W najnowszym numerze...

Tylko taka przemoc, jaką my dopuszczamy, aprobujemy, uznajemy za niezbędną. My – komisja etyczna. Albo my dwoje. Między sobą. My – którzy się kochamy. Taka przemoc, na jaką zgodzimy się oboje. Czy jest różnica pomiędzy pierwszym a drugim? Nie wiem.

Ta notatka jest sprzed tygodnia – zapisałem ją i zostawiłem. Teraz zobaczymy, co z niej wyniknie, bo wydaję się sobie już przygotowany. Do czego? Do eseju o przemocy – o tym, że w ludzkiej cywilizacji jest nie tylko nie do pomyślenia – jest niedopuszczalne zrezygnować z przemocy jako argumentu. Pod warunkiem pierwszym, lub drugim, albo oboma jeśli są jednoznaczne. Dziesięcioro przykazań naprzeciwko ciebie i mnie – śmiałe to, ale spróbujmy. Biorąc pod uwagę rozrastające się w obowiązującej poprawności z chwili na chwilę pojęcie przemocy wszyscy już jesteśmy metoo i to z obu stron: jako ci, którzy doświadczyli i jako ci, którzy użyli. No właśnie – obowiązującej? Czy naprawdę za chwilę będziemy – zgodnie z nadchodzącymi wytycznymi komisji – instalować kamery w jadalniach i sypialniach, a chęć nawiązania relacji erotycznej będziemy musieli zgłosić na stronie internetowej odpowiedniego urzędu (i obustronnie wyrazić zgodę!), jak to się w jednym z nieodległych krajów szykuje? Czy można skodyfikować moralność do samiuteńkiego dna? Zobaczymy.

Najpierw tak:

Jestem człowiekiem, który, wałęsając się bez
zatrzymania, rzuca niedbałe spojrzenia na was
i potem twarz odwraca,
Pozostawiając wam rzecz swą dla próby i określenia,
Oczekując od was rzeczy wielkich.[1]

Opowieść, którą zamierzam streścić, dzieje się ponad sto lat temu. W pewnym miasteczku na południu Stanów Zjednoczonych prezes banku kupuje samochód – pierwszy w tej mieścinie. Prezes jest łagodnym, starszym panem, zamieszkującym wraz z kilkupokoleniową familią posiadłość na skraju miasta; mieszka tam jego syn z rodziną, inni krewni, służba. Lucius Priest, który tę historię opowiada, jest jego wnukiem i wówczas ma lat jedenaście. Pozostałe istotne dramatis personae: Boon Hogganbeck – nieco nierozgarnięty osiłek, szofer Szefa (tak wszyscy tytułują dziadka) i Ned McCaslin – czarnoskóry, starszawy już chytrus i kombinator, ze skrzętnie ukrytym, ale wielkim sercem. Aha, automobil to Wynton Flyer. Jest bezczelnie piękny – jakby i on miał  odzwierciedlać sposób, w jaki bohaterowie poruszają się w świecie.

Przychodzi wiadomość o śmierci w rodzinie. Szef i rodzice Luciusa jadą na pogrzeb pociągiem. Na stację odwozi ich Boon – samochodem, a jakże. Wraca i tu zaczyna się właściwa opowieść, której William Faulkner nadał tytuł „The Reivers” – „Rozbójnicy”. Jej polski tytuł to „Koniokrady”.

W odległym o kilkadziesiąt mil Memphis jest burdel. W tym burdelu pracuje Corrie, którą kocha Boon, ona jego – jak się wydaje – też. Prawa do dysponowania autem, do którego Boon ma kluczyki, drogą zstępną spadają na Luciusa. Szefostwa nie będzie przez kilka dni i Boon przystępuje do oblężenia. Niedługo ono trwa, bo – i tu zacytuję powieść – „nie ma takiej zbrodni, której od dawna nie wyobrażał sobie jedenastoletni chłopiec”. Jednym problemem jest dla niego, że nie wie, jak się do tego zabrać. Boon wie, a Lucius się nauczy. W trakcie podróży do Memphis dwaj rozbójnicy odkrywają, że pod tylnym siedzeniem ukrył się trzeci – Ned.

