W najnowszym numerze...

Anna Musiał

Dziś całkiem "świeża" autorka - Anna Musiał. Jej wiersze wyróżnia ciekawa metaforyka, niebanalna "cielesność" i rozwiązania fabularne. To po Agnieszce Marek kolejny nowy, mocny głos w poezji kobiecej. Warto obserwować dalszy rozwój tej autorki - naprawdę warto.

Zapraszam do lektury.

Paweł Podlipniak


 

Anna Musiał, ur. 1987 w Poznaniu. Studiowała na Wyższej Szkole Nauk Humanistycznych i Dziennikarstwa. Jej wiersze ukazały się m.in. w "pocztówkach literackich Odry". Kilkukrotnie nagradzana w plebiscytach na wiersz miesiąca portalu Fabrica Librorum, uczestniczka konkursów poetyckich. Prowadzi autorskiego bloga "Wiatrem Pisane", recenzuje kino koreańskie dla witryny o tematyce kulturalnej Omnis. Amatorsko fotografuje.

W pisaniu łączy surowy styl współczesny z emocjonalnym językiem poetyckim, przez co jej poezja stanowi swoistą hybrydę. Jak sama mówi: Dobry wiersz to taki, który wywołuje emocje, dotyka strun, których na pierwszy rzut oka nawet nie widać. I nic do tego mają zasady gramatyczne, ilość zgłosek, sylab czy jego długość. Są historie, które czyta się jednym tchem i takie, przez które nie sposób przebrnąć nawet z butlą tlenową.

Obecnie przygotowuje się do wydania debiutanckiego tomiku.

 


 

Ciało

but when my waiting is done
i'm gonna give it a whirl

jest ciemno. białe łabędzie suną czerwonym niebem,
karmią się skórkami chleba, których nikt nie uprzątnął.
nie wiem, czy mówiłam, ale masz na mnie dobry wpływ –

tylko daj mi wreszcie ten wir, bo znów boję się obcych dłoni.
znam ich zapach i poziom ciepła, kiedy wślizgują się pod kołdrę.
staję się wtedy ciałem odartym ze skóry, ciepłym mięsem,
przez które przechodzi oddech. odradzamy się jako rodzina,
przykładasz usta do czoła, mówisz, że to trwa tylko chwilę.
potem kładziesz bezwładną na podłodze.

dokoła rozlewają się dzieci, uprzątnięte w kąty,
z których pochodzą. całowałam ich cierpkie wargi.
teraz tylko ciemność spada powiekom na pożegnanie;
łabędzie przy głowach nurkują w czerwone morze.

 

Różańcowanie

mówisz, że jestem tylko mięsem zdjętym z krzyża
i od święta zmieniam się w portret nad twoim łóżkiem;
czasami szepczę do uszu ludziom, co nie chcą słuchać.

za oknem burza i zwiadowcy czają się pod płotem,
ich lepkie ręce dotykają wszystkiego i wszystko
chcą mieć na własność. poisz mnie winem i chmielem,

sam nie wiem czy jest noc, czy poranek. ciemność
przed oczami i ciemność pod wspólną kołdrą. ósma
poprawka do naszego współżycia. mówisz, że to znak

na nieistnienie boga. bóg nie mógłby się urodzić
ani zestarzeć; siwy, pomarszczony jakby dopiero co
wyszedł z wanny pełnej wody. wanny, w której zwykle

uprawiał miłość z przypadkowymi kobietami. jego Maria,
jego Magdalena. jego ja, który rosnę w siłę
ilekroć przekracza moją głębokość, ściera skórę napletka.

 

Hibernacja

w tym roku zima zastała nas pustych,
wyblakłych od westchnień i jęków.
wewnątrz ścian brakuje powietrza

i coraz bardziej uciążliwe
staje się wzajemne obcowanie.
za oknem rozszalał się sen,

nagie dzieci zostawiające ślady stóp,
igloo, do którego żadne z nas się nie zmieści.
powiedziałbym, że ta biel razi oczy,

podnosi ręce do skroni w poddańczym geście,
ale trzymasz mnie za ramiona; gotowa,
by w każdej chwili stąd uciec.

przyłączam się więc do czekania:
moje stopy wrastają w zmarzniętą ziemię,
stanowię teraz korzeń i fundament.

odkrywam największą samotność,
jaką może uczynić człowiek.

 

24

poranna kawa parzy usta
nie wiem czy ty też
czujesz ten smak pożegnania
parujemy oboje w przeciwne strony
ty obstawiasz drzwi wejściowe
ja komputer

są światy
których nie połączą rozpalone dłonie
miękkie usta
oczy szukające drugich
w których można by zatonąć

giniemy więc w czterech ścianach kuchni
przedpokoju
spotykamy się przypadkiem
przy dziecięcym łóżku
dwa misie pozbawione serc patrzą
jak bezimiennie gaśniemy
nad pustą kołyską

 

Katapleksja

powiedz do mnie mamo
kiedy za oknem zaczyna padać śnieg

kiedy brakuje powietrza
a on mówi, że to nic
że minie jak mija zła pogoda
świąteczny rozgardiasz
i szok po urodzeniu martwego dziecka

dzieli nas dźwiękoszczelna szyba
i nawet palce zniekształcone od nacisku
nie przejmują się brakiem czułości

powiedz do mnie mamo
kiedy cisza nocą wchodzi pod łóżka

słucham bicia serca
marsz komórek macierzystych
przetacza się przez moje wnętrze
rokuje mutacja genów
na powodzenie przyszłego życia

on niesie mnie w obłej koszuli
całuje brak włosów
i mówi

i mówi

 

Fasada

this is a man’s world, a kiedy kobieta
sięga po poezję, zostają jej tylko kwiaty.
żółte środki, dokoła których orbitują płatki –

na każdym suka wydająca młode. zostają
ciepłe ręce, dłonie wędrujące po ciele, czas
przemijania i pierwsze zmarszczki. siwy włos

jako okazja do rozwodzenia nad brakiem
towarzystwa. dziś przy stole siedzą
pozory bliskości, przezroczyste twarze,

których nikt nie oznaczył na zdjęciu.
rzucone bez żalu jack daniel's i whisky –
suplementy diety.

