W najnowszym numerze...

Jeżeli będziemy szukać odpowiedzi na pytanie „dlaczego ptak lata”, dojść możemy odpowiedzi prostych i złożonych, zwykłych i niezwykłych, codziennych i niecodziennych, niemniej tylko jedna będzie absolutnie celna. Będzie ona zawierać w sobie niezmierzone możliwości prowadzenia dalszych rozważań, aż po loty nad wyżynami metafizyki (wszak to o ptaku i lataniu), ze świadomością jednakże, że wszystkie te rozwinięcia – tak jak pozostałe odpowiedzi – są wtórne w stosunku do genialnej prostoty odpowiedzi fundamentalnej. Dlaczego ptak lata? Bo może – i tyle. Gdyby nie mógł, to by nie latał. Aby się o tym przekonać, złamcie mu skrzydło. Nie! Na Boga, nie róbcie tego i nie o moralną naganność tego uczynku mi chodzi! Przyjdzie do was policja i spędzicie noc w areszcie, towarzystwo opieki nad ptakami rozpropaguje wasz haniebny czyn, internet zaleje ocean nienawiści do łamacza ptasich skrzydeł, sąsiedzi odwrócą się od was z odrazą i obleją wam drzwi brunatną farbą, w sklepie odmówią wam sprzedaży chleba, w finale zemrzecie w poniżeniu, samotności i głodzie.

Dygresja. Wyobrazić sobie, że Alski zrezygnuje z cytatów, odnośników, aluzji, odwołań, nazwisk i tytułów  jest niemal niemożliwe. Że Alski odpuści sobie wszystkie tak ukochane flażolety, jak mawia pewna zaprzyjaźniona ze mną osoba (drobna blondynka, IQ około 170) – no, bzdura! A jednak. Na użytek tego wypracowania i być może następnych postanowiłem zrezygnować z buszowania po zbiorach i pisać tak, jak piszą poeci – z głowy, z serca. Głowa akurat mnie boli, co zdarza się raz na kilka lat, a serca nie mam, chyba że za serce uznać kawał spieczonej wołowiny, która jeśli w ogóle coś robi, to pompuje krew do głowy. Widać niedostatecznie – patrz: ból głowy. Ale spróbuję dać radę.

Dygresja druga. Zagnawszy samego siebie do sporządzenia wypracowania opuściłem powieść, którą aktualnie piszę. Z żalem. Jest w niej międzynarodowa sieć handlarzy dziełami sztuki, jest przyrodnie rodzeństwo nie wiedzące, że nim jest i kochające się do upadłego, jest pies o imieniu Hel (proszę sięgnąć do mitologii nordyckiej i wyobrazić sobie tego psa), są sonaty Domenica Scarlattiego i tanga Astora Piazzoli, jest Ołtarz z Isenheim i jego wykładnia tak zdumiewająca, że Danem Brownem można przy niej bułkę smarować, jest rozszarpany kot, ostra psychoza, Sophia-Ennoia, sny o okrętach z bazaltu, autentyczny posąg Oktawiana Augusta (ten w Watykanie to kopia – jak się okazuje), walki gladiatorów, pokazy… nie, nie powiem. Ostra jazda, taki  kulturowy rollercoaster. Dalej przewidywałem zdradę, samotność głównego bohatera i jego psychozę powstającą pod wpływem madrygałów Gesualda da Venosy (warto sprawdzić dlaczego jego akurat i nie wykluczam, że wiele osób wie). Widziałem, jak to wszystko nadchodzi. Teraz zaś trwa w zawieszeniu, a ja piszę wypracowanie. Powód musi być ważny.

Nie wiem, czy są to już te czasy, w których wchodząc w przestrzeń publiczną ze „Śniegami Kilimandżaro” Hemingwaya ryzykuje się zatrzymanie przez policję i proces z powództwa publicznego – być może jeszcze nie. Być może jeszcze żaden z współczesnych samozwańczych cenzorów nie otworzył tej powieści. Natomiast jawnym zapewne już teraz   przestępstwem jest zajęcie się przy kawiarnianym stoliku lekturą jednej z powieści Conrada – w tytule jest wymieniony ktoś z załogi „Narcyza”. Można zostać pobitym i sąd przyzna rację napastnikowi – on tylko zareagował na jawną prowokację. A „Moby Dick”? Jakim trzeba być zwyrodnialcem, aby poszukiwać odbicia archetypicznych mitów w losach bandy przestępców z maniakalną furią tropiących wieloryba, aby go zamordować? W „Sartorisie” Faulknera opisane jest polowanie na oposy. Scena w której Bayard Sartoris zabija oposa nie tylko w towarzyszącej mu Narcissie Benbow wywołuje mdłości – w czytelniku również. Zastanawiać się można nie czy, a kiedy trup Faulknera zostanie wywleczony z grobu i rzucony oposom na pożarcie, aby historycznej sprawiedliwości stało się zadość. Zapewne niedługo. I zapewne podobny los czeka Karola Maya – bo przecież, w aspekcie historycznym nie można mówić o żadnym dobrym białym. Wszyscy biali byli ohydni i okrutni, a Karol May dopuścił się przestępczego fałszowania historii. Zawarte w jego powieściach idee przyjaźni, braterstwa i pomocy są zbudowane na fundamentalnym fałszu, nieuchronnie prowadzącym do wynaturzeń moralnych czytającej te zakłamane opowieści młodzieży. Być może czeka nas kolejne palenie książek.

