W najnowszym numerze...

Piotr Przybyła - Apokalipsa. Afterparty

Tym razem w moje ręce trafił debiut Piotra Przybyły, laureata głównej nagrody w ubiegłorocznym konkursie Bierezina. W ostatniej recenzji trochę pomarudziłam, teraz dla odmiany się pozachwycam, kto bogatemu zabroni. A jest czym. Przybyła przybywa do czytelnika ze swoim tomikiem APOKALIPSA. AFTER PARTY, przybywa raczej z poematem niż zbiorem wierszy, z opowieścią o końcu, który jest niezłą imprezą. Albo może z imprezą zwiastującą koniec. Albo może w ogóle z czymś innym, co zawiera się w uuu, oł jea i ciamciaramcia. Trudno powiedzieć, ale jest fajnie, choć nie lubię słowa fajnie. Tytuł tej recenzji (który, co oznajmiam z żalem, nie jest moimi własnymi słowami, a niejakiego Króla Juliana) oddaje dla mnie charakter tego debiutu: oto świat chyli się ku zagładzie, ale to jakby wisienka na torcie albo wisienka spadająca z tortu. Generalnie trochę strach, ale raczej ekscytacja i wszystko w niezidentyfikowanej papce.

Książka podzielona została na dwie części. Bez niespodzianki: pierwsza z nich traktuje o apokalipsie, druga to after party. Ale już chyba wszystko inne w tym tomiku jest niespodzianką. Apokalipsa Przybyły jest naszą apokalipsą, współczesną, realną, indywidualną i globalną. Ale taką trochę pop, trochę dziwną, trochę sentymentalną. Jestem w stanie sobie wyobrazić, że apokalipsa naszego świata tak właśnie by wyglądała. Pojawiają się elementy, których moglibyśmy się spodziewać: nauka o radości, smutku, pięknie, żałoba, cisza, śmierć. I wszystkie te elementy ujęte zostają w takich konfiguracjach, że nie ma w nich nic oczywistego. Skojarzenia między nimi są niekiedy niezwykle odległe, może nawet pozornie żadne, przypadkowe. Da się czytać tę książkę jako pewną surrealistyczną wizję wyrażoną surrealistycznym językiem. Nie ma w tym nic złego, gdyż te utwory same niosą, narzucają się konwencją, która nie wymaga racjonalnej oceny, a po prostu akceptacji, wczucia, odrobiny szaleństwa. Całkiem prawdopodobne, że moje poszukiwanie logiki i realnych powiązań jest większym szaleństwem, w końcu podmiot mówi:

i obiecuję: nigdy nie wypowiem już słowa abażur, powtarzać
za to będę w nieskończoność słowo bakłażan, a kto nada temu
sens, tego nazwę swoim ojcem, dziwnym i nieobecnym.

Nie wiem, czy zatem już mogę się czuć ojcem Piotra Przybyły i czy to znaczy, że zdążyłam zostać matką i nie dotyczy mnie popularna niedawno kampania społeczna. Ale ten poemat-niepoemat iskrzy mi się od sensów. Przy APOKALPISIE. AFTER PARTY czuję się tak, jakbym była na haju czytając, autor był na haju pisząc, i wyszło z tego milion olśnień, których inaczej nie dałoby się pojąć.

Druga część to after party po końcu. W sumie dużo dłuższe i ciekawsze od imprezy zasadniczej – czyli jak zwykle. I tu zaczyna się dziać na dobre. Warto podkreślić, że do pewnego momentu obie części prawie z każdą nową strofą zaczynają się spójnikiem „i”. Wydaje się, że w takim momencie chce się wchłonąć i powiedzieć po prostu wszystko. Co chwilę jest jakieś nowe „i”, bo wciąż za mało słów, wrażeń, życia. Bo trudno do siebie dopuścić myśl, że za chwilę tego „i” nie będzie. Zatem na afterze nie brakuje bodźców: jest impreza taneczna, korzystanie ze wszystkiego do końca, metafizyka, nadzieja, że jednak to jeszcze nie to, zwłoki, czułość, miłość. Wszystko zmieszane ze sobą, wielki kogel-mogel, bo nie ma czasu, żeby abstrahować doświadczenia i relacje ze zdarzeń. Tomik Przybyły jest w pewnym sensie kompleksowy, ma ambicje zebrania możliwie jak największej ilości ludzkich doświadczeń, jest w tym trochę zachłanny. Z taką samą siłą przekazu opowiada o rzeczach drobnych, jak i wielkich. Jest rozpasany i intymny równocześnie, szokujący i wzruszający. I w każdym z tych wydań jest prawdziwy.

Twierdzę, że APOKALIPSA. AFTER PARTY jest poematem z kilku przyczyn, ale najważniejszą z nich jest fakt powracania wielu motywów, słów, sformułowań, nawet bohaterów. I tak na przykład pani Czosnek jest w tym świecie jakąś niesamowitą ostoją uczuć i prawdy, niezwykłą kobietą, która bezgranicznie ufa i kocha. Chociaż autor wszystko traktuje ironią, wyolbrzymia i koloryzuje, to jednak wydaje mi się, że w subtelny sposób przemyca właśnie choćby taką panią Czosnek. I kiedy używa słowa miłość, a dla wiersza jest ono potencjalnie niebezpiecznie banalne, to, choć ubiera je w niesamowitą otoczkę, nie zatraca samej jego istoty, a raczej daje dodatkowe dziesięć do prestiżu.

i przyznaję: często wyobrażam sobie, że jestem lodówką, albo przynajmniej
analogowym sygnałem o następującej treści pokarmowej: Ibiza. wiem.
z perspektywy kosmosu to jest zawsze o wiele za mało. co innego: miłość.
nawet nie filatelistyka, a miłość.

Ta miłość pojawia się też w końcówce tomu, kiedy poszczególne części nie zaczynają się już spójnikiem „i”: co, znowu mnie nie rozumiesz, ale to właśnie miłość. W tych kilku ostatnich wierszach-niewierszach zachodzi jakaś subtelna zmiana, pojawiają się nawet archaizmy, a ostatni tekst trochę wywraca wszystko do góry nogami, ale nie będę zdradzać szczegółów. Zachęcam do sprawdzenia samemu.

Jeszcze jednym bardzo ważnym aspektem w tomie Przybyły wydają mi się wtrącenia, onomatopeje, zdania nawiasowe. Tych ostatnich jest tak dużo, że tworzą jakby osobną płaszczyznę z wartością naddaną. Ten poemat w takim samym stopniu składa się ze zdań, jak z mniam, mniam, mniam, ble, ble, ble, hi, hi, hi. I to w jakiś dziwny sposób orientuje całość. APOKALIPSA. AFTER PARTY pozostaje dla mnie wciąż pełna zagadek i pytań typu łot de fak, ale w bardzo pozytywnym sensie. Jak nie ma zachwycać, kiedy zachwyca. No i co zrobić, jaram się jak pochodnia. I jeszcze umca, umca, umca.

Anna Mochalska

 

Autor: Piotr Przybyła
Tytuł: APOKALIPSA. AFTER PARTY
Wydawnictwo: Stowarzyszenie Pisarzy Polskich Oddział w Łodzi, Dom Literatury w Łodzi 2015
ISBN: 978-83-62733-25-5

 

Aktualny numer - Strona główna

Powrót do poprzedniej strony


© 2010-2019 Stowarzyszenie Salon Literacki.
Kopiowanie treści zawartych w serwisie wyłącznie za zgodą Redakcji i podaniem źródła pod cytowanym fragmentem, w przypadku portali internetowych - linkiem do serwisu salonliteracki.pl.