W najnowszym numerze...

„Zatem to my tworzymy czas – my sami, dzięki umiejętności tworzenia opowieści, bo w nich właśnie zawarty jest czas, ten dla nas prawdziwy. Ten, w którym niektóre chwile potrafią trwać niemal wiecznie, inne zaś przebiegają zaledwie zostawiając ślad, że były. Nie jest nawet specjalnie ważne, że niektórzy opowieści opowiadają jedynie samym sobie, inni przy biesiadnych stołach, inni jeszcze spisują je i przedstawiają innym – wszyscy oni tworzą czas, tworząc w ten sposób daleko więcej niż czas tylko. A co? O tym, być może, następnym razem”.

Dziejący się czas – czas Augustyna ma znaczenie jedynie fizyczne. Ten czas, w którym przeszłości już nie ma, przyszłości jeszcze nie ma, a teraźniejszość właśnie mija – ten czas jedynie rejestruje fakty; w analogii do taśmy sejsmograficznej jest taśmą faktograficzną, a co się za niezliczonymi oscylacjami rzeczywistości kryje? Wyobraźmy sobie wszystkie książki telefoniczne świata, wszystkie połączenia, wszystkie rozmowy… Słuchając ich jesteśmy w strumieniu czasu – płyniemy razem z czasem słuchając rozmów znajomych i nieznajomych, w znanych i nieznanych językach, wsłuchujemy się w rytmikę fraz, wpatrujemy w kroki obrazów, wędrujemy dłońmi po strukturze – jesteśmy w czasie zmysłowym który można usłyszeć, zobaczyć, poczuć. Natomiast chwilę potem… chwilę potem rozpoczyna życie czas pełny, totalny, metafizyczny – i tylko dla nas, bo tylko my jesteśmy władni zadać czasowi pytanie, co on oznacza. Nikt poza nami, przynajmniej na tej Ziemi, nie zada tego pytania. A dopiero to pytanie nadaje pełne znaczenie naszemu odczuwaniu czasu, a przez to odczucie – jego tworzeniu – wytwarzaniu. Czas tworzony jest czymś więcej niż czas płynący – ten drugi dzieje się w zewnętrznym do nas świecie, jest czasem narzuconym, pierwszy zaś jest czasem, którym porozumiewamy się z samymi sobą i z innymi – nam podobnymi. Marcel Proust:

„…jak gdyby ludzie chodzili na żywych szczudłach wciąż rosnących, wyższych nieraz aniżeli dzwonnice, szczudłach, które na koniec czynią ich krok mozolnym i niebezpiecznym, szczudłach, skąd raptem spadają. Trwożyłem się, że moje szczudła są już tak wysoko nad ziemią, i wydawało mi się, że starczy mi jeszcze sił, by długo utrzymać w sobie tę przeszłość, która zstępowała już tak daleko. Ale przynajmniej, jeśli zostawią mi ją na okres tak długi, bym zdążył dokonać swego dzieła, nie omieszkam w nim najpierw opisać ludzi (choćby mieli w tym opisie przypominać potwory), skoro zajmują miejsce tak ważne w porównaniu z miejscem nader ograniczonym, jakie wyznaczono im w przestrzeni, miejsce, przeciwnie, rozszerzane w bezmiar – gdyż dotykają równocześnie, jak giganci pogrążeni w latach, epok tak od siebie odległych, między którymi mieści się tyle dni – w Czasie”.

Zawsze jest to przeszłość – jeśli zamiarem naszym jest tworzyć, a nie od-tworzyć. Czy jest zresztą możliwe odtworzenie – nie wiem. Teoretycznie tak – bo można wyobrazić sobie powtórne ustawienie się wszystkich cząstek Kosmosu w sposób powtarzający idealnie jakiś moment czasu, który już był – czasu minionego. Czy praktycznie? Jakimś odwzorowaniem pojedynczej chwili jest fotografia – zebranie danego momentu na płaskiej powierzchni, co z miejsca odbiera tak odwzorowanej chwili głębię i trzeba niemałego artyzmu, aby głębię chwili oddać w sposób możliwy do przekazania. Oddać poprzez wyobrażenie jej w sobie podczas ułamkowego czasu spoglądania przez obiektyw, a następnie zawarcie jej w obrazie. Robert Capa, Henri Carter-Bresson… oni robili to poprzez dostrzeżenie jednego, szczególnego światłocienia, jednego, szczególnego gestu, jednego, szczególnego układu elementów. Ale też natychmiast ich artyzm uświadamia nam fundamentalną różnicę pomiędzy odtworzeniem a tworzeniem, pomiędzy płaskim a głębią, pomiędzy zapisem a opisem. Fizyka jawi się płaska od chwili, kiedy po raz pierwszy poruszy nas głębia refleksji, wzruszenia, przeżycia. I to właśnie jest nasz czas, czy też nasza jego świadomość – zawarta w opowieściach, bo nie można jej przeżyć inaczej jak tylko ją opowiadając, a inaczej, tworząc ją. Opowiadając ją sobie czy też komuś, bowiem staje się przeżyta, czy też uświadomiona, jeśli zostanie opowiedziana. Jeszcze raz: sobie – w głębi samego siebie, innym – w przekazanych do przeżycia opowieściach.

