W najnowszym numerze...

Piotr Mierzwa

W kolejnej odsłonie naszych literackich prezentacji Piotr Mierzwa -  autor, którego w żadnym wypadku nie można nazwać debiutantem. Mocno "zakorzeniony" w literackim internecie i na papierze, wydawany w Polsce i za granicą.  To moim zdaniem kolejny mocny i osobny głos na naszej scenie poetyckiej.

Zapraszam do lektury.

Paweł Podlipniak

 


 

Piotr Mierzwa (ur. 1980) – poeta, eseista, tłumacz. Autor 12 książek poetyckich, w tym 2 debiutów papierowych mały (Oficyna Literacka: Kraków 1997); Gościnne morze (Zielona Sowa: Kraków 2005) i zbioru esejów Próby bycia wariatem i inne możliwości ponoszenia porażki we współczesnej Polsce, dostępnych w większości przez kanał: http://issuu.com/snubrat.
Publikował w czasopismach tradycyjnych i sieciowych oraz antologiach zagranicznych (Anthologia#2, off_press publishing: London 2010, przekład własny; Poesía a contragolpe. Antología de poesía polaca contemporánea (autores nacidos entre 1960 y 1980), PUZ: Zaragoza 2012), wiersze po polsku i w przekładzie na angielski, hiszpański, kataloński i szwedzki. Działacz ludowy na rzecz świadomości zdrowia psychicznego i przeciwko stygmatyzacji ludzi chorych psychicznie w Polsce. Mieszka w Krakowie. Prowadzi bloga literackiego snubrata: http://piotrmierzwa.blogspot.com.

 


 

z e-booka Zapowiedzi (2013)

 

Nadzieja wbrew nadziei

P.S.

Słucham, jak słyszysz. Słyszysz, jak cię słucham.
Mówię, obserwowałem ciekawy wybór życiowy: 
na bucie śnieg w tramwaju. O, tak, rzeczywiście, 
odpierasz mi, tyle że po swojemu, innymi słowy:

Nigdy nie przestałem cię słuchać. Wydawało się im,
że ust nie zamykam. A było zupełnie inaczej. 
Do szpiku posłuszny, opuszczony do kośćca,
tak przeraźliwie odmawiałem poddania się radości i

rozpaczy, chciałem być sową z wieczorynki,
żeby ukryć w szkłach własne wielkie mroczne światło:
ja to miłość, miłość do siebie, rzadko się budząca
o poranku, który gęstą bielą powygaszał ptactwo,

gdy wieczorem na przystanku pod moim blokiem żar 
śniegiem gaszę. Wypala dziurkę w rękawiczce. 
Jest ciemno i jasno: światło latarni, mrok i światło. 
Zawsze powraca niewybaczona zaszłość, garnków

pełen zlew, wszystkie blaty kuchenne umorusane, 
a tylko ja mogę coś na ten syf poradzić, rozpocząć 
ranek zmywaniem naczyń do rytmów radia ESKA. 
Nowy dzień na kształt wykopalisk, czy tak będzie

zawsze, czy może kiedyś się rozmyślę i sobie palnę 
w głowę, i naprawdę kosteczkami kształtnej czaski 
niewinnego chłopca z osiedla, którym to się znowu 
na zawsze stałem, rozpędzę sześć zszarzałych ścian

mojego pokoju ostatni raz do słowa, ciszy i muzyki? 
Poddałem się, dlatego nigdy się nie poddałem. 
Moc wspomnień wiążę z tym mieszkaniem,ale opuszczę je 
jednak bez wahania, darowanemu więzieniu zęby

się wyrywa, wyszczotkować to kibel zaledwie można, 
a i tak nie pozbędę się pamięci, wdzięczności, trwam
stale, dzięki nim z bardzo daleka do siebie wróciłem, 
znowu aktywnie na drugiego człowieka czekam, jaki

przyjmie mnie, nie odrzuci, a ranić będzie delikatnie, 
dobrze znając swoją siłę, nie zostawi mnie na mrozie, 
pozwoli palić mi w mieszkaniu i zrobi herbaty i kawy. 
Kogoś takiego jak ty, drogi muzykalny przyjacielu, bo

od progu słyszę jak śmierć twoją ciszę, wolna miłości, 
umiłowanie wolności, ona mi odpowiada uśmiechem. 
Chodź, na czas otwiera się przestrzeń rozczarowania, 
normalka, nie przepuszczam już żadnej dobrej osoby.