Kwaterują w burdelu, który zna dobrze i Boon, i Ned. Późnym wieczorem Ned wraca z ciemnoskórej części Memphis. Prowadzi konia – wyścigowego. Zapytany wyjaśnia, że wymienił auto na konia i że koń posłuży do odzyskania auta. Po co ta kombinacja – Ned milczy. Pojawia się Otis, starszy od Luciusa o kilka lat chrześniak Corrie. Wyścigi, w których miałoby dojść do odegrania auta, mają się odbyć w nieodległym Parsham. Koń ma tam trafić koleją, kierownik pociągu żąda od Corrie określonej zapłaty. Otis objaśnia Luciusa, że tam, gdzie mieszkał, wynajmował rozmaitym gościom miejsce, skąd można było obserwować schadzki Corrie z mężczyznami. Lucius rzuca się na niego, a kiedy tamten wyciąga nóż, łapie ostrze gołą ręką. Rano koń podróżuje do Parsham. Dżokejem Groma (bo tak zwie się koń) ma być Lucius, świetnie jeżdżący konno, ale teraz z głęboko rozciętą dłonią.

Grom to koń bez woli walki, ale szybki. Z ręką osłoniętą skarpetką Lucius prowadzi go po torze, aż koń, zobaczywszy Neda na końcu prostej, rzuca się do szaleńczego biegu. Działa – oświadcza Ned. A co – nie wiadomo. Corrie w nocy pierze odzież Luciusa. Znałam mężczyzn, którzy bili się o mnie, ale żadnego, który biłby się dla mnie – mówi. 

Pierwszą gonitwę Grom z Luciusem na grzbiecie przegrywa, drugą wygrywa (Ned stoi na końcu prostej), trzecia jest sporna i w pewnym momencie sporu Lucius dostrzega na torze Szefa. Szef jest bardzo łagodny. Podchodzi do Luciusa i mówi: rób dalej swoje.

Zjawia się szeryf. Powiada, że jeśli dostanie to i owo od Corrie, nie będzie dociekał legalności wyścigów. Boon rzuca się do bijatyki i szeryf wsadza go do aresztu. Corrie ofiarowuje siebie za Boona. Boon wychodzi i podbija oko Corrie. Lucius rusza z pięściami na Boona, który rezygnuje z obrony. Ocierając z krwi twarz mówi: „Do diabła! Jeśli ty możesz iść w jej obronie z gołymi rękami na nóż, to dlaczego ja nie miałbym się z nią ożenić?! Czy to ja gorszy od ciebie, chociaż nie mam jedenastu lat?” Corrie oświadcza, że kończy z zawodem. Boon oświadcza się Corrie.

Wracają do domu, gdzie Luciusowi szykuje się wielkie lanie i wówczas Szef odsyła wszystkich. Daje się Luciusowi wypłakać. Nie będzie kary, mówi, a na pytanie Luciusa, co on ma z tym wszystkim teraz zrobić, odpowiada: „Żyć z tym. Dżentelmen przyjmuje odpowiedzialność za swoje czyny i bierze na swoje barki ciężar ich konsekwencji”.

A po co Nedowi była heca z zamianą automobilu na konia? Samochód poszedł pod zastaw długów hazardowych siostrzeńca Neda u pewnego białego. Koń był na chwilę skradziony po to, aby odegrać w wyścigach auto, bo ów biały też był miłośnikiem hazardu, a niechęć Groma do wygrywania znali w okolicy wszyscy. Natomiast Ned potrafił zmusić go szaleńczego wysiłku. Jak? Ten koń przepadał za sardynkami, a Ned się tego domyślił, bo miał doświadczenie z mułem o podobnych gustach. Ned po prostu czekał na końcu toru z sardynką. Odegrał auto – oczywiście. Za każdym razem wiedział, który koń zwycięży.

Dlaczego to opowiedziałem? Jeszcze chwila cierpliwości, proszę. Jeszcze mam drugi fragment poezji i drugą historię. Postaram się o zwięzłość.

