W najnowszym numerze...

Jestem literatem renesansowym! A co?! Uświadomiłem to sobie – he, he – kiedy rok po roku zdobywałem wiedzę w posługiwaniu się moim komputerem. Teraz w kompie niestraszne są mi różne zaburzenia, tąpnięcia, awarie, czy szpiegowskie podchody. Coś nie tak – to naprawiam. No? I co wy na to? Owszem, niedaleko mnie mieszka kolega Zbyszek i on przyjeżdża do mojego kompa zawsze, kiedy z czymś sobie nie radzę. I tak będzie zawsze, bo kombinują w naszych komputerach tyle nowinek, że wciąż trzeba się uczyć. Czy potrzebnie? Czasami mam wątpliwości.

Mój komputer jest przeładowany. Tyle lat, tyle lat, więc uzbierało się dużo materiału – wszystkie (liczne) moje teksty, zdjęcia, dokumentacja mojego „dorobku”, linki do witryn, jakie przeglądam, obsługa mojej WWW, którą być może niektórzy z was znają (www.zulinski.pl – reklama dźwignią handlu!) itp., itd.

Na jednym z moich regałów stoi maszyna do pisania marki Consul. Absolutny zabytek. Czasami nostalgicznie ją głaszczę. Kupił mi ją jeszcze w latach 70-tych mój Ojciec (w komisie na Nowym Świecie), bo widział, że piszę i piszę. Boże, jakaż to była zmiana w moim życiu, a koledzy ze studiów mi zazdrościli. Teraz już nikt nikomu kompa nie zazdrości. Komp? – no, zwykła normalka. Do nas, piszących, dobiło pokolenie, które już od początku „wisiało” na komputerze.

Ale wtedy mieć maszynę do pisania to była rzadkość. W roku 1984 nieżyjący już poeta, Zdzisław Jaskuła (1951-2015), wydał tomik pt. Maszyna do pisania. Nie wiedzieć było, czego mu bardziej zazdrościć: maszyny czy tomiku?

A jak byście zareagowali dawnymi czasy, na fakt, że nie było telefonów komórkowych? Ani GPS-sów? Teraz GPS-y są nawet na komórkach, ale jako szanujący się tetryk już wolę w aucie posługiwać się GPS-em normalnym, a nie komórkowym. Ciekawe czym jeszcze – póki żyję – będą mnie maltretowały nowe wynalazki.

My, ludzie starsi, zamiast jechać na wakacje do Sopotu czy na Lazurowe Wybrzeże, wolimy swoją własną chatę za wsią. Była taka książeczka Kraszewskiego pod tytułem Chata za wsią, wydana w 1842 roku, a teraz to nawet te nasze chaty za wsią są wypasionymi daczami, przed którymi stoją mercedesy, a w najgorszym przypadku toyoty. Świat schodzi na psy!

Ciekawe, co będzie – powiedzmy – za 20-30 lat?

Świat dzisiaj przypomina kulę śnieżną, która stacza się w dół z coraz większym impetem, bo obrasta śniegiem. A może raczej świat galopuje pod górę? Wszystko nabrało przyśpieszenia.

A teraz przymknijcie oczy i wyobraźcie sobie, że jest wiek – dajmy na to – XIX-ty. Mieszkacie w drewnianej chacie u podnóża gór, jesteście pisarzem. Przy ciepłej, słonecznej pogodzie wychodzicie na ganek, zapalacie fajeczkę i zaczynacie dalej pisać zaczętą już powieść. Gęsie pióro maczacie w kałamarzu, a jak zdarzy się kleks lub złamie stalówka, to okropne. Owszem, ta ukończona już książka trafia do wydawcy, od niego do drukarni, a tam drukarze ołowiowymi czcionkami układają każde zapisane przez was zdanie. Potem to wszystko odbija się na papierze i jest skrupulatnie „ubierane” w książkę. Ciekaw jestem, jakie były nakłady?

Wyobraźcie sobie jak Mickiewicz wydawał swojego Pana Tadeusza – a był to rok 1834. To była zupełnie inna technologia niż dzisiaj. Ale efekt edytorski był piękny. Dzisiaj nadal mamy piękne książki (a zwłaszcza albumy), ale tamte, dawne miały urok niepowtarzalny. (Nawiasem mówiąc: Mickiewicz wydał Pana Tadeusza w nakładzie 3 tys. egzemplarzy i przeforsował, bo co najmniej połowę tego nakładu trzymał pod wersalka, pardon, pod otomaną). No, zupełnie tak się dzieje dzisiaj z naszymi tomikami…

No więc świat się zmienia, używając galopu (nazwijmy ten galop „technologicznym”). Istota pozostaje ta sama. I to chyba jest najważniejsze. Trochę to przypomina seks, którego wygibasy – jak mniemam – od wieków się nie zmieniły (choć jednak – na szczęście – zdarzają się jeszcze panienki kreatywne). Ale przy tym argumencie się nie upieram, bo tetrycy nie mają świadomości, co na tym polu się zmieniło. Awangardę trudno zrozumieć.

Ja mógłbym swoje minione lata opowiedzieć wspomnieniami samochodowymi. Najpierw miałem fiata 126p. Małe to-to było, ale się jeździło. Mój ojciec dostał talon – zajechałem pociągiem niemal pod fabrykę w Tychach, a wróciłem fiacikiem. Jak panisko się czułem w tym samochodziku. Potem stopa skoczyła mi w górę – nabyłem drogą kupna trabanta combi. No, kochani – to była limuzyna! A teraz to już w ogóle nie pamiętam kolejnych pojazdów.

Są także zmiany na gorsze. Mieszkam w dosyć ładnym, nowoczesnym, sporym domu na tzw. wysokim parterze. Wiecie co ten dom ma pod parterem? Ano ma jeden wielki parking samochodowy. Aza dawnych, porządnych czasów pod parterem były piwnice. W nich trzymało się graty, konfitury i zbędne drobiazgi, ale przede wszystkim węgiel na zimę (bo piece były kaflowe) i skrzynię na ziemniaki. I komu to przeszkadzało?

No, świat schodzi na psy! I tyle mam do powiedzenia w tym felietonie, bo krew mnie zalewa, gdy widzę, jak obumarł dawny, cudny czas.

Leszek Żuliński

 

Aktualny numer - Strona główna

Powrót do poprzedniej strony


© 2010-2018 Stowarzyszenie Salon Literacki.
Kopiowanie treści zawartych w serwisie wyłącznie za zgodą Redakcji i podaniem źródła pod cytowanym fragmentem, w przypadku portali internetowych - linkiem do serwisu salonliteracki.pl.