W najnowszym numerze...

Piotr Gajda

Jesień w Salonie Literackim rozpoczynamy od wierszy Piotra Gajdy, autora dobrze znanego, który występował już w „Prezentacjach” kilka lat temu. Trudno jest mi napisać coś nowego o jego twórczości, bo musiałbym popełnić autoplagiat i znów wspomnieć o soczystym języku, doskonałym i oryginalnym obrazowaniu, mocnym brzmieniu czy odmienności dykcji poetyckiej autora. To w tym przypadku truizmy zahaczające wręcz o banał recenzencki. Żal tylko, że tak dobry poeta pozostaje,  z powodu koteryjności i otępieniu życia literackiego w Polsce w zasobie „planktonu poetyckiego”. Plankton – to określenie, którego Piotr użył parokrotnie w rozmowie ze mną.

Wiersze prezentowane w SL pochodzą z nowego tomiku Gajdy.

Serdecznie polecam!
Paweł Podlipniak

 


 

Piotr Gajda (ur. 1966) — poeta, autor książek poetyckich Hostel (Łódź 2008), Zwłoka (Łódź 2010), Demoludy (Mikołów 2013), Golem (Mikołów 2014), Śruba Archimedesa (Łódź 2016) oraz To bruk (Łódź 2018). Stały współpracownik Kwartalnika Literacko-Artystycznego „Arterie”. Wiersze publikował m.in. w „44”, „Tyglu Kultury”, „Opcjach”, „Toposie”, „Frazie”, „Red-zie”, „Gazecie Wyborczej”, „Odrze", „Cegle”, „Nowym Zagłębiu”, „Ricie Baum”, „Arteriach”, „Czasie Kultury”, „Dzienniku Łódzkim”, „Fabulariach”, „Pressjach”, „Migotaniach”, „Afroncie”, w pismach internetowych: „sZAFa”, „Inter”, „Helikopter”, „Fragment”, „biBLioteka”,  „Wakat-Notoria”, „Obszary Przepisane”, art.-zinie „Nowy BregArt”, w antologii łódzkich debiutantów Na grani (Łódź 2008) oraz w antologiach: Pociąg do poezji. Intercity (Kutno 2011), Węzły, sukienki, żagle. Nowa poezja, ojczyzna i dziewczyna (Kutno 2013), Przewodnik po zaminowanym terenie (Wrocław 2016), Ani ziemia jałowa, ani obiecana / Weder wüstes Land noch gelobtes (Dom Literatury w Łodzi, 2016). Laureat Nagrody Otoczaka 2014 przyznanej przez Jerzego Suchanka. Stypendysta Funduszu Popierania Twórczości ZAIKS w roku 2016. Jego wiersze przetłumaczono na język niemiecki.

 


 

W osiemdziesiąt garbów dookoła świata

Zająć pozycję embrionalną, proszę pana. W bezruchu
niczym zapluty karzeł reakcji. Nie będziemy całowali

śladu ludzkiej stopy, przemierzającej świat wszerz
i wzdłuż z aplikacją Quasimodo Sports Tracker,

jeśli mowa jest o karle, jedynym sprawiedliwym
wśród narodów, skrywającym pod płaszczem garb.

Chyba pomylił pan plecak, poza tym mieszają się panu
porządki. Mentalna przemiana w klasach sportowych

metodą joggingu przypomina wylewanie karła z kąpielą.
Tego rodzaju zabieg nigdy nie bywa intymny,

nawet jeśli rozpatrzymy go w kontekście higieny. Bo widzi
pan, na tym właśnie polega paradoks utrzymywania

świata w odpowiedniej harmonii: cóż z tego,
że trwanie ludzkości jest niehigieniczne, skoro umysł

człowieka jest niezgłębiony, ponieważ się garbi?

 

Errata do wiersza „W osiemdziesiąt garbów dookoła świata”

Jeszcze będziecie całowali ślady ludzkich kopyt.

 

Zaschło w gardle

Czy jesteś poetą zaangażowanym?
Czy aby na pewno w fakty i ich rażące

bezprawie? Czy może wyłącznie w gesty,
jakie mają tłumaczyć twoje zawahanie

względem przejęcia weksli wystawianych
przez życie z całą dosłownością spłaty

w nieskończonych ratach? Powiedzieć „nie”,
to nic nie powiedzieć; to odwrócić się plecami

od rażącego światła lampy skierowanej
prosto w oczy. Czego więc pragniesz?

