W najnowszym numerze...

Aleksandra Zbierska

Szarobury styczeń okrasimy w Salonie Literackim dwiema poetkami.
Pierwszą z nich jest Aleksandra Zbierska, której nie można nazwać debiutantką, bo w dorobku ma i Bierezina, i dwa tomiki, i liczne publikacje w prasie literackiej.
Poezja Aleksandry Zbierskiej wyjątkowo zgrywa mi się z tym, co za oknem oraz z nastrojem ogólnym tej antyzimy. Mamy tu sporo nostalgii, smutku, zadumy, skrywanego liryzmu. Można też doszukać się też dozy rezygnacji, prób bilansowania uczuć. Ja pozostawiam czytelników SL z tym wersem „miłość i nienawiść zasilane są przez ten sam nerw” i jak zwykle zachęcam do uważnej lektury. Bo warto.

Paweł Podlipniak

 


 

Aleksandra Zbierska, ur. 1968 r. – absolwentka poznańskiego Studium Piosenkarskiego im. Czesława  Niemena. Występowała na deskach kabaretu „Warsztat” w Warszawie na Nowym Świecie (1987/89). Obecnie szef sekcji śniadaniowej w Cafe & Lunch Lavenda w Poznaniu. Laureatka wielu konkursów literackich, m.in.: Konkursu im. Jacka Bierezina – Łódź 2008 (wyróżnienie honorowe), a także II Konkursu na zbiór wierszy im. Scherffera von Scherffensteina – Brzeg 2008, którego pokłosiem jest debiutancki tomik pt: Wibrujące ucho. W 2009 r. został wydany jej drugi tom poezji pt: Panoptikon (Wyd. Black Unicorn). Publikacje: „Odra”, „Pogranicza”, „Arterie”, „Rita Baum”, „Tygiel Kultury”, „Wakat”, Antologia poezji kobiet (1989-2009) Solistki. Antologia Free Over Blood, New Polish Poets Series (Zeszyty Poetyckie/OFF Press, Londyn 2011).

 


 

Topiłem się - jak to we śnie - i obudziłem się

mokry zupełnie. ponieważ słońce jeszcze nie wzeszło
pomyślałem, że poczytam - mam pod ręką gazetę
i czytam: „kobieta jest darem i tajemnicą”. poszedłem
do toalety. nie wiem, czy to z powodu nie wyspania,
zacząłem kląć: jakim – darem? jaką tajemnicą?
pozwól, że rozluźnię krawat i pójdę błądzić. gasną okna

– nie mogę sobie przypomnieć, dlaczego wpadłem
w tę ciemność. ponieważ miłość i nienawiść zasilane są
przez ten sam nerw. ponieważ, powraca ekstatycznością
i zarazem wstrętem do pospolitego życia, jesteśmy
wspólnikami. wyruszyliśmy w tę podróż tylko po to,

by wyruszyć - w kosmos.

 

Gaja

zdjęcie zrobiłem z ukrycia, ponieważ biegła do mamy. nie wróci
do mnie, pomimo że kocha (mama jest najważniejsza). rosłam z nią
wiele lat. to, zdjęcie symbol – wpatrywałem się w ten obrazek
i telefon wypadł z moich rąk – stąd, kałuża łez pod jej stopami.

 

Jutro Giffena

z tego szpitala przyszło samo dobro: dwie piżamy, jakieś pary
skarpet, wełniane, aż do kolan! i nawet bambosze (nigdy nie myślałam
o tych rzeczach w taki sposób). szuru-buru, skradają się, jak kot
skarpety, pidżamy, bambosze i choroba ucieka, jak potępiony, widząc
te gałgany. babka Aniela, w krainie cieni, śmieje się przymilnie –
jutro nigdy nie przyjdzie – bądź zdrowa – jutro jest już dziś. właśnie!
moje serce zostało ogrzane – jestem gotowa na wszystko – co jest!