Ni strach ani odwaga nie zbawią nas. Potworne winy
Są dziećmi naszego heroizmu. Cnoty
Są na nas wymuszone przez haniebne zbrodnie.
Drzewo gniewu otrząsnąć, stamtąd są te łzy.[2]

W styczniowym wypracowaniu (SL 1/2019: Futurologia czyli wolność od samego siebie) pisałem, że do pewnego jego fragmentu powrócę. Tego: W kultowej powieści „Władca much” William Golding, jeszcze niedawno postrzegany jako prorok błędnego zaułka cywilizacji w któryśmy się zagnali, próbuje dostrzec, co powinno być ważne dla każdego z nas, jeśli chce pozostawić sobie prawo do tytułu „człowiek”, kiedy trafi w warunki ekstremalne. „Władcę much” zapewne zna więcej osób aniżeli „Koniokrady”, dlatego ograniczę się. W trakcie globalnego konfliktu nuklearnego samolot wiozący uczniów londyńskich szkół rozbija się na bezludnej wyspie. Przeżywają tylko dzieci. Sami chłopcy – Golding zadbał o sterylność eksperymentu. Krystalizują się dwie opcje: pierwsza – próbująca odtworzyć porządek opuszczonego świata, z Ralfem i Prosiakiem i druga – porzucająca tamten świat na rzecz porządku pierwotnego: Hobbesowskiej wojny wszystkich z wszystkimi, z realizującą się Nietzscheańską wolą mocy; tą dowodzi Jack. Ralf próbuje poznać zdanie większości i dba o szkolny mundur, podobnie Prosiak. Jack, który poza granicami swobody nie próbuje niczego poznać, niszczy okulary Prosiaka, zabija go, po czym przystępuje do polowania na Ralfa. Na twarzach stowarzyszonych z nim chłopców pojawiają się malowane krwią zabitej wcześniej świni barwy wojenne, a wyruszają oni aby dokonać tego morderstwa uzbrojeni tak, jak szli na świnię – z zaostrzonymi kijami. Do kolejnej zbrodni nie dochodzi dzięki załodze przepływającego obok okrętu wojennego, która zauważyła płonącą dżunglę na wyspie. W powieści występuje jeszcze wyrazisty Simon, porównywany niekiedy z Chrystusem: pomaga wszystkim, przynosi owoce, układa do snu, koi lęki. Podczas orgiastycznej uczty zostaje przypadkowo zabity i tu zacznę komentarze. Być może Simon był alegorią Chrystusa – w chwili wydania powieści. Po kilkudziesięciu latach wydaje się pochodzić wprost z ostatniej reklamy firmy Gillette, w której świetnie wygolony gość koi lęki, utula do snu, rozdziela bijących się, powstrzymuje faceta zachwyconego mijającą go dziewczyną. Ale to przecież naturalne: bać się, nie móc zasnąć, zachwycić się dziewczyną i pobiec za nią. Bić się – to też jest naturalne i nie oszukujmy się: dzisiaj jeszcze jest i musimy poczekać aż wyewoluuje w coś innego – równie kreatywnego jak bójka, ale wtedy już nią nie będąca – będąca czymś ewolucyjnie lepszym. Dwa tysiące lat temu Chrystus przepędził kupców z Świątyni, na co myśmy pobudowali świątynie dla kupców. Nie jest to właściwy kierunek i nie tego chcieliśmy, ale gwarantuję: żadna komisja etyczna nic nie przyspieszy, a jeśli zakaże i zlikwiduje, znajdziemy się w świecie z którego znikną namiętności, a te przecież kochamy najbardziej – n’est-ce pas? One znikną, a nie wyewoluują w coś nowego.

Coraz częściej czuję się o krok od przymusowej kastracji. Z bezczelnego piękna opowieści Luciusa za chwilę nie pozostanie nic – w świecie poprawności politycznej zostaniemy bezlitośnie stłamszeni przez niezliczone komisje etyczne, które pozostawią z nas ludzkie wydmuszki pozbawione uczuć – tych dobrych i tych złych, bo jedne bez drugich są niemożliwe do pomyślenia. Jak doszlibyśmy piękna szumu drzew, gdyby zawsze było bezwietrznie? Jak doszlibyśmy czaru nocnego nieba, gdyby nie nadchodził dzień i gasił gwiazdy? Jak doszlibyśmy obezwładniającego uczucia szczęścia gdyby niekiedy nie nadchodziła rozpacz? Skąd wzięlibyśmy uparte szukanie euforii gdyby nie gniew?

