W najnowszym numerze...

Kolega Płatek, skądinąd Sławomir, zasugerował mi, żebym coś napisał o mojej znajomości z Jarosławem Iwaszkiewiczem. Hm, nie była to znajomość zażyła, bo on był – w zestawieniu z moim wiekiem – postacią matuzalemową, a ja raczkującym ni to polonistą, ni to literatem.

Poznałem bezpośrednio Iwaszkiewicza zaraz po studiach. Swoją pierwszą pracę miałem w Ludowej Spółdzielni Wydawniczej, która akurat szykowała rozstrzygniecie konkursu na książkę prozatorską. Brylował w tej kapitule oczywiście Henryk Bereza, a mnie – żółtodzioba – osadzono w roli sekretarza tego konkursu. Bereza oczywiście, obeznany w bieżącej prozie jak mało kto, był w tym gremium „wydawcą wyroków”, ale Wielki Jarosław dzielnie perorował w ocenianiu przeczytanych tekstów. Bo czytał je sumiennie.

Kilkakrotnie jeździłem do Stawiska, by zawieźć mu nowe maszynopisy i zabrać już te przeczytane. Tak, tak, z ręką na sercu zaświadczam, że czytał wszystko skrupulatnie. Natomiast każdy mój pobyt w Stawisku to było przeżycie. Ja byłem pod wrażeniem jego nimbu i niebywale aktywnego życiorysu, on pod wrażeniem mojej młodości, he, he.

Po pierwsze, posesja miała swój wyjątkowy klimat. Choć była (i jest nadal) położona niedaleko od szosy prowadzącej od Brwinowa przez Pruszków do Warszawy, to jednak przypominała dziki, angielski park. Jakiś taki z XIX wieku. A dom był spory i wręcz „antyczny” w porównaniu z rozmaitymi daczami z tamtej okolicy.

W wielkiej mierze już za życia Iwaszkiewicza dom kojarzył się z muzeum. Wszędzie na ścianach obrazy – i to nie byle jakie, bo znanych, przedwojennych malarzy. W ogóle wszystko było tu „skamandryckie”. A zaraz po skonstatowaniu tej aury tacy goście jak ja dawali się odurzyć cudnymi bibelotami, których w tym domostwie było multum.

Gabinet Mistrza mieścił się na dole. W nim triumfowało wielkie biurko, przy którym pisał, przy którym przyjmował gości. Za młody byłem, by z Nim toczyć wielkie rozmowy, ale nasłuchałem się wielu ciekawostek. W powietrzu zawsze wisiała aura z minionej epoki, o której każdy kto tu bywał, myślał zapewne więcej niż sam Iwacha. Bo on znakomicie i na długie lata wrósł w nowe czasy. Był, także przez długie lata, redaktorem miesięcznika „Twórczość”, która do dziś nie przestała być pismem o dobrej marce. A Iwaszkiewicz wiecznie mi się kojarzy z pomostem, który łączył literacką Polskę przedwojenną i powojenną. Obawiam się, że po wymarciu mojego pokolenia Iwacha „przejdzie do muzeum”. Choć dorobek zostanie. Dla mnie na przykład jego tom Mapa pogody jest jedną z najważniejszych książek poetyckich XX wieku.

Nawiasem mówiąc, Iwaszkiewicz jest dobrze, szczegółowo opisany. Dwie najnowsze o nim książki – Anny Król i Radosława Romaniuka – to solidna robota biograficzna i krytyczna. Polecam!

Iwaszkiewicz i Henryk Bereza znali się oczywiście przez całe lata. Bereza był akuszerem młodej prozy polskiej. A działo się w niej, zwłaszcza w latach 70-tych i 80-tych, bardzo wiele. Nowe nurty i dykcje aż trzęsły naszymi biurkami. Daję głowę, że to zjawisko bez Berezy byłoby uboższe.

Henryk Bereza mieszkał w samym pępku Warszawy, przy ulicy Widok. Mieszkanko miał takie sobie, choć – rzecz jasna – wypełnione książkami. Z jego okna widziało się skrzyżowanie Marszałkowskiej z Alejami Jerozolimskimi oraz tzw. rotundę. W mieszkaniu tym byłem wielokrotnie, bo zawsze łączyło się to z jakimiś konkursami, donoszeniem książek itp. Zazwyczaj widywałem tam Henryka na tzw. bańce. Powiedzmy sobie szczerze: on był alkoholikiem, jednak nie takim z rynsztoków, rzecz jasna, lecz z salonów. Choć jaki tam z niego salonowiec i alkoholik, raczej hedonista otumaniony czytaniem książek. Bo czytał „każdą prozę”. Przez kilka długich lat był akuszerem prozy młodej, wstępującej. I rzeczywiście mieliśmy wtedy istny boom tego gatunku.

Gdzieś to wszystko dzisiaj się rozmyło. Zapomnieliśmy o wielu bezcennych autorach wydobytych przez Berezę (na przykład o znakomicie rokującym Tadeuszu Siejaku, który – niestety – zmarł przedwcześnie). Wydaje mi się, że prozatorskie berło po Berezie przejął krytyk Leszek Bugajski, sęk w tym, że mamy już inne czasy. Ponadto ówczesny boom rozlał się w rzekę niemożliwą do ogarnięcia.

Ja nieustannie recenzuję nowe tomiki poetyckie, ale głowę do teraz mam zatopioną w minionych chmurach. Moi koledzy w dużej części też. Niedawno ukazała się książka Andrzeja Wołosewicza poświęcona Krzysztofowi Gąsiorowskiemu. I dobrze, że Wołosewicz dopiął swego, bo Gąsior to był kawał poety. Podobnie jak Waśkiewicz, Górzański czy Śliwonik.

Kolega Płatek namówił mnie na tego Iwaszkiewicza. No, on był klasykiem za życia i ikoną dwóch epok. Dzisiaj to wszystko wpada w jazgot galopującego czasu, a na dodatek niedawna „klasyka” mało kogo obchodzi. Podmuchy czasu i „róża wiatrów literackich” wszystko rozwiewają. Schowajcie ten mój felietonik głęboko do szuflady i przypomnijcie sobie o nim za 40 lat. Wtedy zrozumiecie, że wszystko przemija, a Iwaszkiewicz wciąż chodzi wokół klombu w Stawisku, tylko stał się jakiś taki niewidoczny i my, którzy go znaliśmy, już zupełnie nie istniejemy.

Leszek Żuliński

 

Aktualny numer - Strona główna

Powrót do poprzedniej strony


© 2010-2018 Stowarzyszenie Salon Literacki.
Kopiowanie treści zawartych w serwisie wyłącznie za zgodą Redakcji i podaniem źródła pod cytowanym fragmentem, w przypadku portali internetowych - linkiem do serwisu salonliteracki.pl.