W najnowszym numerze...

Agnieszka Marek

Dziś, zgodnie z zapowiedzią,  poetycka "nowa twarz" - Agnieszka Marek, autorka przed debiutem "papierowym", choć znana z licznych konkursów poetyckich. Jej wiersze wyróżnia, rzadko spotykane w poezji kobiecej, połączenie erotyki i konkretu oraz mocnego języka poetyckiego. Nie znajdziemy tu banału i czułostkowości, raczej zdecydowane "ja" poetyckie. To także poezja drogi, podróży, ucieczki od codzienności.

Zapraszam do lektury.

Paweł Podlipniak

 


 

Agnieszka Marek – lat 35, bielszczanka. Ukończyła filologię polską na Uniwersytecie Śląskim i podyplomowo bibliotekoznawstwo. Pracuje jako nauczycielka języka polskiego.

Jest miłośniczką górskich wędrówek. Laureatka licznych konkursów poetyckich, m.in.: OKP im. R. Wojaczka, OKP im. J. Różewicza, OKP im. W. Broniewskiego, OKP im. C.K. Norwida, OKP im. A. Babaryki, OKP im. J. Śpiewaka i A. Kamieńskiej.

Publikacje: Migotania, Bliza, portale poetyckie Pisarze.pl, Śląska Strefa Gender, Ogród Ciszy, Postscriptum, tomiki pokonkursowe.

 


 

Ostrzeżenie

Kleimy się mimo odległości. Wmawiam ci, że to upał,
zaburzenia klimatyczne, żadna chemia. Tłumaczę lipcem,
unikając myślenia o pestce, która nabrzmiewa,
a słodki miąższ wokół znów miałby się zmarnować.

Mistrzowsko udaję, że nie czekam, nie wróżę z fusów.
Wieczorem znów zamkniesz mi oczy żartem, uśmiechem
bez słów. Nazajutrz wyślesz dziwną fotografię, podpartą
cytatem, który da do myślenia. Nie masz pojęcia, że od

dłuższego czasu zszywam laleczkę, ostrzę końcówki szpilek.

 

Podróż (IV)

Wszystko pryska, gdy wreszcie do ciebie przyjeżdża.
Zgodnie z obietnicą zabierasz ją na spacer z psem.
Rzeka okazuje się zaskakująco mętna, choć mgła nad nią
wciąż zachwyca. Błoto nieznośnie oblepia sandały, a twoja
koszula nasiąka potem, odstrasza. Później wychodzą na jaw

zimowe kłamstwa, lekkie jak pajęczyna,w naiwnych kolorach
tęczy. Prosiłeś Przyjedź chociaż raz, głupio zapominając,
że marzenia czasami lubią się spełniać. A jednak nie pasuje tu
ze swoją młodością, brzuchem połyskującym świeżo
zdobytą opalenizną. Liżecie fałsz jak lody, odwracając wzrok.

Prawdziwy okazuje się tylko pies. Bursztynowe oczy,
sierść przytulona do kwiatów na jej sukience.

 

Podróż (V)

Zanim odejdzie, podaruje ci ostatnie spotkanie w twoich stronach.
Zimą, by na drodze do sąsiedniej wsi zostały ślady stóp, zaklęte
aż do roztopów. Już dzisiaj pomódl się o styczniową burzę,
byście mogli wspominać tamtą, z lata, gdy ostre krople deszczu

bębniły w opaloną skórę pleców. Przecież pamiętasz, nie nadążałeś
z pocałunkami. Weź, weź ją do lasu, prowadź na oszroniony most.
Z torebki wyjmie jedwabną chustę, którą jak zdobywca przywiozłeś
z pachnących kardamonem i wanilią krajów. Rzucicie ją na skutą lodem

rzekę. Sfrunie niczym całun, pochowa wasze lato. Pozwól jeszcze popatrzeć
na psa, który jak szczeniak będzie walczył z płatkami śniegu, dziwił się bieli.
A ona wreszcie powie, że najbardziej żałuje pustki na serdecznym palcu,
bycia niczyją. Spacer zbyt krótki, jak zawsze. Za zimno nawet na łzy.

 

Healing Garden

Nie wie, na jaką zasługujesz karę. Dzisiaj rano osierociłeś
jej uda, porzuciłeś bez słowa brzuch, na którym jeszcze o świcie
trwało misterium układania rąk. Jest pusta w środku
jak wyludnione sanktuarium, na progu którego nie klękasz
tuż przed wyjściem. Popatrz, ściany wciąż srebrne wilgocią,
ozdobione cienką koronką drgań. W oczach odbicie twoich
spazmów, prawie witraże. Zostawiasz to wszystko
i nawet się nie żegnasz, nie liżesz palców na drogę.

Wieczorem wracasz, z nadzieją, że ostygła. Każesz
rozebrać się tuż przed snem, wyjść z domu. To będzie
jak terapia naturalna. Kierunek – las, o innym nie może
być mowy. Później przywieranie plecami do białej
kory brzóz, mozaika nóg z pniami młodych buków. Gojenie.

Musisz ją zaczarować, wtłoczyć w leśny bieg godzin.
Wziąć jak wilczycę na kołdrze z mokrych traw.

