W najnowszym numerze...

Jacek Dehnel

Dziś kolejny autor, którego w zasadzie przedstawiać nie trzeba  - Jacek Dehnel. Podobnie jak w przypadku tekstów Radka Kobierskiego także i ta publikacja jest dla mnie w pewnym sensie sprawą osobistą. Jacek Dehnel jest jednym z najlepszych klasycyzujących współczesnych poetów, a jego tomik "Brzytwa okamgnienia" plasuje się w czołówce mojego rankingu najlepszych książek poetyckich.

Fraza z wiersza Jacka Dehnela - "Coś gwiazdami obraca - lecz nie jest to czułość " - to moim zdaniem kolejna z najpiękniejszych fraz lirycznych w polskiej poezji.

Zapraszam do lektury.

Paweł Podlipniak

 


 

Jacek Dehnel, ur. 1 V 1980 w Gdańsku. Absolwent Polonistyki na UW w ramach Kolegium MISH. Mieszka w Warszawie. Poeta, prozaik, tłumacz; zajmuje się również malarstwem i rysunkiem. Wydał sześć tomów wierszy: "Żywoty równoległe" (2004), "Wyprawa na południe" (2005), "Wiersze" (2006), "Brzytwa okamgnienia" (2007), "Ekran kontrolny" (2009), "Rubryki strat i zysków" (2011); dwa zbiory opowiadań: "Kolekcja" (1999) i "Rynek w Smyrnie" (2007), powieści "Lala" (2006) i "Saturn" (2011), cykl minipowieści "Balzakiana" (2008), dwa zbiory próz: o fotografiach, "Fotoplastikon" (2009), oraz o mapach, "Kosmografia" (2012), a także tom przekładów Ph. Larkina "Zebrane" (2008), Karlisa Verdinsa "Niosłem ci kanapeczkę" (2009), Edmunda White'a "Hotel de Dream" (2012, wspólnie z Piotrem Tarczyńskim) i F. Scotta Fitzgeralda ("Wielki Gatsby", 2013) oraz anglojęzyczną  antologię "Six Polish Poets" (2009) i włoskojęzyczną "Il vetro è sottile". Tłumaczył również wiersze m.in. W. H. Audena, G. Szirtesa, O. Mandelsztama oraz teksty tang A. Piazzolli. Publikował w wielu pismach literackich. Jego teksty były tłumaczone kilkanaście języków. Laureat wielu nagród i wyróżnień w konkursach literackich. Otrzymał Nagrodę Fundacji im. Kościelskich (2005) i Paszport Polityki (2006), trzykrotnie nominowany do nagrody Nike. Przez cztery lata felietonista portalu Wirtualna Polska (dział "Książki"), od dwóch lat - "Polityki" (dział "Kawiarnia literacka").

 


 

Z niewydanego jeszcze drukiem nowego tomu Języki obce

 

Alba sierpniowa

Antoniemu Gutowskiemu

Nie ma powodu, żeby stawiać chorągiewkę
„Urodziny” akurat w święto Sol Invictus,
więc cały rok ma w sobie Potencjał. Od świtu
myślę o tamtym świcie: o główce spomiędzy
ud. W kucki? Gdzieś na sianie? Pod skręconym drzewkiem
oliwnym? Takich rzeczy nie spisano w Księdze.

Jest sierpień. Krótkie noce. Od rana kosiarka
i przyjęcie towaru w sklepie naprzeciwko:
szyby, lśniące jak skóra polana oliwką,
drżą od wołań. Jest sierpień. Na straganach skrzynki
bakłażanów i bobu. I biegacze w parkach.
Światło gęste jak syrop ze słońca-landrynki.

W tym wszystkim – myśl o Dziecku, jego małych dłoniach,
krzyku i fałdkach skóry. Że tak jest nadmierne,
aż nie sposób go zmieścić w żadnej dacie. Sierpień
równie dobry jak grudzień – i równie zły. Śliskie,
ułożone na sianie; zbyt nieogarnione,
żeby po prostu istnieć, po prostu nie istnieć.

Warszawa, 24 VIII 2011

 

Piosenka o lampie i wozie

dla L. M.

Patrz: nad maleńkim twoim domem
ogromny Wóz przetacza koła,
dźwigając gwiazd kolczastą słomę.
Siedź, nikt nie woła.

Są tacy, którym palić trzeba
lampę na ganku tkwiącą wiecznie,
i tacy, co pod laką nieba
idą bezpiecznie.