Kraków, 15 marca 2013 roku

 

Jak pisać najsmutniejsze wiersze na świecie z uśmiechem na twarzy

wszystkim moich kochankom, przyszłym, obecnym i przyszłym

Pierwszy dzień nowej wiosny świata zaczynał się w osiedlowej trawie. 
Drugi przyniesie zdziwienie. A pomiędzy wszystkie samotne noce się 
zwijają w przygodny seks oralny. Dupy dam najfajniejszemu facetowi, 
który da mi swojej. Będziemy w sobie zakochani i obydwaj szczęśliwi.

Teraz chłodne, czwartkowe popołudnie w niczym nie przypominające
wiosny. Wtedy nieistotna pora roku, kalendarz zdarty, nieliczony czas. 
Poczekam, bo mogę. Potrafię napisać dwa epokowe wiersze dziennie, 
to nie potrafię zaczekać kilka kolejnych wieczności, aż mi odpowiesz

tak, teraz razem, pragnę cię i chce mieć z tobą miliard always forever, 
niezliczoność chwil, których matematyka i fizyka będzie odkrywana 
w XXIII w. n.e., których współrzędne zasną czasoprzestrzeń, zawsze 
razem i niekoniecznie w jednym miejscu, zarazem wspólnie osobno:

bliskość uniwersalna, chaotyczny kosmos, dwóch mega-mężczyzn w 
miłości, skończona nieśmiertelność, no i inne takie równie piękne, a 
nieprawdopodobne, to jest godne wiary, nadziei, rozpaczy, zaufania, 
mnie i ciebie, kornej dumy i powściągliwej rozwiązłości: tego świata?

Miałem jednak udzielić wam rady, jak pisać najsmutniejszy wiersz 
z uśmiechem na twarzy. Nic trudniejszego. Nie potrzeba geniuszu, 
ten zazwyczaj zwodzi na manowiec wyjątkowości, aby zapomnieć, 
że w aspektach cielesnych jesteśmy do siebie idiotycznie podobni,

z grubsza i chudsza tacy sami, dopiero praca nas sobą nas od siebie
oddala, pozwala wypracować dystans do siebie tak odległy, bym się 
znalazł w tym samym miejscu, co ja, jakie jest słabszą metodą życia,
mimo że w naszym umiarkowanym klimacie ja jestem nieuchronny,

nieodwracalnie przez to zbolały, do momentu, kiedy puszczam się, 
i lecę, gdzie chcę, stojąc, idąc przed siebie po zabetonowanej ziemi.
Wczoraj wracałem sam do domu nocą. To było tak cudnie smutne! 
Księżyc, mój nieprzyjaciel, świecił, uśmiechając się połówką ciepłej

pomarańczy, nie wiedziałem, czy do mnie, czy nieudolnie starał się 
nocą naśladować piknik na ławce pod Kefirkiem na ulicy Grodzkiej, 
jaki sobie urządziłem w składzie: ja, jedna pomarańcza, trzy banany,
aluminiowa szklanka Sprite’a, coby mi jeszcze starczyło na ok. dwie

suche bułki na podwieczorek w Sibro, szczęśliwość za sześć złotych 
siedemdziesiąt jeden groszy, aż siedem groszy zostało mi na koncie. 
Słońce przedwcześnie wiosenne rozgrzało moją biedę w czarniejszą 
rozpacz, narobiłem długów, upiłem się na smutno i dostałem kosza.

To tak można pisać najsmutniejsze wiersze na świecie z uśmiechem 
nie tylko na twarzy, a i z dzieckiem w oczach, które patrzą w oczęta 
niemowlęcia w wózku z uśmiechem, nawiązują związek bez obawy, 
z łatwością rozmawiają o śmierci z depresji i odrzuceniu w obłędzie,

nie zawahają się zabrać cię na spacer wiślanym bulwarem do mostu, 
zrobią wszystko, żeby nie być same, lecz kiedy usłyszą dziękuję, nie, 
ależ, mówią dobranoc i zamykają się samotnym powrotem do domu, 
powiedzą wszystkim, czyli nikomu, że tak nazywają ten swój pierdel,

że kochają ponad życie swojego brata i że na powrót pragnęłyby mieć 
siostrę, mamę, tatę, babcię i dziadka, że już tak dłużej nie mogą, więc 
zostaną sierotą do śmierci od poczęcia i ponad 10 lat temu wyskrobały 
sobie potrzebę posiadania potomstwa, szczęśliwego rodzinnego życia.

