W najnowszym numerze...

Życie jest furią, pomyślał. Furia – seksualna, edypowa, polityczna, magiczna, brutalna – dźwiga nas na szczyty finezji i strąca w głębie ordynarności. Z furii rodzi się tworzenie, inspiracja, oryginalność, pasja, lecz także przemoc, ból, czysta nieustraszona destrukcja, wymierzanie i przyjmowanie ciosów, po których nigdy się nie podnosimy. Ścigają nas Furie; Śiwa tańczy swój wściekły taniec, by tworzyć, ale i niszczyć. … Oto jacy jesteśmy, co ukrywamy pod powłoką ucywilizowania – przerażające ludzkie zwierzę, zarozumiałego, nieprześcignionego, autodestrukcyjnego, nieskrępowanego pana stworzenia. Wynosimy się nawzajem na szczyty radości. Rozrywamy się na pieprzone strzępy.[1]

Jakież to straszliwie, przerażająco prawdziwe. I aż za dobrze napisane. Bo trzeba furii, aby powstało dzieło natchnione – nie powstanie ono z namysłu, nawet z olśnienia nie powstanie i dopiero furia – stan uniesienia, wzniesienia się ponad ludzi i bogów, postawienia siebie ponad prawem, obyczajem, moralnością, światem – dopiero tak pojmowana furia powoduje powstanie prawdziwych dzieł. Albo powoduje powstanie zniszczenia, też będącego dziełem, samym w sobie. – Patrz szefie – mówi w uniesieniu Zorba – jaka piękna katastrofa.

Oficjalne źródła głoszą, że Herman Melville pisał „Moby Dicka” półtora roku. Nieoficjalne, że opowieść o białym wielorybie napisał w sześć tygodni, posługując się po drodze środkami wpływającymi na wyobraźnię i wytrzymałość, nie zajmując się w tym okresie niczym innym w sensie dosłownym – Herman Melville w lutym i marcu 1850 roku istniał tylko po to, aby napisać „Moby Dicka”. On był „Moby Dickiem” w tym okresie – był tą opowieścią. Był Furią realizującą jedną z najświetniejszych historii, jakie kiedykolwiek powstały. Bo nie można tego wyjaśnić inaczej, jak tylko wstąpieniem w niego ponadludzkiego pojmowania świata – wstąpieniem w niego Furii nakazującej mu zrealizować jej zamiar. Zamiar opowiedzenia historii równającej się z najlepszymi biblijnym. opowieściami. Nie bez powodu William Faulkner powiedział, że chciałby być jej autorem.

Na marginesie. Nienazwany Bóg Żydów musi nieść w sobie nie lada furię, bowiem wyziera ona z niezliczonych zakątków Biblii. Jest obecna u Ezechiela w opisie rydwanu Boga, a jeszcze bardziej w wizji Doliny Wysuszonych Kości (ta ostatnia powróci po kilkuset latach jako Sąd ostateczny). Jest obecna w proroctwach Jeremiasza o grzechach Izraelitów, jest niesłychanie obecna u Jozuego, kiedy Bóg wstrzymuje ruch Słońca na niebie, aby Izraelitom dać dość światła dnia dla zgładzenia wszystkich przeciwników w bitwie. W Księdze Wyjścia furia rządzi Mojżeszem niszczącym tablice Dekalogu, kiedy po zejściu z Synaju widzi swoje plemię w tańcu wokół złotego cielca. Furia rządzi nim, kiedy cielca pali w ogniu, rozciera na proch, miesza z wodą i nakazuje plemieniu jej wypicie. Furia w nim wznosi się na wyżyny zagłady, kiedy na koniec nakazuje synom Lewiego zabicie trzech tysięcy mężczyzn. Czy aż takiej furii trzeba było, aby zrealizować zamysł doprowadzenia Żydów do Ziemi Obiecanej – to osobne pytanie, zaś jednoznaczna odpowiedź na tak albo nie niełatwa byłaby do sformułowania. Przypomnę trzydzieści tysięcy Sasów wyciętych przez Karola Wielkiego. Też nie wiadomo.