Słyszę oburzenie. No to przyjrzyjmy się „Koniokradom” jeszcze raz. Akcja powieści to jedno pasmo przestępstw, a jeśli kończą się przestępstwa natychmiast zaczynają się poczynania moralnie naganne. Przywłaszczenie samochodu, potem jedenastolatek w burdelu gdzie bije się co chwilę. Nóż w ręku chłopca. Nielegalne transakcje. Prostytucja. Oszukańczo rozegrane wyścigi – w końcu ta sardynka to rodzaj dopingu. Myślę, że wystarczy.

Teraz proszę wskazać choć jedną osobę, która z tej afery wychodzi nieszczęśliwa, która z niej nie wychodzi wzbogacona, która z niej nie wychodzi z szansą na lepsze życie. To bardzo szczególna cecha tej opowieści i nieco ukryta. Wszystkie gry jakie prowadzi trójka rozbójników i niezależnie – odruchowe czy przemyślane – mają na celu uszczęśliwienie kogoś drugiego. Oni wszyscy są zwyczajnie dobrzy: trochę nieobliczalny osiłek Boon, przemyślny i cwany Ned, wrażliwy i to bardzo – na dobro i zło – jedenastoletni Lucius. Nawet jeśli rozpoczynają podróż naładowani egoistyczną żądzą przygód, później, w zderzeniu ze światem, działają w imię dobra i szczęścia innych, którzy źli nie są, tylko pogubieni, albo tak się złożyło, albo nie mogli inaczej i popadli w zło. Oni ich wszystkich przywracają dobru, czynią ich szczęśliwymi a co najmniej mniej nieszczęśliwymi. Dlatego właśnie rezygnacja z przemocy jest nie tylko nie do pomyślenia – rezygnacja z niej jest niedopuszczalna. Pod podanym na początku warunkiem: jeśli się zgodzimy. Bo celem tak pojmowanej przemocy ma być uczynienie kogoś szczęśliwym. Celem jej ma być też  przywrócenie porządku – jeśli ktoś uczynił krzywdę, słusznym jest, aby to odpłacił.

W „Władcy much” Ralf przegrywa, bo chce przywrócić porządek zewnętrzny: obrady, ustalenia, poprawność. Przegrywa z jawnie niszczycielskim żywiołem i ciekawe refleksje to nasuwa jeśli założyć, że poprawność polityczna mogłaby przegrać. Co nas wówczas czeka?

Wnioski? Bardzo proste. Żadne komisje etyczne, żadne nakazy i zakazy tworzone ponad i obok prawa niczego nie załatwią, a oby nie doprowadziły do zła większego aniżeli już istniejące. Prawo jest jedno i obowiązuje wszystkich i nie ma co do niego dodawać jakiegoś nad-prawa, bo to prawo tylko psuje. Może lepiej byłoby dopuścić, że żadnego zła się nie wygumkuje, nie wymaże z tablicy naszych uczynków, natomiast możemy je obrócić w dobro, jeśli tylko będziemy pamiętać, że uczynienie kogoś szczęśliwszym jest nadrzędne i że przywrócenie ładu jest dobrem. A prawo wolnego wyboru? Ono czyni nas ludźmi. Zaś o drodze prowadzącej do tego świata w następnym wypracowaniu.

Jerzy Alski



[1] „Poeci przyszłości”, tłum. Bogdan Żyranik, fragment. Z tomu: Walt Whitman, Poezje wybrane, Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, Warszawa, 1971 rok.

[2] „Gerontion”, tłum. Czesław Miłosz. Z tomu: Thomas Stearns Eliot, Poezje, wybrał i posłowiem opatrzył Michał Sprusiński, Wydawnictwo Literackie, Kraków, 1978 rok.

 

Aktualny numer - Strona główna

Powrót do poprzedniej strony


© 2010-2019 Stowarzyszenie Salon Literacki.
Kopiowanie treści zawartych w serwisie wyłącznie za zgodą Redakcji i podaniem źródła pod cytowanym fragmentem, w przypadku portali internetowych - linkiem do serwisu salonliteracki.pl.