To są moje oczy, co nie potrafiły przewidzieć zbawiennej katastrofy.
………………………………………………………………………………………………
Nie rozumiałem przykazania miłości, byłem ślepy na miłość własną. 
Nie byłem w stanie wyobrażać sobie szczęścia z drugim mężczyzną.

Nie stawiałem się na pierwszym miejscu. Nie widziałem, jak siebie 
przed tobą postawić, żebyś mógł być na pierwszym miejscu, byłem 
dla siebie zerem, to i mogłem być każdym, nie umiałem się kochać, 
jak z kimś spałem, to jakbym wygrywał jęki na niemym akordeonie.

Dawałem im rozkosz, oni rano brali numer i znikali mi na zawsze. 
Ja to ten najsmutniejszy wiersz na świecie z uśmiechem na twarzy. 
Teraz jest smutniejsze, znów zaczynam marzyć o męskiej miłości. 
Codziennych i nocnych powrotach razem do prawdziwego domu.

Podgórze, KRK, sam z czarnym kotem i ciemnością, 21 marca 2013 r.

 

Wczesną wiosną wieczności stolik

Joannie Oparek oraz Adasiowi Wiedemannowi

Przede mną wreszcie wielka ciemność, śnieg topi się, 
topnieje strach, światło wyjaśnia, że to, co widzialne, 
widzialne jest tylko dzięki niemu i cały barwny świat 
to czarny dzień, wręcz nie noc, ciemność, nic innego, 
moje drogie nic, które ja, nikt inny, sobie wyrobiłem.

Tyle wielgachnej optyki i ontologii wieczności, bo tu 
bieda całkiem namacalna, zimna ścianka stawianego 
piwa, ciężar darowanej pięciozłotówki i takie polskie 
stawianie się, ogarnięty jak kobieta, jak dobra matka, 
w niezręcznej sytuacji, przy okazji: Arturze, dziękuję!

Wróćmy do wiersza, jaki przedstawia się mi w końcu: 
jestem twoją inną wydzieliną, ja, nierozłączny skutek 
uważnego bycia, istnienia teraz, tu jestem jak znalazł, 
jak z pyska strzelił, strzelisty jak koszykarz i szczupły 
jak gwiazda jednego sezonu, istny celebryta pór roku.

Stoliczku, nakryj się, tu tak samego nie zostawiaj mnie! 
Zostaw mnie samego w tłumie, w kawiarniach, i wygraj 
nieznane mi piosenki, głośniku nad stoliczkiem, i trwaj, 
nasza nad stołem rozmowo! Dopóki nie umilknie słowo, 
będziemy się całować, macać, staniemy się swoim sobą!

Wróćmy do wiersza, można nim wszystko wydzielać, 
wszystko wierszem wydalać, wiersz jest częścią życia, 
nie ucieczką, przystankiem, pod jego wiatę ucieka się 
od ucieczek, wycieczką we własny oddech, aż popłyną 
ogniste łzy z tchawicy, a krtań wybrzmi samą muzyką.

Masz, Adamie, mój bezcenny prezent, simpel prezent, 
przynajmniej udaje mu się robić to pierwsze wrażenie, 
mnie masz tu, Joaśko, mam tak wiele, bo całego siebie 
oddaje planecie każdym nadarzonym mi wydarzeniem, 
od nowa odkrywam, że jestem wiecznie sam jak wiersz.

Kraków, 28 marca 2013 r.