Meta ta physika – po napisaniu wszystkich ksiąg o fizyce pozostaje do napisania księga o tym, co jest poza fizyką. Księga o metafizyce: dlaczego coś jest, czym jest to, co jest, co oznacza to, że coś jest i czy lepiej jest, że coś jest, niż że nie jest. Problem metafizyki – o totalnym dla nas znaczeniu – może być podjęty dopiero wówczas, kiedy potrafimy o nim opowiedzieć, a umiejętności tej nabywamy indywidualnie, każde z nas – indywiduów, we właściwym sobie momencie uznając, że już może przystąpić do tworzenia opowieści. Aby uzmysłowić sobie, aby w samym sobie przeżyć cytowane frazy kończące „W poszukiwaniu straconego czasu”, Marcel Proust czekał kilkadziesiąt lat. Ale też niezrównany jest efekt jego oczekiwania, od magdalenek w Combray, poprzez Odettę de Crécy i Karola Swanna, salon Guermantów, Albertynę po raz pierwszy, Balbec, Albertynę po raz drugi, Wenecję i Tansonville, przyjęcie w pałacu Guermantów, księcia Błażeja, aż po końcową, cytowaną wyżej refleksję. Jeszcze jeden fragment:

„Odczuwałem znużenie i trwogę pojmując, że cały ten czas, jakże długi, był nie tylko bez przerwy przeżywany, przemyśliwany i emanowany przeze mnie, że był moim życiem, że był mną, lecz jeszcze musiałem w każdej minucie podtrzymywać z nim związek, że był mi fundamentem, że tkwiłem na zawrotnych jego wyżynach, że nie mogłem się poruszyć, by go nie przesunąć”.

To wszystko zawierają opowieści nas wszystkich. Opowieści te składają się na istnienie każdego z nas – na pamięć. Ta zaś tworzy historię. Ażeby historia się dokonała, ażeby przeminęła, nie potrzeba nic poza czasem Augustyna. Ale żeby została stworzona, żeby pozostała, potrzeba daleko więcej – potrzeba naszego przeżycia czasu, przeżycia opowieści w nim zawartych. Przeżycia w metafizycznym znaczeniu, nie zaś czysto fizycznego przebycia. Ma zresztą Augustyn przeczucie czasu przeżytego:

„Czymże więc jest czas? Jeśli nikt mnie o to nie pyta, wiem. Jeśli pytającemu usiłuję wytłumaczyć, nie wiem”. 

To przeczucie jest jak iluminacja – niesłychanie trudna do oddania w opowieści. Wiem, ale nie wiem. Pojmuję, ale jest to we mnie zamknięte. Próbuję to otworzyć. Czas tworzy możliwość opowieści – biegnąc, dokonując się. Natomiast dopiero opowieść, fundamentalnie oparta o czas, wpisana w czas, tworzy ten czas niejako na nowo – takim, jakim pojmujemy go naszym metafizycznym spojrzeniem na świat: refleksją, wzruszeniem, przeżyciem. Dla naszego pojmowania świata opowieść jest niezbędna absolutnie, bowiem bez niej nie istniałby czas – ten właściwy naszemu pojmowaniu świata. Czas przez nas wytworzony i sięgający bardzo daleko. Bowiem wspomniawszy greckie poiesis – tworzenie, wytwarzanie, będące jednocześnie źródłosłowem dla pojęcia poezji, być może w niej należałoby szukać następnych impulsów. I tak jak końcowy fragment poprzedniego eseju stał się inspiracją dla kolejnego – tego właśnie, być może ten fragment otworzy któryś z następnych.

Jerzy Alski

 


 

Wykorzystane dzieła:

  1. Święty Augustyn, Wyznania, Instytut Wydawniczy PAX, Warszawa 1982.
  2. Paul Ricoeur, Czas i opowieść, Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, Kraków 2008.
  3. Marcel Proust, W poszukiwaniu straconego czasu, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1979.

Fotografie ilustrujące esej zostały wykonane przez autora podczas przypadkowej wycieczki w 2004 roku.

 

Aktualny numer - Strona główna

Powrót do poprzedniej strony


© 2010-2018 Stowarzyszenie Salon Literacki.
Kopiowanie treści zawartych w serwisie wyłącznie za zgodą Redakcji i podaniem źródła pod cytowanym fragmentem, w przypadku portali internetowych - linkiem do serwisu salonliteracki.pl.