Kobiety są ustawicznie krzywdzone przez mężczyzn. Są bite, poniewierane, dręczone, więzione. Wszystkie są me too. Żadna kobieta w związku z mężczyzną nie była szczęśliwa dłużej niż trzy dni, a jeśli uparcie twierdzi, że była, to kłamie. Ze strachu przed nim – tak orzekną pozostałe kobiety. Powstała cała gałąź literatury przedstawiająca rozpaczliwe zawiłości kobiecych decyzji w relacjach z mężczyznami; w większości z nich towarzyszące kobietom postaci przypominają poczwary ze średniowiecznych bestiariuszy, a jeśli współczesne, to porównywalne z przedstawicielami rządzącej kasty z „Planety małp”, zaś w złagodzonych przypadkach z Morlokami z „Wehikułu czasu”, przy czym kobiety to Eloje, choć przedstawione w sposób daleki od rzeczywistego ideału. Nawiasem: Morloki żywią się Elojami i to doskonale wpasowuje się we współczesną narrację. Nie mogą więc nikogo dziwić wszechobecne memy wydobywające na jaw miałkość, podłość i prymitywizm mężczyzny. Rozmaite poradniki traktujące o tym, jak go ucywilizować ilustrowane są uczworonożnionymi facetami prowadzonymi na smyczy, istnieją zestawienia o ileż hodowla psa jest piękniejszym przedsięwzięciem od hodowli mężczyzny, a nawet są  organizowane i reklamowane na facebooku kursy „Jak wytresować faceta”. I to jest w porządku – jest to absolutnie poprawne politycznie, do tego stopnia, że kiedy jeden jedyny raz ośmieliłem się prześmiewczo przeciwstawić, zostałem zalany pomyjami natury takiej, że nawet nie myślałem, że istnieje. Mogę przyjąć, że gdybym, siedząc na ławce w parku, czytał na głos „Przeminęło z wiatrem” zaczynając od słynnego pytania Scarlett „Rett, dlaczego się ze mną ożeniłeś?”, przeżyłbym może kwadrans, a sąd by je wszystkie uniewinnił, biorąc pod uwagę kryterium wyższej konieczności. Zaś gdybym pod wspomnianymi facebookowymi inseratami umieścił jakikolwiek cytat z pracy habilitacyjnej doktora Ottona Weiningera „Płeć i charakter”, zostałbym wywleczony z domu i spalony na stosie, z wbitym w gardło tymże  Weiningerem. Może nie tylko płonące książki przed nami?

Wychowujemy dzieci. Bezstresowo, teraz do tego stopnia, że w Szwecji orzeczono, że redukcja tygodniówki za złe stopnie jest rodzajem zniewolenia dziecka – czego robić nie wolno w żadnym wypadku. O pozostałych składowych bezstresowego wychowania nawet się już nie dyskutuje. W kultowej powieści „Władca much” William Golding, jeszcze niedawno postrzegany jako prorok błędnego zaułka cywilizacji w któryśmy się zagnali, próbuje dostrzec, co powinno być ważne dla każdego z nas, jeśli chce pozostawić sobie prawo do tytułu „człowiek”, kiedy trafi w warunki ekstremalne. W jego powieści Ralf próbuje poznać zdanie większości i dba o szkolny mundur, podobnie Prosiak. Jack, który poza granicami swobody nie próbuje niczego poznać, niszczy okulary Prosiaka, zabija go, po czym przystępuje do polowania na Ralfa. Na twarzach stowarzyszonych z nim chłopców pojawiają się malowane krwią zabitej wcześniej świni barwy wojenne, a wyruszają oni aby dokonać tego morderstwa uzbrojeni tak, jak szli na świnię – z zaostrzonymi kijami. O tym będzie inne wypracowanie, bo jestem z tą powieścią ogromnie związany i nie jedynie z Ralfem. Coś z Jacka jest we mnie też.

Dlaczego to wszystko? Bo nie można zadekretować żadnej etyki, żadnej moralności, żadnej empatii, żadnej emocji. Zadekretowana powoduje, że człowiek chowa się jak szczur do kąta i zastanawia się, jak można się wydostać z labiryntu, który (zadekretowany) otacza go breją obcości, nieakceptacji, odepchnięcia. Teraz wszyscy coś dekretują: cięcie drzew, krzywdzenie kobiet, zabijanie zwierząt, tolerancję, tolerancję, tolerancję. Ilość samozwańczych i z nadania proroków rośnie, no to przypomnę, co zdarzyło się jednemu z pierwszych. Kiedy Mojżesz zszedł z góry Synaj z tablicami Dziesięciorga Przykazań, zastał swój lud tańcujący wokół złotego cielca. Wściekł się tak, że walnął tablicami o ziemię i potłukł je w drobny mak, a później kazał wyrżnąć trzy tysiące mężczyzn – zapewne tych od tańców. Potem miał masę roboty, bo Jehowa odmówił sporządzenia kopii i Mojżesz musiał ryć w kamieniu sam.

