W najnowszym numerze...

Nie, nie będę zaczynał tej opowieści od hieroglifów i papirusów. Opowiem Wam jak powstawała książka za czasów mojej – ahoj, przygodo! – młodości. Nieustannie musicie zdobywać się na wysiłek pamiętania o fakcie, że wtedy nie było komputerów. To jest klucz do zrozumienia tego, co przeczytacie poniżej.

Otóż tak, komputerów nie było, ale były maszyny do pisania. Gdzieś w połowie moich studiów rodzice kupili mi w prezencie taką maszynę – czeskiego Consula. Cacuszko! Do dziś stoi u mnie na półce jako eksponat muzealny. Maszyn w sklepach nie było, najczęściej trafiało się je w tzw. komisach lub ogłoszeniach gazetowych. No więc musiałem zostać poetą – był powód.

Niebawem, jak już się nauczyłem pisać na tym cacuszku, to napisałem ze czterdzieści wierszy i zaraz zapragnąłem je wydać. O, to nie było takie proste jak teraz. W latach 70., na które przypadła moja literacka młodość, było w Polsce około 80 wydawnictw zajmujących się literaturą piękną lub czymś podobnym. No więc wybierałeś sobie na przykład PIW, Iskry, Wydawnictwo Literackie, Ossolineum, PAX, Czytelnika lub jakąś oficynę z niższej półki, gdzie było łatwiej się przebić. Ale w ogóle, to bardzo trudno – corocznie w Polsce ukazywało się około 20 debiutów poetyckich, dopiero w drugiej połowie lat 70. ta liczba skoczyła do 60-80. Wszystkie wydawnictwa były państwowe – o prywatnych nikt wtedy jeszcze nie słyszał. Nie mieściły się one w ustroju.

No więc wysyłałeś do którejś z oficyn maszynopis z przymilnym liścikiem. Pierwsza rzecz, jaka była obligatoryjna: wszystkie maszynopisy szły do tzw. recenzji wewnętrznej. Krytycy – jeden, dwóch – związani z wydawcą oceniali je i akceptowali (lub nie) do druku. Jeśli dobrze cię ocenili – byłeś wygrany. Dostawałeś do podpisania umowę wydawniczą i czekałeś na dalszy tok sprawy. A nad twoim maszynopisem siedział już redaktor. Etatowo zatrudniony u wydawcy. On ci zgłaszał jakieś poprawki, coś tam usuwał, coś tam kombinował, aż w końcu maszynopis był zredagowany. Zanim trafił do drukarni, szedł jeszcze do hali maszyn. Nazwa szumna i dumna, ale to zazwyczaj był pokoik, gdzie pracowały dwie, trzy maszynistki, przepisując twoje dzieło od nowa i porządnie. I dopiero tak przygotowany maszynopis szedł do drukarni.

No, wcześniej jeszcze szedł do cenzury! Cenzurze podlegały wszystkie druki i publikacje, nawet książki dla dzieci. Gdy oprotestowała jakieś słowo, jakiś wiersz, jakąś ilustrację – trzeba było to usunąć. Nie było zmiłuj. Urzędy cenzorskie funkcjonowały we wszystkich województwach. W centrum Warszawy, na ulicy Mysiej, stała dumnie jej główna siedziba.

Drukowało się książki zazwyczaj w dwóch technikach: typografii lub offsetu. Ta pierwsza była dominująca. Ha!, zecer składał ołowiane czcionki w słowa i kolumny, potem drukarnia odbijała to na papierze i odsyłała do wydawcy. To były tzw. „szczotki” – one szły do korekty. Na etatach były korektorki, które dokładniutko sprawdzały skład zecerski. Autor też taką odbitkę dostawał i robił tzw. korektę autorską. W międzyczasie grafik projektował okładkę książki.

Tekst po korekcie (mogła ona być wielokrotna) wracał do drukarni i jeśli wszystko było OK – szedł na maszyny. Druk został ukończony, potem tylko oprawa i po wszystkim. Tomik twój trafiał do księgarń. Do wielu księgarń. Rozchodził się, bowiem o takim jak dzisiaj zalewie książek nie było mowy, więc nawet debiut wydawany zazwyczaj w tysiącu egzemplarzach znajdował nabywców.

Eldorado? No, pod pewnymi względami tak, pod innymi nie. Zapewne zaletą była dystrybucja i niezła marka oficyn wydawniczych, także pieczołowitość redakcyjna, ale ruch wydawniczy nie był przygotowany do edycji dowolnej liczby tytułów i nakładów, więc przebicie się na światło dzienne to był los na loterii. Oczywiście pisma i konkursy poetyckie lansowały sporo nazwisk jeszcze przed debiutem książkowym, i to też była jakaś rekomendacja dla wydawców. Sukcesy przedtomikowe pomagały, torowały drogę. Podobnie jak dzisiaj.

No i jeszcze jedna sprawa, konieczna do odnotowania. Otóż autorzy tomików otrzymywali honoraria – niezależne od liczby sprzedanych egzemplarzy. Honorarium zależało od objętości tomiku. Od tzw. arkusza, a jeden arkusz to było w przypadku publikacji poetyckiej 700 wersów (włączając w to interlinie). Zaś ceny książek były relatywnie niższe niż obecnie. Tomik poetycki kosztował zazwyczaj w księgarni 10 złotych.

Zasadnicze różnice między wtedy a dzisiaj polegały więc na innej technologii i procedurze drukowania, wydawania i dystrybucji książek. Na „masie ilościowej”, jaka wtedy była nieporównywalnie niższa od obecnej i na tym, że autorzy lepiej wchodzili w obieg, skoro musieli konkurować z dwudziestoma debiutantami, a nie ich setkami.

Czy żal mi tamtych czasów? Nie, na pewno nie, choć trzeba dostrzegać również ich dobre strony mimo tego, że nauczono nas wszystko, co było przed transformacją, ganić.

Leszek Żuliński

 

Aktualny numer - Strona główna

Powrót do poprzedniej strony


© 2010-2019 Stowarzyszenie Salon Literacki.
Kopiowanie treści zawartych w serwisie wyłącznie za zgodą Redakcji i podaniem źródła pod cytowanym fragmentem, w przypadku portali internetowych - linkiem do serwisu salonliteracki.pl.