 

Instantyzacja

stoimy na barykadzie świata; skończyła się jesień
i zima też idzie w niepamięć. barbarzyńcy ze wschodu
atakują nasze kobiety, obcinają im włosy i klepią
po wypukłych pośladkach. nasze kobiety obejmują ich
nabrzmiałymi ustami, opuchniętymi palcami.
wszyscy oślepną, wszyscy stracą wzrok,
bo tak mówi pan nasz na niebiosach, jedyny,
niepokalany, który nigdy nie zaliczył dziewicy.

pan nasz, który wieje biednemu w oczy.
na wiosnę odrosną nam wszystkim członki,
najeźdźcy osiądą nad Bugiem i zostaną tam do lata.
z pierwszym dmuchawcem rozrośniemy się
na genealogiczne drzewa. będą nas szarpać wiatry,
pieścić deszcze; u schyłku wieku ścierpniemy w truchła.
kobiety znów wydadzą plony, fetor gnijącego płodu
wedrze się w nozdrza; z kanapy powstanie Jezus.

nad Bugiem świst i zgrzytanie zębami,
oto rodzi się wiek pokory. w przededniu nowego
wszyscy jesteśmy tworami instantyzacji. z bólem
przechodzimy przez układ pokarmowy;
osiadamy na dnie.

 

Letnie Impresje

 

I

słomiane deszcze, kukły strawione przed świtem,
czas zbiorów pod mglistym niebem. trwa schyłek
lata. leniwie zsuwamy się piętrami –

ostatni czas przypadkowych muśnięć dłoni,
które wczoraj śmiało odkrywały cielesność.
ostatnie spojrzenie głodnego chłopca.

 

II

pociągi odjeżdżają zgodnie z rozkładem. pośrodku
niczego wyrasta zachłanność, elementarne
cząstki powietrza wchodzą w nas i przechodzą

jak myśl, którą dzielimy na pożegnanie. nieznośny
upał przegryza żyły, wyolbrzymione do granic
niosą nas z wiatrem na brzeg rzeki –

to ja, bez powłok, tonę przy tobie.
to ty, samotny.

 

Obcy Gen

znikąd ta cisza, która zmusza do szukania ludzi.
z naprzeciwka przychodzą tylko białe kalki
wtłoczone przez obcego malarza w płatki śniegu;
pozbawione koloru tak samo, jak odbicie w lustrze.
powiedziałbyś: jestem sam, z samotności już nic
nie może się przecież urodzić. dlatego teraz,
wciśnięci w kanapy, fotele, dzielimy siwe włosy
na cząstki elementarne. w poszukiwaniu genu
odpowiedzialnego za przezroczystość.

 

Corral

Biwakujemy dziewięć kilometrów poza frontem,
nasze nogi pokrywają pęcherze, mamy siedem
dni na dokonanie cudu; przynoszą nam jedzenie

i kobiety, które rozkładają uda za kilka złotych
monet. Nikt nam nie powiedział jak wygląda
wojna; że będzie trzeba ciągle patrzeć w niebo

i patrzeć pod nogi, a nigdzie nie będzie gwiazd.
Nikt mnie nie pyta, czy ktoś jeszcze czeka –
czy kiedy wrócę, na progu stanie kobieta, pies

czy może cisza, co gubi w środku zawieruchy,
czekając na pierwszego stroskanego gościa.
I ja nie wiem, czy w ogóle jeszcze mam dom.

Kiedy tak idę między namiotami szukając cienia,
znajduję tylko strach. Dopiero wczoraj nas
zbudowano, dziś rozpadamy się na kawałki.

 

August myśli o matce

[...] dzieciństwo jest jedyną porą,
która trwa w nas całe życie.
Ryszard Kapuściński

w tych dwóch szufladach
spakowana do kostki .rar
mieści się zawartość dzieciństwa
dwie nakrętki Finlandii
koronkowe majtki
klocek Lego

kiedyś służył do budowy okrętu
miałem nim popłynąć na Madagaskar
być jak Diogo Diaz
co przypadkiem zawędrował
na nieznane pole
wyobraźni

tymczasem siedziałem
wciśnięty w łupinę i tonąłem
bielone ściany przypominały śmierć
co chodzi szpitalnym korytarzem
moich uszu dobiegał syk
rozpuszczanej oranżady

kiedy inni skwierczeli na słońcu
wpychając w siebie odłamki czekolady
stałem z podkulonymi rzęsami
oparty o granicę
jaką wyznaczał mój rower

z nadzieją
że jeśli naprawdę szybko pojadę

zdążę

 

Aktualny numer - Strona główna

Powrót do poprzedniej strony


© 2010-2017 Stowarzyszenie Salon Literacki.
Kopiowanie treści zawartych w serwisie wyłącznie za zgodą Redakcji i podaniem źródła pod cytowanym fragmentem, w przypadku portali internetowych - linkiem do serwisu salonliteracki.pl.