W najnowszym numerze...

Tomasz Bąk

Maj na Salonie Literackim zaczynamy od mocniejszego uderzenia. Na początek wiersze trudne, ale „charakterne” Tomasza Bąka, poety młodego, który już zaznaczył swoje miejsce na literackiej mapie Polski dwoma tomikami i nagrodą SILESIUSA za debiut. Uprzedzam, nie będzie łatwo, bo wiersza Tomka wymagają wczytania się i zaakceptowania pewnego rozgadania, dyskursywności, wręcz plotkarstwa ulicznego. To dobra poezja, choć odmienna od tego, co zazwyczaj prezentuję na Salonie.

Kilka wierszy premierowych i kilka z obu tomików.

Zapraszam do lektury.
Paweł Podlipniak

 


 

Tomasz Bąk (ur. 1991 w Tomaszowie Mazowieckim) – poeta, autor książek poetyckich Kanada (2011) i [beep] generation (2016). Laureat Nagrody Poetyckiej SILESIUS 2012 w kategorii debiut. Mieszka w Łodzi.

 


 

#dobrazmiana

minister spraw zagranicznych
zaapelował do przebywającego wówczas
na pustyni Jezusa
aby powstał z kolan

 

Mismatch

Początek marca, co nie jest bez znaczenia,
schodzimy z boiska i zbijamy piątki
- do porażki nie dopisuję martyrologii -

dopiero w szatni dostrzegam, o co grałem:
czarna kotwica na lśniącym potem torsie,
zmieniają tiszerty koszykarze wyklęci.

 

Łódź #1

Rdzawa zupa na kościach mieszkańców,
mięsne nadzienie ukryte w kruchym mieście.

Ziemniaki w mundurkach tworzą kordon wokół
ziemniaków odtworzonych z suszu ziemniaczanego.

 

Z tomiku [beep] generation

 

Multikino zaprasza na seans nienawiści

Bo pewne zdarzenia muszą mieć miejsce,
żeby mogły mieć miejsce.

Jeśli gdzieś w najbliższym sąsiedztwie
– poprzez Facebook/Snapchat/Twitter –
odbywa się jakiś holocaust i
możesz w nim nie uczestniczyć,
to być może warto się odhaczyć.

Najważniejsze dzieje się wewnątrz,
choć nie jest to wnętrze z katalogu.

Najważniejsze jest niewidoczne dla oczu
– wiem o tym z reklamy wełny mineralnej.

To nie jest sprawa, którą można
załatwić, nie wychodząc z domu.

To nie jest sprawa, którą można
załatwić, wychodząc z domu.

To może się zdarzyć w kraju,
gdzie wypity alkohol
stanowi okoliczność łagodzącą,
a kradzież batonika
straszniejsza bywa niż gwałt. 

[jeśli ta historia dotyczy ciebie,
wystarczy zmienić imię, i spokój!]

Kwestia uchodźców wtrąciła
Unię Europejską w odmęty kryzysu,
czego efektem jest brak zgody na uzgodnione.

Osoby posiadające iPhone’a i adidasy
nie mają prawa ubiegać się o azyl.

Przed wojną uciekają tylko terroryści;
każdy wyjeżdżający za chlebem
tak naprawdę chce wysadzić się w piekarni.

Tak zwani uchodźcy przypominają zakalcowaty keks
nafaszerowany terrorystami jak bakaliami.

[przerywamy seans, żeby nadać komunikat od sponsora]

Pani z reklamy twierdzi, że
jej brzuch się śmieje,
choć ona sama minę ma nietęgą.

Bo smutny to naród wybrany, niedrożny układ
pokarmowy postawiony na baczność!
przez garstkę pachnących kurkumą biedaków
skądś-tam, i to, kurwa, na trzeźwo.

Czy ocali go ayran?
Zgagi nie ukoją dane statystyczne:
każdy przybysz ze wschodu,
prowadzący tu spokojny żywot i budkę z kebabem,
rekrutuje przynajmniej nastu narodowców
łamaną polszczyzną i mieszanym sosem.

Nie chcemy u siebie islamskich hord na ulicach?
Nie chcemy u siebie islamskich hord na ulicach.
Nie chcemy u siebie islamskich hord na ulicach!

Pan powie. Pani powtórzy.
Dziennikarz zacytuje.
Polityk wykrzyczy z ambony.
Naród da głos.

[po nas choćby A-------z,
choćby je zwali Keleti]

Podobno każda chwila sprzyja bohaterstwu.
Podobno raz do roku każda broń strzela.

Częstotliwość wystrzałów wzrasta,
gdy wcisnąć broń w dłoń

metroseksualnego mężczyzny,
spornoseksualnego mężczyzny,
lumberseksualnego mężczyzny,
normalnego gwałciciela z wąsem.