Unikać ciężaru, co uciska jak system wymyślony
przez tych, którzy go ułożyli w zwapniałą

kostkę i deptali po jego kościach.
Gra toczy się o twój szkielet, o wszystko,

co wyssałeś z mlekiem matki, ale również
o to, co niezauważone skapnęło gdzieś obok.

Może więc lepiej zagrzechocz głośno
tym, co masz i czego nigdy nie będziesz miał,

zanim obrośniesz tłuszczem niby naddatkiem
wagi spraw, których przyszłe rozwiązania

połączono supłami, tworząc ludzkie DNA,
żebyśmy mogli sięgnąć dna.

 

Światła miast

Dlaczego, kiedy idę do pracy, za którą, żeby ją mieć,
setka innych oddałaby wiele, łzawią mi oczy?

Pozbierałem do reklamówki z Kauflanda bruk z ulicy,
żeby starczyło na książkę z wierszami. Pozbierałem

brud, w jakim robotnicy byli skąpani niby w błędnych
ogniach, gdyż osiadła na nich ziemia za cenę złota.

 

Wiersz dla tych, którzy gaszą pragnienie, oblizując usta

Nie ma powrotu do odwrotu. Wszyscy obrotowi tego świata
wcielają się w producentów: produkują, co im się ulało,
co zwrócili na bruk pełen gwiazd kina i ekranu, jakby niebo

spadło z nieba lub gdzieś w pokoju obok położono kciuk
na przycisku pilota. Oni tu kręcą sitcomy, jakie w innym
wymiarze przekraczają masę krytyczną. No i mamy bum!,

a zrobić „boom” to duża sztuka, powiedzmy Jezioro łabędzie,
czy koniecznie wykarmione suchą rozwielitką, która tylko
przez przypadek wytworzyła zręby społeczeństwa, przechodząc

na mięsożerność? Głód będzie paliwem do naszej Wunderwaffe,
musimy tylko wykuć w ogniu odpowiednio długi łańcuch
pokarmowy, bo budę już mamy, sławimy jej rocznik i lifting,

instalację ukrytą w kole niczym kwadratura koła albo tania
imitacja butli z dżinnem. Zwłaszcza że finałowy pokaz
mocy okazał się paleniem gumy, łzawym odwrotem w stronę

transcendencji, wymienianej wraz z ostatnim tchnieniem
na równi z szafką na buty, kłódką od garażu, kartą biblioteczną,
spinaczem biurowym i alufelgami. Co jest z tym jeziorem?

Powiem tyle: pragnienie mam tak wielkie, że wypiłbym je całe.

 

Wierne odbicia

Podobno w chwili zgonu całe życie przelatuje
przed naszymi oczami niczym 7818 odcinków
The Bold and the Beautiful. Lecz kiedy wciskasz

pauzę, śmierć się zatrzymuje. Możesz ją sobie
do woli przewijać, aż straci wątek. Nie ona jedna,
skoro drzewo genealogiczne rodziny Forresterów

nie posiada innych korzeni oprócz zamulonych
dialogów Brooke i Ridge’a. Biegli w piśmie
nawet w takiej brei odnajdą morfemy,

aby objaśniać ich skatologię, skoro język
to ja, a ja to wydzielina ściekająca po napiętej
łydce, jakbym szykował się do skoku w za-światy.

Stop. Istnienie w postaci czystej jest w zasadzie
umieraniem w brudzie. Z brudu powstałem
i w brud się obrócę, przyjmując go jak niewiasta,

która na kalwaryjskiej drodze przedarła się
przez eskortę i chustą otarła z potu i krwi twarz
Chrystusa. Gdy odjęła płótno, pokazało się na nim

odbicie umęczonego oblicza. Odbicie wierne –
vera icona – Weronika, tak wymawiano jej imię.

 

Life

Istotą istoty jest sama istota? Dosyć to egoistyczne,
afiszować się otwarcie z pojedynczym istnieniem,

dla którego jeden koniec świata jest na zdmuchnięcie
świecy, natomiast drugi na czerwony przycisk.