Więc ty od wiatru lampę zasłoń
i czuwaj pod kołami Wozu,
skoś trawnik, zagrab, zapisz hasło
i strzeż obozu.

Choćby nie pukał nikt do domu,
czuwanie zdało się jałowe,
wiedz: nigdy się nie dowiesz, komu
świecił ten płomień

i kto mógł iść, bo ty siedziałaś
pod sfer niebieskich turkotami,
w maleńkim domu – plamka stała,
myślący kamyk.

Warszawa, 23. IX. 2011

 

Sól i granat

Był zimny lipiec – zasnąć, umrzeć, zasnąć –
tyle pamiętam, patrząc na to zdjęcie:
że w górze burza się burzyła wszędzie,
a tuż nad morzem było dziwnie jasno.

Hatifnatowie? – umrzeć, zasnąć, umrzeć –
Tyle pamiętam. Nie to, co na zdjęciu:
Grand w tle i czterech ustawionych w przejściu,
którym tłum z plaży uciekał aż uciekł,

lecz ciebie: to, jak wciskałeś wyzwalacz,
biegłeś przez piasek, piszcząc i wierzgając,
jak się wciskałeś między nas. To duże

za aparatem – morze. Każda fala
mówiła wtedy – nie słuchałem – „Zasnąć!
Bo kto nie zaśnie – na bezsenność umrze.”

Warszawa, 16. X. 2010

 

Ballada o Waterloo Millennium Green

Szedłem przez Londyn gorący i gwarny,
w chmurach kebabów, chińszczyzn, BBQ,
siwą ulicą pod wiaduktem czarnym
przy stacji Waterloo.
I miałem w głowie rzeźby i obrazy,
dan durrie, durrie, dan dan, durrie dan,
przeszklone dworce jak ogromne płazy,
dan, durrie, durrie dan.

I miałem w głowie przesiadki i loty,
urwane kółko torby, funta kurs
i jeszcze termin oddania roboty,
Messer in meiner Brust,
aż wtem skręciłem – czemu? Nie wiem, czemu –
dan durrie, durrie, dan dan, durrie dan,
w to wąskie przejście w kutym ogrodzeniu,
dan, durrie, durrie dan.

I było wszystko porządnie, jak trzeba:
tabliczka „Waterloo Millennium Green”,
trawnik i ławki, i klomby i drzewa,
plakat „Long Live the Queen”,
a na pagórku, na ławce siedziała
dan durrie, durrie, dan dan, durrie dan,
dość brudna i dość zakochana para,
dan, durrie, durrie dan.

Siedzieli w słońcu, zapleceni, milcząc,
dziwnie skupieni: zzuła lewy but,
a on próbował pincetą czy szpilką
(czy zmył z niej wcześniej brud?)
wyjąć z tej stopy jakiś cierń czy drzazgę
dan durrie, durrie, dan dan, durrie dan,
wyjąć z tej stopy jakiś cierń czy drzazgę,
dan, durrie, durrie dan.

I nagle dworce, muzea, robota,
loty i kółko, i upalny dzień –
cudem skupiły się w jej gołej stopie,
gdzie w mięsie utkwił cierń,
wszystko nieważne, wszystko pomniejszone
dan durrie, durrie, dan dan, durrie dan,
jakby spuszczono ogromną zasłonę,
dan, durrie, durrie dan.

I są ogromni na tej ławce w górze,
nad nimi niebo, a pod nimi darń,
park jest tak mały, miasto tak nieduże,
że przeszłoby przez krtań.
A w lewym dolnym narożniku widzisz
dan durrie, durrie, dan dan, durrie dan,
kogoś bez sensu, kto się bardzo wstydzi,
to, durrie, durrie, ja.

Warszawa, 3 VII 2012

 

Z tomu Brzytwa okamgnienia

 

BIG SPLASH

Czternastosekundowy filmik w Wikipedii
pokazuje zderzenie piłeczki zielonej
z niebieską: spójrz, tak powstał księżyc. Nie ma gorszej
wiadomości dla bladych poetów. Więc zbitka
„proto-Ziemia" ma jakieś znaczenie? Na Ziemi
jest ktoś, kto jej używa tak, jak słowa „nitka",

„kombinezon", „miednica", mając w głowie - właśnie:
bryłę? Planetę? Koncept? Materiał na miejsce?
Czytaj dalej. Jest groźnie: komety i deszcze
meteorytów, mrozy, Ziemia kulą lodu,
wypadnięcie z orbity, połknięcie przez gwiazdę,
i entropia: Endlósung najwyższego sortu.

