W najnowszym numerze...

Bogdan Prejs

Kolejna odsłona Salonu Literackiego zaczyna się od rewolucyjnego hasła „Październik z Prejsem”. To oczywiście żart, ale autor i wiersze całkiem serio. Bogdan Prejs to dobrze znany poeta i prozaik. Jego utwory są po męsku lakoniczne, twarde i ostre. To poezja „smugi cienia” – bez optymizmu, nagłych happy endów i jasnych widoków na przyszłość. W końcu sam autor pisze o sobie tak „wolę powiedzieć brzydko/wprost, niż ładnie mówić/nic”.

Gorąco polecam!
Paweł Podlipniak

 


 

Bogdan Prejs, rocznik 1963, mieszka w Mikołowie. Autor kilku arkuszy poetyckich i trzech tomów wierszy: sms do ludożerców, ce ha oraz biernik, wydał również parę innych książek. Jesienią tego roku ukaże się zbiór objawy pierwotne.

Więcej na: www.bogdanprejs.pl.

 


 

poza ciszą

wolę powiedzieć brzydko
wprost, niż ładnie mówić
nic

 

real z gwiazdą portalu erotycznego

zgodnie z prognozami objawiła się jako doskonałe
zaprzeczenie popularnego sloganu o braku alkoholu.
nawet nie zawód, ale także nie satysfakcja, że obawy
nie okazały się płonne; raczej żal tego wieczoru, który

już dawno został spisany na straty, starty z pamięci,
wyparty ze wspomnień. potrzeba matką wynalazku,
ostatnia umiera nadzieja, pierwsi będą ostatnimi,
a piesi dojdą albo nie dojdą. piersi mogłyby tu mieć

znaczący udział, gdyby spełniły warunek obecności
w miejscu, w którym z reguły bywają. cały świat to
wyłącznie banalna kwestia wyobraźni.

 

gemini

wieczorem oszczędziliśmy na taksówce, bo wystarczyło
przez park. później światełko nad lub pod. gwar z okna
: prosty azymut. tutaj nie docierają nawet wspomnienia;
po co komu sentymenty. jesteś piękna, ale dzisiaj chyba

już przesadziłaś przeglądając się w tym lustrze. namiot,
z namiotu, w namiocie. audrey hepburn na spóźnionym
śniadaniu z ojcem, który jeszcze nie zapomniał się ogolić.
synowie na łóżku, dwie czarne pomarańcze. na chybcika

wypalona z właścicielem koparek paczka fajek w sypialni
z balkonem. przyszywana bliźniaczka. planty. brzask bez

 

magia miejsca, codzienność odwrotu

coś się stało? zawsze się dzieje, choćby to był tylko
trywialny dworzec w legnicy, na którym nie raczyła
spłynąć na nas magia olśnienia, mimo że poranek

sprzyjał zanurzeniu się w niecodzienność. zwykły
frazes, banał oczekiwania. starczyłby błysk, pstryk,
moment nieuwagi, by spłonąć. biała lokomotywa,

a przy niej samotny bajzel z elektrycznym wiosłem
i żółtą walizką na kółkach. nowa ruda wbrew tobie,
wbrew mnie, wbrew pozorom wspólnej przestrzeni

 

trzecie piętro

sąsiad zza ściany kolejną noc wrzeszczy. może
tylko głośno mówi, ale nawet tylko mówiąc

wrzeszczy. trzecia nad ranem. niemal środek
bytu. chciałbym być jak szafa. stanąłbym przed

jego drzwiami. zadzwoniłbym. otworzyłby.
powiedziałbym: zamknij ryja chuju. zmiękłby

(tak sądzę) na mój widok. zamknąłby się. i ryja
skulił. sąsiadki mam dwie: brzydką oraz starą.

 

pewnego dnia, pod koniec grudnia

ewentualnie można też zacząć zapisywać
przypadkowe frazy z kilku równolegle
emitowanych filmów, wystarczą sprawne
baterie do pilota, efekt trudno przewidzieć,

chyba że trafi się na pierwsze burleski
chaplina, bo wtedy pojawi się drastyczny
przesyt onomatopei. może właśnie o to
chodzi, by pewnego dnia, na przykład

pod koniec grudnia, ostatecznie zdać sobie
sprawę, że kiedyś trzeba otworzyć oczy.

 

skutki uboczne

- mam głęboko w dupie taką miłość
- warknęła, po czym wstała i wyszła.
na szczęście nie trzasnęła drzwiami.

ciągnęła mnie za sobą niemal przez
pół przedpokoju.

 

alowe zy laj

śpiewaliśmy alowe zy laj, dopiero po latach dowiadując się,
że tytuł brzmi stumblin’ in, lecz czy byliśmy z tego powodu
mniej szczęśliwi? ani trochę. świadomość braku miała dopiero
nadejść, bez trąb, oznajmiania i ostrzeżeń. niespodziewanie,

znienacka, chytrze gubiąc tropy, podmieniając naiwną wiarę
we wszystko, co wtedy wydawało nam się ważne, zasadnicze,
istotne. jakieś sentymenty? poczucie utraty? w pewnym wieku
można już wszystko. dokładnie wszystko. nie ma winy, niczego

nie ma. it’s a heartache. pół nocy słuchałem diamonds and rust.
położyłem się, wciąż czekam na świt. pewnie znów się obudzę.

 

objawy pierwotne

mając do dyspozycji widok za oknem oraz judasza w drzwiach,
wybieram łóżko, nawet puste. nadchodzącej wiośnie kurczy się
pole do popisu, a kobiety jehowy z uśmiechem informują świat

o kolejnym odejściu pana. tuli pana, szam pana, marce pana,
pana ceum. trzeba się nauczyć nad tym panować, nie pozwolić
zwariować. permanentna ewolucja, totalna rewolucja, czasem

wojna. później będzie już prościej, gdyż wyginą silne gatunki
i przetrwają wyłącznie ułomni. wiedźmom wstęp wzbroniony.

 

Aktualny numer - Strona główna

Powrót do poprzedniej strony


© 2010-2017 Stowarzyszenie Salon Literacki.
Kopiowanie treści zawartych w serwisie wyłącznie za zgodą Redakcji i podaniem źródła pod cytowanym fragmentem, w przypadku portali internetowych - linkiem do serwisu salonliteracki.pl.