 

z e-booka Powstanie (2012)

 

***

Dopiero po krzyku zdarzenia 
wiem,że będzie przeszłe. Zakrzówek 
byłby świadkiem, gdyby nie ten pożar. 
Siostra mogła też zauważyć, lecz wierzyła 
trosce. Wszystkie umowne czynniki 
wskazywały wiosnę. Przechodziłem 
przez pokój w stronę komputera 
i posiałem świadomość, że moje 
pisanie stanie się w przeszłej 
chwili zaczątkiem ludzkości 
bez żadnej woli, by przeczyć 
oczywistym faktom, że język 
służy jedynie do grzebania granic 
i pomnażania bezkresnej bliskości. 
Pryskają paradoksy jak trujące tęcze, 
jak dociekliwość duszy w trzymaniu nas 
w ryzach. Ciało to wszystko, 
co daje nam pewność, 
że nie zginiemy z ostatnim człowiekiem.

(2007)

 

chaos: zdyszany, od i nie!

Że też wszystko jest możliwe, a tylko trochę się niezdarnie 
wydarza, niesłychane, pokot pokut, tanie dranie, abowiem 
wiemy, że za wiele wiemy, to udajemy, że wiemy za wiele, 
np. od i nie ma odwrotu, i tobie oddam swój wilgotny nos, 
i w centrach akcji za odrobinki ciepła to mokre powietrze.

Za wspinanie się na ten bezdenny stopień koncentracji nic 
się nie oddaje, tak to jest, tak ze mnie jest, swami, jak pies, 
za każdym razem niewprawnie dmucham coraz sprawniej, 
ponieważ wiem za dużo, i to wiem, że się udaje wiedzieć 
malutko, dużo mniej niż nic: spać, pić, jeść, przytul mnie.

 

Wygrałeś, pograbku!

I nic się nie skończyło, czy nic nigdy się nie kończy? 
Co mnie to obchodzi? Nie, wchodzi, wychodzi, sam 
ze sobą zostaję i mam niestrudzenie wierzyć słowom, 
które potwierdzają nieobecność. Wbrew zapewnieniu,

że cały czas jesteś ze mną, cały czas ze mną nie jesteś. 
Czy to wszystko moja wina, czy to tylko twoja mina.

Niosłeś kiedyś na barkach niezborne społeczeństwo, 
nie w abstrakcji, pod postacią krewnych i przyjaciół, 
którym nie masz już nic do powiedzenia, ale musisz 
mówić dalej, bo inaczej się rozpadniesz? Ja tak mam.

Nie mówię, że oni nie mają mi nic do powiedzenia, 
a wręcz ochoty, żeby ze mną rozmawiać, bo mówię 
prawdę, a tak wypadło, że moja prawda jest ciężka,

tym niemniej, wyćwiczyłem się we wdzięk, w siłę i 
w zgrabność. We mnie trwa wrażenie, że za darmo.

 

z e-booka Nikt inny

 

Sicut cervus

Leżę z rękami 
otwartymi na sufit i kolejne stropy 
nad nim, lecz ręce nie uległy, 
szukają kształtu, jakiegoś słońca 
lub sutka, to ssę,

transkrybuję. Na wzór odbicia 
nenufarów, wymierają świadectwa, 
podkreślając powierzchnię 
bawełnianego jeziora:

to zaszło daleko, 
że łanie zliżą słony kamień, 
nie ma mowy.

 

Jak gardło pełne ognia

Na przykład rzeczywistość, przyśniły się rzeczy,
o których się zapominało tuż po przebudzeniu:

między chłopcem na torach a bliskim, wiecznie 
niedoszłym, pustym pociągiem, przerwa światła.

Śnieg ją unieważnia, a chłopiec powstaje, bez łez, 
bez zapałek, pobieżeć nago w niemożliwą zamieć.

Wilki żywią się nocą, a on w niej nie zginie. 
Umrze z całą pewnością, że żył doskonale.

Urzeczony do kości najsmutniejszą z bajek, 
mrozem ją opowiada przeczyste powietrze:

gdybyś został dziewczynką, pozdychałbyś deszczem 
fikcyjnych fajerwerków, a nie w wolnych wierszach

spadł profesjonalnie w szyb logicznej windy. 
Tylko nie to, co teraz: ogień w środku zimy!

01/2007 – 12/2010 – 13-14/06/2012

 

Aktualny numer - Strona główna

Powrót do poprzedniej strony


© 2010-2019 Stowarzyszenie Salon Literacki.
Kopiowanie treści zawartych w serwisie wyłącznie za zgodą Redakcji i podaniem źródła pod cytowanym fragmentem, w przypadku portali internetowych - linkiem do serwisu salonliteracki.pl.