Niewiele jest nadziei w cichym oceanie
metanu na odległym księżycu Saturna,
w lodzie na Europie, w Cher. Wszechświat to trumna
na wszystkie formy życia i nieżycie całe.
Nawet ten stół jest drobny, kruchy na nim talerz,
i przy małych kieliszkach sztućce równie małe:

wszystko to, od anteny aż po fundamenty,
złoży się i zasklepi bez świadectwa kształtu
pod galaktyczną burzą i naporem kwarków.
Pomyśl: to, co jest gruntem i rzeką i miastem,
zarośnie pozaziemską szadzią, pyłem gwiezdnym
i elementarnymi cząstkami jak chwastem.

Słuchaj. To opowiada: nie jesteście sami
ze skazaną na klęskę próbą bycia wiernym,
z waszym nikłym ciężarem ułomnej materii,
z waszą kruchością wiązań i bezbronną skórą.
Przegra wszystko: nożyce i papier i kamień.
Coś gwiazdami obraca - lecz nie jest to czułość.

Warszawa, 1-3 II 2006

 

BRZYTWA OKAMGNIENIA

Spójrz, właśnie tędy przeszła brzytwa okamgnienia -
plamki zakrzepłej sepii świadczą o jej przejściu;
z prawej zalane łąki i dachy obejścia
ponad nadmiarem siwej, nieprzejrzystej wody,
z lewej oni: tobołek, kufajka, patelnia,
warstwy rozwilgłych spódnic i rozmyte brody

pod kreskami kaszkietów. Łodzie ratunkowe
dojdą albo nie dojdą z Brześcia lub Kamienia.
Stan wody bez zmian. Zastój. Brzytwa okamgnienia
odcina to, co zbędne: całą resztę świata
za rozlewiskiem, jakieś sztaby kryzysowe
w surdutach, z wąsem, z lśnieniem słuchawek na blatach

szerokich, mahoniowych biurek. To, co płaskie
zostało na płaszczyźnie, na lśniącej powierzchni
cięcia: trafiają do nas te, nie inne, kreski
deszczu, bez chwili przed i chwili po, i wielka
woda i strach (na wróble) i ukryte paski,
na których wisi w pustce mała, czarna Leica.

Warszawa, 7-13 IV 2005

 

II SOGNO

Te codzienne, conocne, te żmudne ćwiczenia,
te pasaże pod górkę „bycia-dwojgiem-ludzi",
gdzie zmiana każdej nuty bardzo wiele zmienia;

to budzenie się rano ze ścierpłym ramieniem,
bo całą noc się spało tak, by cię nie zbudzić.
Te codzienne, conocne, te żmudne ćwiczenia:

gemmy francuskich kremów, pianek do golenia,
by mniej drapać policzki, by mniej je utrudzić
w pocałunkach - a taka zmiana wiele zmienia

w ulepszaniu techniki - jak szlifu kamienia,
bo każdy blask się w końcu może nieco znudzić.
Te codzienne, conocne, te żmudne ćwiczenia

w łagodzeniu - jak spory zręcznie pouziemiać,
w jak najmniejszej ilości ruchów je obrócić na nice
lub choć na nice (ton tak wiele zmienia,

dobór słów, ruchy ramion). Głaskać. Ukorzeniać
to, co jeszcze kiełkuje, dopiero się budzi
wśród dziennego, nocnego, żmudnego ćwiczenia.

I jeszcze ta świadomość, że coś się utlenia,
bezpowrotnie rozpada, nieustannie studzi.
Te codzienne, conocne, te żmudne ćwiczenia
by wszystko, odmienione, mogło się nie zmieniać.

Warszawa, 9 VI-10 VII 2005

 

ODWILŻ

dla P. T.

Topnieje. Nieba widać więcej niż zazwyczaj,
w górze tyle, co zwykle, na dole bonusy:
ogromne składy ciekłych, niebieskawych luster.
Dookoła, rozkuta z lodów, trwa strzępiasta,
raz ubita, raz grząska, anarchia roztopów:
czubki drzew ponad wodą, migracje gryzoni,
bezładny pęd obłoków. W lasach resztki śniegu bieleją
jak odpady z przetwórstwa pór roku.

Dopiero most i rzeka kładą tamę temu
bezhołowiu: jest północ i południe, upływ,
cieki, akweny, dukty. Droga, która wiedzie,
i miasta, które łączy, i ludzie po miastach.

