W najnowszym numerze...

Skończyłem pisać powieść – kolejną. Jest w niej miłość i zdrada, śmierć i cierpienie, euforyczna radość i namiętna erotyka, zaawansowana nauka współczesna i jej nieoczekiwanie groźne konsekwencje, odpryski gier wywiadów, ślady palców możnych tego świata. Powieść kończy się tak:

„Późno w nocy, kiedy już niemal zasypiał utopiony, zatopiony, zagarnięty przez miłość, przez miłość raz jeszcze i tylko przez miłość, bo to Helena pokazała mu, jak się zagarnia, jak się tonie i jak się topi, ona zaczęła szeptać. – Pójdę za tobą do więzienia, na wygnanie, umrę z tobą, ale nie będę się litować. Będę dla ciebie bezlitosna żeby cię kochać, tylko po to”.

Postaram się to przybliżyć. Bohaterem jest Robert – docent mikrobiologii, umysł błyskotliwy i śmiały, mężczyzna renesansowy i o renesansowych relacjach z kobietami. Bohaterką jest Helena – dziewczyna piękna, pracująca w prowadzonym przez Roberta instytucie. Robert dopracowuje się piekielnie zjadliwej bakterii, która go omal nie zabija – w trakcie zakażenia krwi traci obie nerki. Helena, w czasie rozwijającej się między nimi dość szalonej miłości zdradza go z osobą dla niego bardzo ważną, następuje epoka lodowcowa, z mozołem odmrażana. Bakteria budzi zainteresowanie wywiadów. Robert podejmuje działania czyniące działania wywiadów bezsensownymi, nieoczekiwanie zdarza się próba porwania córki Heleny z poprzedniego związku, którą to próbę Robert gasi w brawurowy sposób. Zostaje zraniony w głowę, wychodzi i z tego. Helena roni dziecko ich dwojga. Robert jest zmęczony i wówczas Helena zaczyna się odradzać. W finałowej scenie to ona zajmuje miejsce Roberta i teraz ona staje się brawurowa, błyskotliwa i śmiała. Żadnej litości – mówi, chcę tego Roberta, którego pokochałam. Zrobię wszystko, abyś nie odszedł w gorycz, starość, ubolewanie, niechęć. Będę dla ciebie bezlitosna, abyś pozostał zachwycony światem. Jeśli pozostaniesz, nagrodą jestem ja.

Afirmacja życia jest dotykalnie obecna. Bohaterowie powieści – niemal wszyscy – są życia niesłychanie głodni, ich poczynania wręcz prowokują kolejne zdarzenia i podnoszą ich dramatyzm. Podejmują ryzyko, niekiedy na chłodno, niekiedy w błysku iluminacji, ale w decyzjach nie licząc się specjalnie z bólem, którego mogą doznać, z własną stratą. Bo to takie piękne, mówi jeden z nich i ja – autor – zatrzymuję się bezradny. To nie ja im, tylko oni mnie opowiadają, w jak piękny sposób można żyć.

Na stoliku, przy którym piszę, zawsze jest mnóstwo książek. Czasami jest ich tak wiele, że zaczynają spadać na podłogę. Wówczas robię porządek: część z nich odkładam na półki, część pozostawiam i tak do następnego razu. Wśród pozostawianych od paru miesięcy jest jedna – niezmiennie – i dotąd nawet nie myślałem, że jej obecność może wpływać na aurę  historii, którą opowiadam. Teraz już tak pewny nie jestem.

Aleksander Bocheński: „Nienawiść i miłość – La Rochefucauld”. Opowieść wydano w 1962 roku, a sposób, w jaki do mnie trafiła, zasługuje na osobną historię. Był rok 1984 bodajże i przeżywałem wówczas miłość wielkiego formatu. Było lato i schroniliśmy się w ośrodku wczasowym nad morzem. W ośrodku była niewielka biblioteka i które z nas wyszperało tę opowieść, dziś już nie pamiętam. Zachwyciliśmy się nią oboje. Podbieraliśmy ją sobie, wydzieraliśmy, czytaliśmy razem. Niezwykły urok tej opowieści był tak silny, że kiedy po latach rozstawaliśmy się, o nią właśnie rozgorzał spór, który wspominam jako najgorętszy w tym okresie. Za zatrzymanie jej zapłaciłem kilkoma cennymi albumami z malarstwem i trzema tomami „Przemian bogów” Malraux. Wypada również wspomnieć o sposobie wejścia w jej posiadanie. Otóż poszedłem do biblioteki i zapytałem, czy można książkę ukraść. Nie, odpowiedziała pani, ale można zgubić i wówczas trzeba zapłacić jej trzykrotną wartość. Zapłaciłem. Jest to przykład na dokonanie uczciwej kradzieży. Urok tej opowieści działa na mnie z niezmienną siłą do dziś.

