W najnowszym numerze...

Zebrał się Zarząd Salonu Literackiego i wpadli (a już świtało) na pomysł, bym na tej witrynie opowiadał, jak było dawnymi, słusznie minionymi, laty. Kolega Płatek nalegał, choć z trudnością go rozumiałem. Ale w końcu zgodziłem się na cokolwiek. Wprawdzie mam daleko posuniętą demencję, mogą mi się mylić lata i nazwiska, tytuły i wydarzenia, ale przecież nie o to chodzi, tylko o aurę.

A weterani mówią, że żyliśmy w najweselszym baraku dawnej wspólnoty, jakby nie było prototypu dzisiejszej Unii Europejskiej. Bohema ma to do siebie, że umie się bawić mimo wszystko. Rzekłbym nawet, że bawiła się lepiej niż dzisiaj. Zbigniew Irzyk, krytyk literacki, jeden z założycieli dwutygodnika „Współczesność” , napisał książkę pt. Bywało zabawnie – właśnie o literackich szlakach knajackich i chyba jakieś tabu naruszył, bo zmarł w kilka miesięcy po ukazaniu się tej książki. Ale tego tematu my, weterani, nie odpuścimy.

W Krakowie to wszystko było prostsze. Chciałeś zobaczyć literata, to szedłeś na Rynek, tam jest knajpka „Pod Gruszką” i oni wszyscy siedzą tam do dzisiaj. W Warszawie szlak zaczynał się w Alejach Ujazdowskich, wiódł przez Nowy Świat, Krakowskie Przemieście, Rynek Starego Miasta aż do Rynku Nowego Miasta. Wiadomo było z góry: jak chciałeś postawić setę poecie-gejowi, to w „Ambasadorze” na Ujazdowskich, jak Januszowi Głowackiemu, to w SPATiFie, zupełnie nieopodal, jak Himilsbachowi, to w „Kameralnej” lub niedalekiej „Harendzie”, jak Grochowiakowi, to w „Złotej Kaczce”… no, takiej wyliczanki to kilka kartek by się uzbierało.

Przez kilka lat pracowałem w redakcji miesięcznika „Literatura”. To było na rogu Koszykowej i Placu na Rozdrożu. O rzut kamieniem była kawiarnia, w której niemal codziennie można było spotkać Stefana Kisielewskiego, mieszkającego nieopodal, w Alei Przyjaciół, tam gdzie Michnik, aktorki Andrycz (była żona Cyrankiewicza) i Tyszkiewicz (była żona Wajdy) oraz kilkoro innych sław. Ale koledzy z „Literatury” wysiadywali w niewielkiej knajpce vis a vis redakcji. Ja trochę mniej, bo byłem sekretarzem redakcji, a sekretarz to ma w piśmie robotę, a nie luzik. Jerzy Górzański, Krzysztof Karasek, Krzysztof Mętrak, Konstanty Pieńkosz i inni. Co? Gorszycie się? Spoko! „Literatura” była porządnym miesięcznikiem i wychodziła zawsze na czas.

O kawiarniach literackich powinien ktoś kiedyś napisać solidną książkę. I to taką zaczynającą się już w XIX wieku. Można by ją zacząć od „Jamy Michalika” na Floriańskiej w Krakowie i od paryskiej „Cafe de Flore”. W gruncie rzeczy każde większe miasto ma takie swoje dziuple, które przeszły do historii literatury. Tyle że dziś już umarło słowo „bohema”. Jakoś wtopiliśmy się w tłum, zrzuciliśmy peleryny i kapelusze z szerokim rondem; nawet jak chodzimy o lasce, to już bez rączki ze słoniowej kości. Ciekawe też, czy wszyscy dziś wiedzą, co kryło się za słowem „absynt” (nie mylić z akantem!). Pojęcie kawiarni literackiej chyba jeszcze istnieje, ale czy one takie jak dawniej? Dawniej, gdy się wchodziło do kawiarni „Czytelnika” na ulicy Wiejskiej, to niemal codziennie można było tam natknąć się na Henryka Berezę, Gustawa Holoubka, Jerzego Lisowskiego, Tadeusza Konwickiego i redaktorów „Twórczości”, a dziś – czytałem o tym niedawno w prasie – lokal ten jest okupowany głównie przez pracowników okolicznych biur i firm. O, tempora, o, mores!

W Paryżu artyści mieli swoje Montmartre, w Wiedniu – Grinzing pełen winiarni, w Moskwie dom przy ulicy Hercena opisany przez Bułhakowa w „Mistrzu i Małgorzacie” – można by tak wymieniać i wymieniać… Lokale tworzyły aurę, aurę przekuwali w legendę artyści, wszystko jakoś się „sakralizowało”. Gdy będziecie przechodzili ul. Mazowiecką w Warszawie, przystańcie na chwilę – tu była sławna „Ziemiańska”, gawra Skamandrytów. Ja mieszkam w Warszawie już niemal 50 lat i zawsze, gdy o Mazowiecką zahaczę, to czuję jak mnie klepie po ramieniu jakieś déjà vu.

I jeszcze jeden drobiazg… Birbant, bon vivant i smakosz życia Franz Fischer powiedział kiedyś: Zajechała pusta dorożka, z której wysiadł Leśmian. Chodziło tu, rzecz jasna, o podły wzrost imć Bolesława, ale dziś, w czasach bez dorożek, już nawet takiego szmoncesu nie dałoby się wymyślić, ech…

W swoim ostatnim tomiku pt. Część planu Dorota Ryst jeszcze zdołała nieźle otrzeć się o minione klimaty warszawskie. Mnie to ruszyło, ale podczas lektury zastanawiałem się, czy ruszy to młodszych ode mnie.

Dzisiaj mamy kawiarnię w Internecie. Spotykamy się w niej codzienne, kawkę na biurko przynosimy sobie z kuchni sami i piszemy wcale niezłe wiersze (no, z małymi wyjątkami). Literatura toczy się dalej, tyle, że jej dorożki wystukujące legendę na bruku zamieniły się w wystukiwanie klawiatury.

Czy ja marudzę? No, zapewne trochę tak… Ale koloryty mi jakoś blakną, te, których smak zdążyłem jeszcze liznąć.

 

Aktualny numer - Strona główna

Powrót do poprzedniej strony


© 2010-2019 Stowarzyszenie Salon Literacki.
Kopiowanie treści zawartych w serwisie wyłącznie za zgodą Redakcji i podaniem źródła pod cytowanym fragmentem, w przypadku portali internetowych - linkiem do serwisu salonliteracki.pl.