 

Godiva

Nic nie poradzi, że w twych zwinnych palcach stanie się
tylko pralinką, zawiniętą w ozdobną pozłotkę. Na chwilę
wróci dzieciństwo, wąchanie łakoci przez cieniutki
metal, przełykanie śliny. Wszystko powoli, bez pośpiechu,
żeby dopełnić rytuału. Zanim ją rozbierzesz, wrośnij

we wspomnienia, głębokim oddechem przegoń niecierpliwość.
Musisz zawrzeć pakt z samym końcem języka, wysłać go
na zwiad. Później już będzie coraz cieplej i znów zaskoczy cię
słodycz, roztapianie bólu. Nikt nie przypuszczał, że będzie tak
miękka, uległa jak łany cukrowych trzcin, pola pachnące kawą.

Uchwyć ją – póki drży ostatnią kroplą, wciąż jeszcze samotna.
Kiedy przełkniesz, wrośnie w ciebie, zatrzyma się. Zostanie.

 

Xerophthalmia (Dry Eye Syndrom)

Testowanie zaczyna się od zniczy. Zabierasz ją na cmentarz,
każesz uczyć się dat i dotykać granitowych cętek. Chcesz
wiedzieć, jak zmieni się wyraz jej twarzy, czy ucieknie wzrok,
jaki grymas wykrzywi usta. Kiedy płonie zapałka, już wiesz,

że znicz to tylko początek. Modlitwa staje się coraz szybsza,
zamiast znaku krzyża splatają się palce, przeszkadza tłum.
Ostatni raz biegłeś tak szybko, gdy jeszcze żyła matka,
czekała z kolacją i srebrnymi nitkami trosk. Dziś próbujesz

uwierzyć w oswajanie, rany, które się nie otworzą. Gdy pocałuje
blizny, spróbuj zamknąć oczy, czekaj na przypływ.

 

Pożegnania

Pomyśl, jak to zrobiła. Przypomnij sobie tamten poranek,
dworzec i zmęczenie – nabyte, nie wrodzone. Zobacz, znów
biegnie do ciebie, parzy dłoń kawą w gorącym, plastikowym
kubku (w tym nie ma ani grama romantyzmu). Rogaliki wybierała
długo i z namysłem, zamykała oczy, próbując uchwycić zapach
cukierni. Bo trzeba będzie zapomnieć. Wiedziała już wtedy.

Później było lepkie, sierpniowe popołudnie. Nawet sukienka stawiała
opór, chciała wydłużyć czas. Oboje szukaliście ratunku pod prysznicem.
Próbowałeś liczyć krople wody na piersiach, znaleźć jakiś klucz.
Wszystko przeciekało przez palce. Nawet jej oddechy,
chwilę po, gdy ręce jeszcze ściskały róg zmiętego prześcieradła.

Dzisiaj jest zbyt daleko, coraz bardziej wyblakła. Kiedy patrzysz
na mapę, przybywa kilometrów. I tylko czasem szept przed snem.

Wypuść mnie, wypuść.

 

Waterproof

Nie tolerujesz rozmazanych kobiet, zawsze lubiłeś konkrety.
Bez niedomówień, sugestii i niepotrzebnych łez (w końcu i ty
nie potrafisz płakać). Najlepsza jest kawa na ławę i ostry seks,
już na innym meblu. Czasami nawet gdzieś w plenerze. Kolacje

niekoniecznie w pakiecie ze śniadaniem (za mocno pachnie zażyłością),
krótkie włosy na głowie oraz ich brak w dolnych rejestrach przyjemności.
Po wszystkim bez papierosa, bo higieniczny tryb życia to twój
jedyny nałóg. Więc może być prysznic, w wyjątkowych sytuacjach

wspólny. Na pożegnanie nie całujesz, przestraszony jak dzieciak,
że coś się jednak wymknie spod kontroli. Byle dalej od tropicielek zapachu

na swetrze. Dziwnych, małych dziewczynek, które nie wiedzą, dokąd pójść.

 

DDA. Love affair

Każdy kolejny staje się mniej różowy. Powoli przyzwyczajam się
do innych odcieni, zmiany nasycenia barw. Coraz częściej leżymy
w szarości. Po wszystkim nie oczekuję wyznań, czułych słów.
Z ust do ust podajemy sobie opowieści o chorobach matek,

naszych wybrykach ze szkolnych lat. To wszystko przypomina
puzzle (a może scrabble?), pasuje. Oboje wiemy, że za późno
na zabawę klockami, budowanie domków. Pakt na hotelowe noce
został podpisany śliną i potem (dyskretnie wsiąknęły w prześcieradło).
Teraz spróbuję jeszcze pogrzebać magiczne myślenie.

Jeśli liczba gwiazd będzie parzysta, odejdziesz jak każdy przed tobą.

 

Aktualny numer - Strona główna

Powrót do poprzedniej strony


© 2010-2018 Stowarzyszenie Salon Literacki.
Kopiowanie treści zawartych w serwisie wyłącznie za zgodą Redakcji i podaniem źródła pod cytowanym fragmentem, w przypadku portali internetowych - linkiem do serwisu salonliteracki.pl.