Jedynak, ale z ikrą? „Wciąż bardziej obcy wam
i sobie sam” zaplanował uderzenie wyprzedzające,

inwazję, która w annałach życia „w tak pięknych
okolicznościach przyrody… i niepowtarzalnej”, życia

unikatowego jak seryjni mordercy,  nazywana odtąd będzie
Wielką Implozją. To na wypadek, gdyby ktoś

wykonany techniką origami na jego podobieństwo,
użył słowa „bezcenne” w  płomiennym exposé

o życiu.

 

Mesjasz 2.0*

Widziałem ludzi, którzy za własne pieniądze
osiągali komfort zbliżony do Tyrannosaurusa rexa,
polującego na ostatnią mysz na globie. Widziałem glob,
gdy od bomb zamieniał się w mop. Poczułem wielki

smutek, wystający z piersi jak sutek. Moje ciało
było płytą do linorytu i dłutem. Moje myśli
zapalały się i gasły jak neony. Podobno ktoś
przede mną obserwował to wszystko z najdalszych

granic Wszechświata, lecz zatrzymał się na czerwonym
świetle, przez miliardy lat sumiennie rozciągając
granice. Widziałem ludzi na Drodze Mlecznej
o podejrzanie mlecznych zębach, których ewolucja

zależała od tego, czym zostali wypełnieni. Ten spośród
nich był przywódcą, kto miał większą spluwę. Moje
spotkania były przeważnie spotkaniami trzeciego
stopnia. Poznałem więc ludzi, którym bliskie są zasady

etyki (jak kula u nogi lub kuloodporna kamizelka).
Widziałem, jak napełniają ołowiem ciała obce
im z natury. Żyłem między nimi niczym kosmita,
który przybrał postać myszy, myśląc, że się prześlizgnie.

 

Atłas

Oto paradoks współczesnych kontestatorów:
„kopiowanie, rozpowszechnianie lub wykorzystywanie
w dowolnych celach całości lub części jest zabronione”.

Jakim więc sposobem zaistnieję w wybranej witrynie?
Wisząc za oknem głową w dół? Trzymany za nogi
przez mafiosów tego świata – wiekuistych panów,

wójtów i plebanów, asystujących mi codziennie,
aż do chwili przejścia na stronę tamtego
– przekonam się, że nareszcie egzystuję we właściwym

położeniu. Lub, jeśli właśnie ono określa mój prestiż,
będę je odczuwał jako to jedyne na liście pozycji,
które nie przynosi rozkoszy, a wyłącznie niewygodę.

Tudzież dyskomfort płytki jak dołek w brodzie
besserwissera, który rozbawiony spostrzegł, że arcyłotrzy
zacisnęli palce na garniturze pozbawionym wypełnienia.

 

Poeta. Remake

Każda egzystencja wymaga wyniszczenia. Unicestwić
w sobie poetę, jak zużywa się jedyną parę butów.

Wyłącznie to, co zostało wzięte pod obcas, kopnięte
w twarz lub nerki, zadba o trwałość szwów.

Swoją drogą to zabawne, że do scalania ciała z duszą
najbardziej przydatny jest szew daleki-bliski-bliski-daleki.

Przyjaciele, szyłem, jak umiałem, ostatecznie powołując
do życia Frankensteina. W rzeczywistości nie znam

nikogo, kto byłby ze mną na tyle blisko, żeby zauważyć
blizny. Zresztą, choćby był wewnętrznie bogaty,

nie wyszedłbym mu naprzeciw. Jak już wspomniałem,
znosiłem obuwie, skazany od urodzenia na bytowe

minimum, o którym stanowił koszyk dóbr
niezbędnych do podtrzymania funkcji życiowych.

Mój jest pełny, skoro uwzględnia jedynie te potrzeby,
których zaspokojenia nie można odłożyć w czasie.

 

Aktualny numer - Strona główna

Powrót do poprzedniej strony


© 2010-2018 Stowarzyszenie Salon Literacki.
Kopiowanie treści zawartych w serwisie wyłącznie za zgodą Redakcji i podaniem źródła pod cytowanym fragmentem, w przypadku portali internetowych - linkiem do serwisu salonliteracki.pl.