Twardość języka spustowego gwałtownie spada,
gdy nisko opłacani pracownicy najemni
w przejściach podziemnych na obrzeżach dworca
rozdają dehumanizację drukowaną na szpaltach.

[nawet jeśli nie przeczytamy tam o tym,
że nabój to nie pocisk, że nabój to pocisk,
łuska i spłonka, pocisk, łuska i spłonka,
pocisk, łuska i spłonka – brzuch by się uśmiał –
pocisk, łuska, spłonka i brak zgody na uzgodnione]

Twardość języka spustowego gwałtownie spada,
gdy ich prowadzi Bóg, Honor, Ojczyzna,
a gniazdowym drużyny/plutonu/kompanii
we własnej osobie Matka Boska W Gębie Mocna.

Nie pod taką Polską podpisywałem petycje.
Nie za taką Polskę stawiałem bierny opór.

A to mogliśmy być my – młodzi, piękni, zasadniczo niezadłużeni,
w kryształowym pałacu za dewizy z zachodu,
dziubkujący do selfie znad szklanki latte macchiato.

Przez twe serwery streamujem błaganie:
koniec historii racz nam wrócić, Panie!

Tygodniki opinii, terminal i dreszcze,
jakie to szczęście, że tematy zastępcze.

Ludzie ładniejsi od nas rozstają się bez żalu,
ludzie głupsi od nas dostają się do sejmu

– kolejny raz odwracam uwagę, kolejny raz
przekraczam granice od dawna nieistniejących krajów

i nie mogę wyjść z podziwu, jak nad wyraz dobrze,
jak bardzo – och! – jak dobrze zrobiło im nieistnienie.

Wychodzę więc z podziwu, jest nad wyraz dobrze, ale
precyzyjnie zdefiniowany wróg na zawsze w naszych sercach,

precyzyjnie zdefiniowany wróg na zawsze zachmurzenie,
odwracam uwagę/wychodzę z podziwu/wyobrażam sobie

– INTERNATIONAL MONETARY FUND AIRSHOW 2016 –

niewysokich lotów loty w klasie premium,
złoty pikujący ku uciesze tłumu, beczka!

Samolot-cysterna z logo MFW, prywatne odrzutowce
w barwach banków dokapitalizowane przezeń

w locie!, grupa akrobatyczna na mi-24
zrobi co zechce, bo za duża, by upaść.

Dość tych bredni, definiuję wroga – zmęczenie.
Jestem zmęczony, bo ktoś rzucił na mnie klątwę

i nie wiem, czy grozi nam wojna,
a jeśli tak, to pojęcia nie mam, jaka,

i w strefie bezcłowej szukam bezpiecznej przystani.
Cola ląduje w toalecie, alkohol – w butelce po coli.

Patrzę przez ramię, czym grzeją ci obok –
nic o nas na okładce/nic o nas na pierwszej randce;

Calvin Klein szykuje zapach stanu,
celebryci rozchodzą się jak koszulki z husarią.

Coś drażniące bardziej niż styczniowe słońce,
wszystkie marzenia ujęte na bilbordzie
okalającym idealnie czystą i pojemną formę: 

człowiek z tortillą zamiast twarzy kocha się!
w standardzie deweloperskim.

Piękno, które potrafi być wojną,
rajd Paryż–Dakar, wynurzające się z piasku
słońce i smukłe linie półciężarówek
najchętniej wybieranych przez terrorystów;

gardło lub płuco, nieszczęście!
Mimo wszystko, jednak, po drugiej stronie
świadectwa z czerwonym paskiem
kościół/szkoła/strzelnica; symultanicznie

niedojrzali & przejrzali młodzieńcy tańczą
nieskoordynowany układ ponadprzeciętnie
skoordynowanych ciał do melodii
rozpisanej na kałasze i flammenwerfery;

przedstawiciel mniejszości, która
nigdy nie jest w mniejszości,
postuluje ochronę uczuć religijnych
z braku dowodów na istnienie Boga;

analizuję sondażowe notowania partii liberalnych
i nabieram przekonania, że żyję
w społeczeństwie ludzi sukcesu,
– bogactwo metafory nad nędzą istnienia –

doskonałe decyzje podjęte na podstawie
niedoskonałych informacji, wołam!,
bo chcę ratować świat, to wszystko,
nietypowe rozwiązania poszukują nadzwyczajnych sytuacji.

Ostatni poniedziałek października, nad wyraz
wypoczęty otwieram oczy, świat odwołany i/lub w przebudowie.

