubinem. chociaż już po kwitnącej wiśni –
skąd się tutaj wzięła nagle daleko nieswojska;

bóg pośrodku. w środku sarna –
ze wszech miar i raz na zawsze;

z ucha wychodzi myśl. jak ze ślepej wierzby
mucha. Z maku powstałeś i we wrzos się obrócisz –
mówi z pełnymi ustami trzciny. jestem
u początku przez nią wydrążony;

dlatego że nie chce mi się
ani jej zapisać ani przeżyć
najchętniej wykoleić albo zabić –
nasyp. rów. nasyp. rów. nasyp. grób;

tak samo się lękam jak tamten i tamten pasażer;
do celu: jakaś jedna linijka. wzdychające haiku między
próchniejącymi podkładami a rdzewiejącym szlabanem.

 

Nie-dzielę; mnożę powszednio

Jednym z ostatecznych czynników satysfakcji estetycznej jest odkrywanie lub
zaprowadzanie jedności w masie nieuporządkowanych wrażeń, idei, podniet.
Georg Simmel

niedziela dobiera się do mojej wątroby
nikt nie chce zostać moim podmiotem lirycznym
a to nie jest żółć forsycji jak coś wystaje z ust niby
z centralnej stacji odjeżdżające msze powszechne
idą więc spacery spod domów urodzenia na codzienne
oględziny cmentarnych kwater głównych jakby całe
życie w jednym miejscu tam umierają gdzie rodziła matka
niezupełny zapach przypalonych żeberek rozkwaszony
na parapecie smak rabarbaru kontury kobiet przemykające
nad okopami klatek schodzących się seriami przed telewizorem
raczą się racjami kompotu co bardziej odurza niż oburza

tak sobie umieram

w ostatnią niedzielę z niebieską mordą ptaka poczętego
w pierwszy piątek miesiąca jako trzynasty element pokuty
swojego mniej więcej nieznanego ojca

 

Nick

Los to jest dokładnie i akurat to, w co wpadamy
w ucieczce przed tym, co nazywamy losem.
Michał Komar

Tak to się skończy:
pasikoniki będą podskakiwać w pokoju budząc niedźwiedzice
na przekrwionej szybie horyzontu. Piekło będzie jak guzik
niebo jak pętelka. Miejscowi będą marzyć o jakiejś Argentynie
opędzając się od ostatecznych myśli padających jak muchy
na tutejszej pampie. A ja będę przewracał kartki podręcznika
do geografii w miejscu egzegezy właściwych palimpsestów.

Prawdopodobnie nikt nie wyrówna rachunku prawdopodobieństwa.

Powiedzmy że John Lennon wejdzie do pokoju krzyżując sto tysięcy
zmartwychwstających motyli. I trwać będzie wojna. Ulice oślepną
w biały dzień napiętnowane barykadami z rozjechanych jeży. A ja
będę namawiał do odwetu rozdeptane w lesie żuki. Bo granice
wyznaczać będzie odpadająca z pobliskich dębów kora. Tylko tynk
będzie się trzymał w najlepsze na fasadach metropolitalnych urzędów
dajmy na to w daleko realnym Buenos.

Żeby wyjść z tego w całości poskładanym trzeba to wszystko natychmiast
zatrzymać. Choćby w trzy ćwierci drogi. I włożyć jak się wkłada zbroję
mojżeszową laskę w nurt rzeki przypuśćmy pierwszej z brzegu Wisły.
I zawrócić bieg spraw czasu i rzeczy na sam początek –

wykaligrafować literę „a”
przyłożyć usta najbliżej jak można nie raniąc po drodze sutka;

 

Geny. Albo geneza gnozy

Zaskoczenia są nie do zastąpienia. Może i nie do odrobienia.
Miron Białoszewski

o śmierci dowiedzieli się bo ktoś tam
z krewnych przestał kupować karmę dla psa;
bardziej wstydliwe było to pozowanie dwunastoletniej
murzynki i że potem szwedzi spoliczkowali czarną matkę boską;

więc mówią że tylko dziwki słuchają
średniowiecznej muzyki zawsze przy zapalonych świecach; bo
porządne kobiety włączają światło w łazience i jest
tam zupełnie cicho;

najlepsze wiadomości przychodzą zwyczajowo
na końcu; no to ciotki biorą w usta wszystko co wystaje
z ziemi; święte niekończące się nieskoszone pola kukurydzy
przed grudniowymi świętami bożego narodzenia;

ziemia jest tu ich własna; to i to co pod ziemią głęboko
też i to co nad ziemią jeszcze bardziej; więc bawią się
słońcem jak z żółtym latawcem i wujowie jacyś tam
bliżsi rżną nożem niepokalany błękit i mówią
że to tylko lazur;

bombki spadają z choinki już przed trzema królami
to prędko biorą ode mnie numer telefonu i nikt jeszcze
nigdy stamtąd nie oddzwonił; bo to widzisz dzieje się wtedy
gdy jezus chrystus lewitując w gaju oliwnym pokonuje prawa
grawitacji; mówi dziadek mój jakiś przed snem chyba;

i nie uda się tego krajobrazu wyprowadzić w pole
więc zdycha sobie jak pies pod płotem (...)

 

Racje. Lub poetica

Piękno jest czymś, co daje nam poczucie metafizycznej Tajemnicy
bez potwornego osamotnienia we wszechświecie.
Stanisław Ignacy Witkiewicz

1.

trzeźwy dzień święty święci pijany świeckie noce przeklina
puste lodówki puste głowy to nie pleonazm to dylemat
nie zabijesz karalucha biegnącego wzdłuż chlebaka
żeby nie wyżarł ostatnich okruchów bezcennie głodnego chleba

 

2.

prawdziwych mężczyzn poznaje się w necie
jak prawdziwych przyjaciół w biedzie
mówi kobieta w przedziale krzyż-buk
a ja nie mam takiego pociągu
albo nie ma takiej relacji

 

3.

więc czym się różni proza od prozaku
albo poeta od peta

 

Aktualny numer - Strona główna

Powrót do poprzedniej strony


© 2010-2018 Stowarzyszenie Salon Literacki.
Kopiowanie treści zawartych w serwisie wyłącznie za zgodą Redakcji i podaniem źródła pod cytowanym fragmentem, w przypadku portali internetowych - linkiem do serwisu salonliteracki.pl.