To, że jesteśmy razem, jest częścią porządku –
jak rytm drzew na poboczach, regularność ulic,
kierunki, kwadry, pływy, mój sztywny kołnierzyk,
twoje obcisłe swetry, moja lewa, twoja
prawa poduszka. Związek: to, co trzyma razem
dwa atomy wodoru, jeden atom tlenu.

Pociąg Gdańsk-Warszawa, 30 III 2005

 

Z tomu Żywoty równoległe

 

Symetria

dla P. T. v. T.

Leżymy coraz dalej od siebie. To samo
łóżko, ta sama pościel, ale coraz dalej.
Jak kwiat przez nietoperze zapylany, łóżko
rozchyla się co wieczór - my na przeciwległych
płatkach. Wciąż coraz dalej. Leżymy od siebie.
Nie da się sięgnąć ręką, dotknąć stopą stopy –
– z twojego brzegu słychać wilgi i mruczenie
żbików, na moim widać perkozy i, z rzadka,
gronostaja, co czmyhnął w zarośla pościeli.
Coraz szerzej. Kasztele i śluzy kamienne,
pełne porty, ogrody, bezkresne pustynie.

Każde po swojej stronie nocy. Równolegli
w samotności i ciszy. Nie da się przywołać,
nie da się nad przepaścią stanąć i usłyszeć.
Rozwiązane więzadła, rozluźnione rymy.
Bliżej do drzwi i okien niż do siebie. Śpimy.

Łódź-Warszawa, 8 XII 2003

 

Z tomu Ekran kontrolny

 

Bażant

W oddali znać strukturę: kopuła Blue City,
bloki, szyby, anteny. Lecz z tej strony kolej
wchodzi w miasto szerokim klinem, dzikim polem,
porosłym szczawiem, perzem i krzewami, wbitym

w Dworzec Zachodni. Węzły torów jak rozeta
industrialnej katedry. Dojeżdżamy - widać
betonowe perony, z których się dziewczyna
rzuciła pod kolejkę w jakiś grudzień. Trzeba

było, pamiętam, wlec się z walizkami, w płaszczach
przez wertepy, wrotycze. I nagle, w tym samym
miejscu, w pędzie, dostrzegam w rudej trawie szklany
paciorek, czarną tarczkę, dziób, plamkę rdzy. W chaszczach

siedzi bażant: spokojny jak na tej tablicy
z łańcuchem pokarmowym w książce od biologii
(zjadał stonkę, na niego za to się sposobił
lis). Moment. Patrzę, patrzę - poza nim nie widzę

niczego. A on patrzy na pociąg lub, dalej,
na świat - i nie zaprząta swojego ptasiego
móżdżku mną. I ma rację. Bo on będzie siedział
na nasypie czy w bruździe, w deszczu czy w upale,

przez wiek wieków, w kolejnych bażancich wcieleniach.
A ja będę i zniknę. Znać mnie - żadna wiedza,
nikomu nieprzydatna. Więc ja piszę: siedział
przy torach, imię: bażant. Sam nie mam imienia.

Pociąg Warszawa-Lublin, 9 X 2006

 

Wątpia

Jak gładka jest noc, popatrz: to ciemny futerał
dla altówki z Cremony, którą się zabiera
na koncerty ze skrytki bankowej i niesie
jak szklane jajo smoka w czarnoksięskim lesie,
pamiętając o wszelkich ryzykach: przeciągach,
atakach terrorystów, strzygach, zbójach, bombach.

Jak gładka jest noc, popatrz: nasza bura strzała
PKP ją przenika, płynie w głąb jej ciała
jak szpilka uniesiona czarną krwią, do serca,
miejsce najboleśniejsze bezmyślnie przewierca,
samą istotę nocy - czyli mrok bez światła,
gdzie mieszka ciemna gwiazda, która nad-noc zjadła.

Jak gładka jest noc, popatrz: nie ma na to słowa,
jest tylko miękka woda w nieznanych parowach,
brzuch głębinowej mątwy, zapiecek obrazu,
posępne „h" w nagłosie pogańskich wyrazów.
I widać, że to ona jest zasadą; rzadkie
przebłyski światła za to - głupawym przypadkiem.

Pociąg Gdańsk-Warszawa, 27 XII 2007

 

Aktualny numer - Strona główna

Powrót do poprzedniej strony


© 2010-2018 Stowarzyszenie Salon Literacki.
Kopiowanie treści zawartych w serwisie wyłącznie za zgodą Redakcji i podaniem źródła pod cytowanym fragmentem, w przypadku portali internetowych - linkiem do serwisu salonliteracki.pl.