Furia jest niewiadomą. Jest wzniesieniem się zarówno ponad tworzenie, jak i ponad niszczenie. Jest jakością nieznaną człowiekowi na co dzień, jakością nie do okiełznania kiedy już nadejdzie i jest wreszcie jakością wcale nierzadko budzącą zdumienie w samym nią owładniętym. Jam to uczynił? Tak, tyś to uczynił, czyniąc swą ludzką naturę nieobecną w chwili nadejścia Furii, nakazując swej naturze ucieczkę, a oddając Furii do wypełnienia, do przepełnienia puste miejsce po niej. Kiedy zaś Furia już odejdzie, kiedy wróci nasza ludzka natura ze wszystkim swym o ileż mniejszym, ze zdumieniem i oby nie ze zgrozą przychodzi nam spoglądać na jej owoce. Czy nasze? Też, choć nie do końca. Furia jest z innego świata.

Życie artysty, życie twórcy jest spacerem ponad przepaścią po ostrzu brzytwy, kiedy wokół czai się Furia. Guillaume Apollinaire:

Kołuje bal w otchłani czasów
Ja zastrzeliłem kapelmistrza
I dla przyjaciół mych obieram
Pomarańczę której smak jest
Oślepiającym fajerwerkiem
[2]

No i co z tego, że zastrzeliłem? Kogo obchodzi jakiś trup, skoro efekt jest oszołamiający. Zbryzgana krwią frakowa koszula, batuta jakżeż upadła, kakofonia dźwięków orkiestry pierzchającej w otchłanie razem z waltorniami i kontrafagotami, pomiędzy nimi kilka par w parodii tańca, latające między gwiazdami lakierki i szpilki, a ja na trupie siedzę, w wieńcu przyjaciół, łupina po łupinie odsłaniam oślepiający fajerwerk pomarańczy rozpalającej się, wybuchającej w moich rękach do najbielszej, supernowej bieli. No? Jeszcze ktoś go żałuje?

Okrucieństwo Furii jest niekiedy tak wszechogarniające, że aż niedostrzegalne. Vladimir i Estragon. Degradacja, degradacja. Dyskusja o warzywach, ktoś ukradł buty czy też zamienił, beznadziejny fatalizm sznurowadeł, Pozzo – possesseur i grubianin, Lucky – Rainer Maria Rilke na sznurze, a kto na tym sznurze tak naprawdę? Znowu dyskusja o warzywach i żadnej, nawet najmniejszej szansy. Odnosi się wrażenie, że wszyscy to wiedzą, niemniej… Któryś z nich mógłby się wspiąć na palce i popatrzeć dostatecznie daleko. Może nawet wejść na drzewo, jakieś drzewa tam są, zdaje się. Idzie? Nie idzie? Już jest inaczej. Ale nie, trzeba było odebrać im wszystko, nawet beznadzieję odebrać, bo przecież oni nie popadają w żadne depresje, żadne rozpacze, czekają sobie, grają w grę, że czekają. Beckett to kawał furiata: jak już obedrzeć – to ze skóry, posypać solą i poczekać aż przyschnie, aż przyzwyczai się. Raz się złamał:

Że z moim przyjacielem, Estragonem, tu, w tym miejscu, aż zapadła noc, czekałem na Godota? Że Pozzo przeszedł z tragarzem i że rozmawiał z nami? Zapewne. Ale co będzie prawdą w tym wszystkim? On nic nie będzie wiedział. Powie, że oberwał i żeby dać mu marchewkę. Okrakiem na grobie i trudny poród. Grabarz z głębi dołu opieszale zakłada kleszcze. Jest czas, żeby się zestarzeć. Powietrze pełne jest naszych krzyków. Ale przyzwyczajenie wspaniale tłumi.[3]

Ktoś inny:

ani nocy ani Boga
ani piękna ani klątwy
ani twarzy ani ptaka.
[4]

Furia… Jest niewiadomą, jest enigmą – nikt nigdy nie wie, co przyniesie, a sam nią owładnięty nie wie tym bardziej. Bowiem nie dostrzega owoców swoich. Po przeminięciu, po opuszczeniu przez Furię ludzkiej klatki dostrzeże, ale wówczas już nie będzie tym, który dokonywał. Będzie zwyczajnym sobą. Tworzenie w stanie nawiedzenia przez Furię jest stanem niezwykłym: wolno wszystko, nic nie jest zakazane. Potem Furia odchodzi. Patrzę ze zdumieniem. To ja? Tak, ale…

