W najnowszym numerze...

Ukryte znaczenia

Jerzy Alski

Jerzy Alski o nieoczywistych związkach i znaczeniach procesów i zjawisk w sferze kultury oraz ich powiązaniach ze zdarzeniami w przestrzeni publicznej

 

Otrzymałem ciekawy dokument. Zawdzięczam to znajomym z pewnej powieści, którą napisałem. Zdarzenia w tej powieści rozciągają się na przestrzeni kilku tysięcy lat i to być może dlatego – taki rewanż. Dokument datowany jest na rok 2394 i dotyczy prac archeologicznych w najstarszych warstwach sieci, konkretnie w warstwie 2.0 rozpoczynającej się na poziomie ekspansji Facebooka. Jest interesujący, ponieważ podejmuje próbę opisu pewnych zjawisk od których, jak się wydaje, rozpoczęło się tworzenie obyczajowego i kulturowego zrębu dla nadchodzących dziesięcioleci, w których to świat sieci, a nie przestrzeń realna – jak dotąd, zaczął dyktować kanon. Innymi słowy: jeżeli zasady obyczajowe, moralne, kulturowe do momentu upowszechnienia się Facebooka ze świata realnego płynęły do świata sieci, to od tego momentu, jak się wydaje, zaczął przeważać ruch w odwrotnym kierunku – ze świata sieci do realu. Dokument został sporządzony w języku planetar unicode 7m.4.2 i jest aż nazbyt obszerny. Translator, jaki otrzymałem, nie był przesadnie precyzyjny (być może ze względu na archaiczność języka na jaki przyszło mu przekładać) i tutaj postaram się przekazać jedynie drobny wycinek wniosków. Czy trafnych – nie mnie oceniać.  

Odpowiedzialność za powstanie tego eseju spada na trzy panie. Wszystkie trzy bardzo lubię, jednej trochę się boję, do jednej z nich moja sympatia przybiera charakter mnie samego niepokojący. Nie tylko odpowiedzialność zresztą mam na myśli, również inspirację i tak jak pierwsze mnie rozgrzesza, drugie zobowiązuje do przedstawienia swoich racji w sposób przejrzysty i sugestywny na tyle, aby zostały one przez czytelników przynajmniej rozważone. Obawiam się zresztą, że kontynuować ten esej będę i za miesiąc, tak wiele uwarunkowań, zastrzeżeń, kontekstów i argumentów jest z nim związanych. Nie jest to pierwszy raz, kiedy piszę, czy też mówię o tym, co poniżej.

Niemal wszystkie wiersze są złe, ale jest to poezja. Siedzę tutaj jak szczur w norze z książek. Od sufitu Tzvetan Todorov, od podłogi Paul Ricoeur, ściany wyklejane Compagnonem, Hockem, dziury zaszpachlowane Rzemiosłem poezji Borgesa, posłanie na Duchu romańskim Ezry Pounda – i co? I nic. Brak dostatecznie wyrazistej koncepcji. U Compagnona znalazłem takie oto stwierdzenie Nelsona Goodmana (filozofa – ale cóż to za rekomendacja, szczególnie w dzisiejszych czasach): … „Gdyż, niestety, większość dzieł sztuki jest zła”. A dalej pojawia się następna sentencja Nelsona Goodmana – filozofa: „Zła interpretacja Dziewiątej symfonii jest sztuką z tego samego powodu, co dobra interpretacja tego utworu”.

„Wtedy właśnie odkryłem pojawienie się zupełnie nowego rodzaju literatury. Spotkałem grupę fascynujących osób i wielkich uczonych, z których wielu było autorami bestsellerów nie kwalifikujących się do żadnego ze znanych gatunków literackich. Ich książki nie były powieściami, popularyzacją nauki, dziennikarstwem czy biografiami – była to żyjąca nauka”.[1]

Historia, którą opowiem, nie zakończy się jednoznacznym dla wszystkich wnioskiem i wiem to już teraz – rozpoczynając ją. Są takie opowieści… Nie zawsze potrafimy ocenić: to jest dobre, to złe, to jest piękne, to nie. Oba człony świata zachodzą się na siebie nieustannie – jeśli wyobrazić sobie arenę turniejową i wstępującego od prawej w szranki rycerza białego, to nieuchronnym jest pojawienie się po lewej rycerza czarnego. A co będzie, jeśli rycerz odziany na biało i czarno stanie pośrodku areny? No, właśnie. To jest taka historia.