W najnowszym numerze...

×

Wiadomość

Failed loading XML...
Waldemar Jocher

Na okrucieństwa listopada Salon Literacki odpowiada zmasowanym atakiem wierszy Waldemara Jochera, autora znanego i już dobrze rozpoznawalnego. Owa „masowość” to żart, natomiast sensualizm tej poezji, jej „mięsność” i niezdawkowy brutalizm kojarzy mi się osobiście i niechętnie ze smutkiem pierwszych dwóch dni listopada. Wiersze Jochera natrętnie zaglądają w takie rejestry rzekomej ludzkiej duszy, do których lepiej jednak chyba nie zaglądać. W końcu dal każdego kiedyś nadjedzie „wieczór i poranek. ostatni, za nim - świt.”

Polecam, bo to naprawdę dobra poezja.

Paweł Podlipniak

 


 

Waldemar Jocher - autor i asystent autora w jednej osobie. Od roku 2006 permanentny błąd w procesie tworzenia. 3 lata starości w procesie zygoty. W 2009 r. przeczytał swój tomik „reszta tamtego ciała”, a wydając go w Mikołowie doświadczył pasemka czeluści w związku z nagrodą im. Iłłakowiczówny. Jako asystent odebrał ten zaszczyt. Ewoluuje ku nawigacji koła, pozostając przed-grociem rozpoznania publicznych placów, ponad którymi uwidacznia się zbiór nowych znaków końcowych rozpisanych w trzeciej księdze „Incipit”.

 


 

co tłoczy się, a co wytłacza (trzaski twarzy w procesie narodzin mowo_dołów)

reprodukcje ruchu spoglądają na pożerające je kroki i z nagła:
wielki płat serca kładzie się pod spodem. kontury sensu – bryła
ironii - tak czy inaczej nie jest to pełne i nie jest szamotaniem.
jest szumem pojedynczym i poza mną – w innej skazie, piętno
rozdarte w najpiękniejsze horyzonty – jakbyśmy wystarczali
od siebie do siebie. teraz w wielkim uproszczeniu i wymiarze
trzeba nagwintować początek: co poraża, a co oświetla, co jest,
i czego nie wyjaskrawia ład mechaniki skurczów. wewnętrznie
i niebezpiecznie oszlifowana ślina, którą w metalowych misach
strzegą bliżej nierozpoznane szyfry, staje w gardle niczym tama.
który jest kryształem rozbijanym poza miastem daje się zdjąć,
a brama rozpoznaje swoją niebezpieczność. o czym będzie mowa?
tak naprawdę wychodzę z sieni: mam tyle otworów, co skrzepów.

 

po przedmiotach (wiersz czytany szybko, coraz szybciej pisany)

dezintegracja przenosi podział, a ty wciąż swoje:
buciki, torebki, włosy. tyle z nas. dookoła zostaną
drzwi ograbione z kluczy i będziemy kluczyć po

przedtem, po trzaski, dopóki nie zgaśnie o czwartej
świat – odbijany zawsze od siebie, nad ranem. tyle
wewnątrz śladów i coraz bliżej nas jedyny, możliwy

początek

przejście

na najwyższym szczeblu przedmiotowości istotna jest
kropla rzeczy w środku sprzeczności. zaczynam krążyć,
a wszystko, co drąży należy sprawdzić i wrócić. zauważ
szum starzejącego się chleba i jaki robi hałas w przestrzeni

czerwień wyjścia, które zawsze się sprawdza.

tutaj są same kłamstwa i sine usta. w miejscu rozdźwięków
mieszkasz i tylko ty wiesz dokładnie, jak boję się wątłych linii
i o której godzinie odwiedzają nas zmarli. kroczymy pośród
środków zaradczych, które kiedyś rozpatrzymy bliżej. jeszcze

wczoraj nie było czego chować; tylko buciki, torebki, włosy.

 

dominicantes

tego nie pamiętacie:

nieświadomie scalając rany pręta      świadomie ocalacie skurcze
liżąc kod___ dokładacie się wewnątrz i
jeszcze
nie będzie mowy, nie będzie kreski_ stąd będzie można zamienić metal ___________________________________________________w ślinę.

 

laleczka, albo inny rodzaj port-artu

główki, włosy, kawałki

a naszą na to reakcją niech będzie:

i niech się stanie, i niech się stanie, i

tylko paluszki gładzące New York Times'a
takie zagięcia losowych nagłówków.

 

(wskażcie mi cel i włóżcie język w treść pokarmową)_po tym jak zwymiotował siebie i słowo

stał się tym, co widział:

plakat z mechanicznej matni i powtórzenia dzieł ciekawszych
                                                 powierzchowne,

bo zrównane do działań świecy na słońcu. wkrótce ujrzałem pasma
i pysk mój w postaci wielokierunkowej________ teraz zobacz jak należy /lub/
__________________________________________________________________________
         (/…/teraz należy zobaczyć jak, należy zobaczyć teraz,/…/)

zwymiotować słowo, by stało się całkiem, poszerzone
o kolejne zmysły, bez masowej teleportacji. i to jest skurcz w obrębie sztuki

              i kontekstów podejrzeń.

 

zlodowacenie (bank nasienia)

rozczłonkowanie: m o w a, ryk w gardło –
powiązania (tutaj pojawia się automat):
maszyna pełna ziarna, co nie znosi braku,
podgryzana z dołu pnączem tkanym z lodu
staje tuż przed końcem, agregując dźwięki.

to j e s t grawitacja, to j e s t rzeźba sensu:
oblizując język, co jest w środku ciąży, ślę
tę ślinę, co oddziela zapach od bukietu wina;
k o m u? noc się właśnie pocznie fermentacją
ziarna, nasączając żyły kroplą skrywanego ciała.

 

pulsacja

niech się zaroją wody i dopiero wtedy podbrzusze
jak przedsionek katakumb: nakłada jedno na drugie.
które wyrasta z krtani i całując język wewnątrz ściany
pisze mi słowa, karmiąc sobą. paruje mówiąc: schnij!
w zębach, które nadejdą jak proch z kości, składam
jedynie głód, pozbawiony liter - im już nikt nie odpisze.

kim jest deszcz, że wciąż rośnie mi pięta, jakby jedynie
ona rozpięta ponad wodami głosiła ciało – moje żyje
obok czyjejś wargi. trzymaj się, słowem powstrzymaj.
tak nadchodzi wieczór i poranek. ostatni, za nim świt.

 

Aktualny numer - Strona główna

Powrót do poprzedniej strony


© 2010-2019 Stowarzyszenie Salon Literacki.
Kopiowanie treści zawartych w serwisie wyłącznie za zgodą Redakcji i podaniem źródła pod cytowanym fragmentem, w przypadku portali internetowych - linkiem do serwisu salonliteracki.pl.