Mam jedną nieprzeczytaną wiadomość, w załączniku
zdjęcie Polski Walczącej odciśniętej w polu kukurydzy.

Wychodzę do dyskontu po soczewicę i pomidory,
monitorowaną-windą-po-cichu-z-sąsiadami-o-pogodzie.

Biomet – korzystny, przejrzystość powietrza – dobra,
wzmożona aktywność chmur na zachodniej granicy państwa.

 

Z tomiku „Kanada”

 

Woalka [praxis]

O trzeciej dziewiętnaście czasu polskiego, na Powiślu, Polesiu
bądź Nadodrzu, przed burokolorowym telewizorem marki Rubin
i Canal+ z kradziochy, kibic staje się wywrotowcem.

Właśnie nadają NHL. Obrona Kojotów jest dziurawa
jak skarpeta, którą w lepszych czasach faszerował szmalem
tak, jak faszeruje się kwaśną stalą frajerów po obu stronach

rzeki. Widz bierze timeout i odpala szluga, wpasowując się
w zmęczoną twarz kamienicy, pamiętającą wszystkie hokejowe bójki
od Wiosny Ludów począwszy. Któż nie chciałby tańczyć na lodzie,

być jak Gretzky, Crosby czy Łukaszenko? Esta noche i nic więcej,
jedna tylko gęba rozrzedza mgłę dymem. Nad jego głową wisi szmata
– wdowa po dziadzie zmarłym bez wieści kilka sezonów temu.

Nikt nie zaopiekował się wystawiającą jęzor zwłoką, która powolutku
zaczyna przypominać dekorację i pluje jadem na głowy sąsiadów
niższego rzędu. On już wie. Viva Polonia, Killing an Arab, obalić reżim,

pieprzyć wszystkich kibiców rozlicznych barw, którzy solidarnie
chcieliby spuścić wpierdol Alemu Agcy. Bohater gasi peta i odnajduje się
jak brud w pępku świata który, tak jak on wie, czego chce.

Chce walczyć o wolność i dostać wykluczenie, dać się złamać
jak kij na głowie słabszego obrońcy. Chce wyrzucić telewizor
– rozkwasić kineskop bądź kineskopem.

 

Krokodyl

Kwiecień, zieleń rzuca się na jemiołę. W promieniach UV
i cieniu pasożytów Kamienna, Wrocław, dolnośląskie
wygląda jak Venice Beach, Los Angeles, California.
Chociaż troszkę. A ja stąpam po nieparzystych płytach chodnika,

bogatszy słowem każdego poety sprzedanego w promocji;
żwawszy tkanką z tkanki przeszczepionej od Świtezianki;
twardszy kością z kości dowolnej krowy przemielonej w kotlet.
Odziany w baner każdego sponsora, który mnie zechciał.

Nagi i niczyj. Mijam tornado na Świebodzkim,
mijam tornado przy Eurece. Oblizawszy wargi kontynuuję obchód,
bo tornado obchodzi się smakiem. W Pasażu Niepolda
czterech mężczyzn o zapachu Lacoste, oddechu Czysta de Luxe.

Ich celem jest dominacja, kształtem – kwadrat, poszyciem – „Playboy”.
Nadgryzają wzrokiem kobiety o brzuchach płaskich jak ziemia,
w spodenkach krótszych niż historia niepodległego Kosowa.
Chłopcy chcą stawiać je na ostrzu noża, nadziewać na ruszt,

taplać się w ich sosie. Chcą konsumować i pozbawiać opakowań,
ale ktoś im [access denied]. Nie mają chrypki Grega Dulliego,
torsu Marlona Brando, pierwszego kroku Derricka Rose’a.
Wódka nie jest afrodyzjakiem i e! nie może stanowić zaklęcia.

___

Och, Akme! Sezamie, otwórz się; Sezamie, odpuść ramiączko;
powtarzaj za mną: wzdrgaj słońce, stop lodowce, zagotuj wodę.

Och, Akme! Co jest tym detalem, który przewracasz w palcach,
który ci niknie w piersi, zdradza twą treść, nadaje tobie kształt?

___

Bo jeśli świat faktycznie jest talerzem z duraleksu,
opartym na czterech ostrzących zęby krokodylach,
to ja jestem na tym talerzu włosem. Jestem na tym talerzu
blizną. Jak ser w mikrofali przetopiony na śmierć.

 

Aktualny numer - Strona główna

Powrót do poprzedniej strony


© 2010-2018 Stowarzyszenie Salon Literacki.
Kopiowanie treści zawartych w serwisie wyłącznie za zgodą Redakcji i podaniem źródła pod cytowanym fragmentem, w przypadku portali internetowych - linkiem do serwisu salonliteracki.pl.