O czym ona jest? Jest o La Rochefucauld – oczywiście, ale nie tylko. Aktorów jest więcej, a pejzaż na scenie znacznie szerszy. Opowieść, pisana w formie listów do kochanej kobiety, obejmuje okres nazywany w historii Francji frondą – buntem przeciwko władzy królewskiej. Aktorzy? Cała plejada i to tych największych w epoce: Ludwik XIII i Ludwik XIV, Maria Medycejska i Anna Austriaczka, obaj genialni kardynałowie: Richelieu i Mazarin – to jedna strona sceny. Zaś druga? Heroiczne piękno Francji, najzimniejsze szpady, najgorętsze serca: Henryk de Montmorency – ścięty z decyzji króla, Henryk de Cinq-Mars – ścięty z decyzji kardynała, Szarlotta de Montmorency – która z poczucia dumy poszła za mężem, księciem Kondeuszem, do Bastylii i tam urodziła córkę – Annę de Longueville,  największą miłość i nienawiść La Rochefucauld, kardynał Retz – wielki trybun i intrygant, ale jeszcze większy pamiętnikarz, Kondeusz Wielki – brat Anny, wieczny wódz buntowników i rokoszan, księżniczka Orleańska, kuzynka Kondeusza – do frondy przystąpiła wbrew sobie, bo jej marzeniem było wyjść za mąż za Ludwika XIV, a nakazawszy strzelać z dział Bastylii do wojsk królewskich, jak później powie Mazarin, jednym strzałem zabiła sobie męża. Fronda książąt francuskich przeciw królowi upadła, ale ileż pozostawiła wspomnień o uczynkach bohaterskich, o heroizmie nie patrzącym własnego życia, o mocy wzniesienia się ponad krzywdy i urazy, o przyjaźniach wiążących na zawsze, o miłościach, w których ważność losu  kochanej, kochanego była ponad światem i Bogiem.

Fronda to również zdrady, uczynki niegodziwe i podłe, zimne kalkulacje własnego zysku, egoizmy, sprzedajność – tak dzieje się zawsze i poczynania nikczemne zawsze towarzyszą prawdziwie wielkim. Talent w opowiadaniu historii przejawia się tym, że potrafi wydobyć z niej piękno. Historia wcale nie musi być piękna i z reguły nie jest. Natomiast ten, kto chce ją opowiedzieć z talentem, chce według arystotelejskiego wzoru sprowadzić na słuchaczy, na czytelników katharsis, musi starać się aby była ona piękna – aby piękne  poczynania bohaterów błyszczały ponad nikczemnościami świata, nawet jeśli te pierwsze zostaną przez te drugie unicestwione. Piękne poczynania mają pozostać w pamięci najbardziej. Aleksandrowi Bocheńskiemu ta sztuka udała się aż zbyt – ale ani nie jest to jedyna taka opowieść, ani jedyny taki opowiadający. Każdy z nas zna co najmniej kilka takich opowieści, na niego akurat działających z niezwykłą siłą, ale, co ciekawe, niemal wszystkie one pochodzą z przeszłości. Współczesnych nie ma.

Cyniczny pesymista Michel Houellebecq, szyderczy czarnowidz Wiktor Pielewin – żeby nie szukać daleko. Co się stało światu? Co spowodowało, że proponowany nam współcześnie obraz świata jest brudny, żarłoczny, zachłanny, zimny i szpetny? Odrażający. Żyjemy w świecie z pewnością nie gorszym niż niegdyś, wyzwania przed nami są podobnej, co niegdyś, miary, możliwości przed każdym z nas nie mniejsze niż naszych poprzedników – nie śmiem powiedzieć, że przecież o wiele większe… co się stało? Co się stało, że opowiadane o współczesnym świecie historie pełne są pesymizmu, zmierzchu inwencji, pełne rezygnacji z życia, z uczestniczenia, z odczuwania, ze stawiania celów, z uporu, z radości, ze szczęścia? Czy naprawdę musimy topić się we własnym egotyzmie, zamiast topić się w tym, co ktoś nam ofiarowuje i co komuś możemy ofiarować?

Przynajmniej próbowałem. Mając przez kilka miesięcy tę piękną historię tuż obok przynajmniej próbowałem. Być może jej nie w pełni uświadomiona obecność powodowała, że starałem się nadać mojej opowieści ten sam rys: piękna na tyle upartego, że przeciśnie się ono przez wszystkie niedoskonałości świata. Współczesnego, tym razem. Czuję się jak outsider. Ale ani nie przestanę kochać, ani nie przestanę zachwycać się. Warto. Bo jeśli zachwyt, jeśli miłość umrze, cóż pozostanie?

Jerzy Alski

 

Aktualny numer - Strona główna

Powrót do poprzedniej strony


© 2010-2018 Stowarzyszenie Salon Literacki.
Kopiowanie treści zawartych w serwisie wyłącznie za zgodą Redakcji i podaniem źródła pod cytowanym fragmentem, w przypadku portali internetowych - linkiem do serwisu salonliteracki.pl.