Oczywiście, przykład z Mojżeszem jest w jakiś sposób ilustracją działania w drugą stronę, ale mechanizm jest ten sam. Tolerancja nie oznacza akceptacji, akceptacja nie oznacza przekonania o słuszności, przekonanie o słuszności nie oznacza przekonania o konieczności. Moralność nie jest rzeczą, jest procesem dokonującym się nieustannie od wielu tysięcy lat i nie tworzą moralności jej składowe tolerowane, niechby i akceptowane, moralność pojawia się tam gdzie zaczyna się przekonanie o słuszności, a utrwala ją poczucie konieczności. Nawet Immanuela Kanta imperatyw kategoryczny można spasować z moralnością niewiele mającą z naszą wspólnego: ochoczo zgadzam się cierpieć jak moje ofiary, jeśli tylko wcześniej dane mi będzie szczęście wybić dostatecznie wielu odszczepieńców – proszę bardzo.

O czymś zapomnieliśmy. Jestem z pokolenia dzieci – kwiatów i doskonale pamiętam, jak radosne było wówczas życie: dozwolone było wszystko a granica tylko jedna – krzywda drugiego człowieka. Oczywiście, niejedna dziewczyna płakała i niejeden chłopak z rozpaczy pił tydzień, ale mieli oni wokół siebie przyjaciół i tylko przyjaciół. Świat wyglądał jak jeden wielki Przystanek Woodstock. Jeśli ktoś do niego nie pasował to nie był lżony, poniewierany, obrzucany obelgami – nie mieściło się to w ideologii, po prostu. Próbowaliśmy go przekonać – zawsze, zaś jeśli trwał przy swoich nietolerancjach, po prostu pozostawał sam. Był z innego świata i tyle. Myśmy eksperymentowali z moralnością. I niejedno skrzydło trzeba było złamać żeby przekonać się, że ptak ze złamanym skrzydłem nie lata. Ale: wszechobecne było wybaczenie. Pokochajcie nas ułomnych, pokochaj mnie ułomnego – mówiłem do swojej dziewczyny.

Dzisiaj jest zupełnie inaczej. Miłość bliźniego szlag trafił, kamienne tablice z nowym dekalogiem to walą się na ziemię to ktoś próbuje sklejać ich okruchy, każdy na tych okruchach ryje coś innego, tolerancja dla jednych przemienia się w nietolerancję dla innych, zamiast pytań i odpowiedzi są obelgi i szyderstwa, neguje się całe połacie dotychczasowej historii zapominając w bezrefleksyjnym gniewie, że właśnie one doprowadziły nas do tego właśnie tu i teraz, że dzięki tej – dzisiaj zanegowanej i pohańbionej historii – wykuwamy kolejne zasady: co jest dobre, a co złe. Zło nie jest materią, z której jakiekolwiek dobro ma szansę powstać. Nie można zadekretować moralności – aby wrosła ona w świadomość i w sny każdego z nas trzeba cierpliwości, tolerancji, życzliwości, czasu. Pokochajcie nas ułomnych, teraz nas – być może jeszcze nie dorosłych do zmian aż takich. Nie czyńcie z nas podludzi. Mówię to w imieniu tych, do których pogarda proroków nowego świata jest aż nazbyt czytelna. Dajcie nam trochę czasu. To wy powinniście być mądrzejsi.

A jeśli nie? Cóż – ukryję się. W jakiejś piwnicy, wreszcie uwolniony od samego siebie – skoro nic to nie dało, co mówiłem. Może dane mi będzie stać się nowym wcieleniem Baudelaire’a, może dane mi będzie, już wówczas w wolności, po raz drugi stworzyć jego strofę.

Pokrzep swoją trucizną naszą duszę biedną –
My chcemy – tak nam płonie mózg od ognia twego,
Iść w otchłań – Piekła? Nieba? To nam wszystko jedno,
Byle tam, w Niewiadomej, znaleźć coś nowego!

Wszystkiego dobrego w Nowym Roku.

Jerzy Alski

PS: W cytatach i omówieniach mogą być niedopatrzenia. Naprawdę pisałem to z pamięci – z głowy i z serca.

 

Aktualny numer - Strona główna

Powrót do poprzedniej strony


© 2010-2019 Stowarzyszenie Salon Literacki.
Kopiowanie treści zawartych w serwisie wyłącznie za zgodą Redakcji i podaniem źródła pod cytowanym fragmentem, w przypadku portali internetowych - linkiem do serwisu salonliteracki.pl.