 

ujeżdżanie

– codziennie jesteśmy gotowi, by spotkać się
z Jezusem – szepcze Franciszka – a ty? ponieważ
jesteś nieprzygotowany do twojego ostatniego
dnia, ja Jestem twoim napomnieniem. – Jestem,
który Jestem – odpowiedział Głos (zrobiło się
nieswojo). ale spokój: cisza, psy, dzikie konie.
– powściągnąć konie, przenieść plemię – na step

 

Lavenda

miejsce trochę z przypadku – blisko jest akademik. byliśmy
trochę zdumieni ulicznym ruchem, ale jest taka potrzeba –
zjeść szybko śniadanie – wiele spraw, na potem! przestrzeni
dajcie więcej! – a nie, żeby tak tupać przed drzwiami, czekając
na swoją kolej. w końcu udało się wejść na celebrytkę –
podobno wyglądam, jak Ałła Pugaczowa! weszliśmy we dwoje
(ktoś przyznał się do mnie). zjedliśmy pyszne śniadanie – i ten
moment sytości, gdy wszystko wydaje się być inne. obsługa,
pomimo tłoku, sprawna i bardzo miła – duże zaskoczenie. miejsce
było z przypadku. a jednak trafiliśmy w sam środek cyklonu!
a teraz: hej ho, ćwiczyć będzie się szło – wypocić te kalorie!

 

leżę w sobie – tak głęboko

modzelowatość pleśni chleba na śmietniku
wyrywa mnie z zamyślenia – Abulio, skąd przyszłaś
i dlaczego do mnie? rozsiadłaś się przy stole
wprawiając w osłupienie. ten, kto cię zna i, cię
nazwał, stanowi: jedno z was musi odejść. mogę
wykonać gest podniesienia ręki, znosząc twoje
zasiedzenie – gdybym tylko

chciała chcieć.

 

Na trąbce

ktoś gra w ciemności, pada deszcz i jest ciepło.
w półciszy, ze ściany spada obraz – mój albo twój
pretensja/żal. w pobliżu stół we wściekle kaszubskie
malwy. a ja? co ja? ja mam czyste ręce. i ciepłe wino:
Pinot Grigio. nic nie wiem o jego przeszłości – patrzy
na mnie poprzez fiolety i zielenie. migocząc, płynie
osobliwie, nierzeczywisty w swojej istocie. zresztą,
czyja wiem, może to jednak cień istoty? prosił, by
to zachować w sekrecie:

on też nie wie, skąd jest.

 

Mokry pies

chciałem tylko powiedzieć, że bardzo cierpię, nie śpię,
więc sny nie przychodzą. sztywny ze strachu i zimny – z braku
czucia rozmyślam; a w ogrodzie ptaki szczebioczą, drzewa
zawłaszczają ciemną zieleń, trawa z rosą niczym igła – oko
dźga; czerwień róż niemożliwa – skąd ta intensywność? i zapach
mokrego psa. mam twój podkoszulek. siedział ze mną wczoraj,
przy stole, cały dzień, a potem, wziąłem go do łóżka, przyłożyłem
do skroni i zasnąłem.

kto wraca po takie nic?

 

Fenomen nowotworu

To pierwsze zdjęcie, które jej zrobiono. Tak się przestraszyła
światła lampy. Mam wrażenie, że się modli. Po drugiej stronie sali
grupka studentów głośno omawia szczegóły fizjonomii – gdzie
jeszcze skalpel należy pociągnąć, jak zmniejszyć bliznę – ciekawy
eksperyment. A za drzwiami ktoś przemierza korytarze
niespokojnie – liczy kafle, stuka w ścianę. W gruncie rzeczy,
jej od dawna wszystko jedno. 

Ale czy naprawdę?

 

Umieranie

do tego miejsca, w którym teraz jestem, z pewnością
przypływów powraca głównie strach. czy chcesz mnie taką
zobaczyć? z głową załamaną na poduszce, z zapadniętymi
oczami, osłabioną przez brak pragnień i czucia? jest we mnie
noc bez jednej gwiazdy, piękno i terror szukających się oznak
zaistnienia; i cichy slajd wspomnień - wpół zatrzymany

wdech. światło przechodzi w cienie, a wszystko się razem
dopełnia. to już nie przeminie. a jednak, mam marzenia,
i nadzieję, przyjacielu. a one rosną, rosną, i smak powraca
na język. tymczasem, jak posąg - w zacienionej uliczce,
bez głosu i czucia - odpoczywam

w barwach Ziemi.

 

Aktualny numer - Strona główna

Powrót do poprzedniej strony


© 2010-2018 Stowarzyszenie Salon Literacki.
Kopiowanie treści zawartych w serwisie wyłącznie za zgodą Redakcji i podaniem źródła pod cytowanym fragmentem, w przypadku portali internetowych - linkiem do serwisu salonliteracki.pl.