Furia jest odwróceniem… nie, jest zapomnieniem porządku świata. Ale też natychmiastową wiedzą jak zestawiają się elementy rzeczywiste i nierzeczywiste, natychmiastową wiedzą jak elementy podławego, nudnego, szarego mieszczańskiego kroju zestawiają się przed obliczem Furii w feerię niekończącego się eksperymentu pirotechnicznego, w którym z arystokratycznym gestem pękają cyprysy, daktyle, owoce mango rozrzucając swe wonne szczątki w tłum bachantów, korybantów, ludzi świętych. Wszystkie Saturnalia, święta fałszywego króla, babilońskie świątynne dziewice, śmierć Marata, pierwszy człowiek na Księżycu, dłoń Rodina i potem wygnanie z raju Masaccia – to Furia. Ukazanie ukrytego porządku – że taki też może istnieć, że jest do pojęcia, do zaakceptowania, że płynie podziemnym nurtem i że czasami się ujawnia. Na chwałę nas wszystkich, że tacy też potrafimy być – twórczy pasjonaci, zapatrzeni zarówno w Stworzenie Świata, jak i w Sąd Ostateczny. Wyliczać można długo: Ołtarz z Isenheim Grünewalda, płynne przestrzenie o zawrotnych perspektywach na obrazach Tintoretta, Tetralogia Wagnera, kwartet smyczkowy opus 132 Beethovena i tam Neue Kraft Fühlend, Cantos Ezry Pounda… to niemal bez końca – aż tyle razy Furia zjawiała się, aby komuś nadać nadludzką odwagę do pokazania świata w którym ani nocy ani Boga. Co zaś jest? Coś innego i aby to spróbować ukazać, sięgnę po zapiski kogoś innego. Cokolwiek bym napisał, nigdy tego tak nie opiszę.

Kiedy wszedł na scenę, ukazując wychudzoną, wyniszczoną twarz przypominającą jednocześnie twarz Baudelaire’a i Poego; kiedy wzburzonymi rękoma jak skrzydłami ptaka szybował wokół głowy i niestrudzenie operował nimi przy twarzy; kiedy ochrypłym, ledwo słyszalnym głosem przechodzącym w szloch i tragiczne bełkotanie zaczął deklamować swe piękne poematy, poczuliśmy, że wstępujemy w niebezpieczną strefę, jakby opromienieni czarnym słońcem, pochłaniani pożarem ciała wydanego na pastwę duchowych płomieni.[5]

W czasach, w których hasło życia dla przyjemności wypisane jest na wszystkich smartfonach, maskach samochodów, butelkach whiskey, stanikach i stringach, twarzach Greya, pudełkach Viagry, strzykawkach z botoksem i kolagenem – w takich czasach warto tę twarz i ten płomień zapamiętać.

Jerzy Alski



[1] Salman Rushdie, „Furia”, przełożył Jerzy Kozłowski, Dom Wydawniczy Rebis, Poznań 2002.

[2] Guillaume Apollinaire, „Wybór pism”, wybrał, wstępem i notami opatrzył Antoni Ważyk, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1980.

[3] Samuel Beckett, „Dzieła dramatyczne”, przekład Antoniego Libery, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1988.

[4] Aleksander Wat, „Poezje”, Czytelnik, Warszawa 1997.

[5] M. Saillet, Le retor du Momo, „Magazine Litteraire”, avril 1984 (206), s. 49 (relacja z „wieczoru autorskiego” Artauda w teratrze Vieux Colombier 13 stycznia 1947; pierwodruk w „Combat”, 24 janvier 1947). Za: Antonin Artaud, „Heliogabal albo anarchista ukoronowany”, tamże: Krzysztof Matuszewski, „Odpadek Dzieła Stworzenia”, Wydawnictwo KR, Warszawa 1999.

 

Aktualny numer - Strona główna

Powrót do poprzedniej strony


© 2010-2018 Stowarzyszenie Salon Literacki.
Kopiowanie treści zawartych w serwisie wyłącznie za zgodą Redakcji i podaniem źródła pod cytowanym fragmentem, w przypadku portali internetowych - linkiem do serwisu salonliteracki.pl.