W najnowszym numerze...

Ewa Sonnenberg

Początek stycznia i zimno, dlatego na rozpoczęcie 2017 r. premiera – zestaw mocnych wierszy Ewy Sonnenberg z niepublikowanego jeszcze tomiku „Schizofrenia&company”. To poezja mocno introwertyczna, introspekcyjna, z pogranicza jawy i zupełnego szaleństwa, miejscami bardzo bolesna, jednocześnie czuła i brutalna. Na pewno z ciemniejszej strony życia. Prezentowane wiersze kojarzą mi się z twórczością Sexton i Plath, ale jest tam pewna odmienna nuta, której nie potrafię jeszcze dobrze nazwać. Zostawiam to czytelnikom Salonu.

Stanowczo polecam.

Paweł Podlipniak

 


 

Ewa Sonnenberg – poetka. Publikacje w pismach literackich w Polsce i za granicą. Wiersze tłumaczone na język angielski, francuski, hiszpański, niemiecki, szwedzki, turecki, rosyjski, węgierki, słoweński, słowacki, czeski, serbski, macedoński, bośniacki, włoski, ukraiński.

Była stypendystką Kultury Niezależnej w Paryżu, dwukrotną stypendystką (2001, 2008) Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Za tomik „Hazard” otrzymała nagrodę im. Georga Trakla (1996), w 2008 Nagrodę dla najlepszego poety festiwalu Ilinden/Skopje, Macedonia, w 2012 Nagrodę Czterech Kolumn za całokształt twórczości. W 2016 została finalistką Orfeusza – Nagrody Poetyckiej im. K. I. Gałczyńskiego za tom „Hologramy”.

Opublikowane tomiki: „Hazard” (Wrocław, 1995), „Kraina tysiąca notesów” (Dzierżoniów, 1997), „Planeta” (Katowice, 1997), „Smycz” (Wrocław, 2000), „Płonący tramwaj” (Kraków, 2001), „Lekcja zachwytu” (Kraków, 2005), „Pisane na piasku/Written on sand” (Kraków, wyd. Ha-art., 2007), w angielskim przekładzie Katarzyny Jakubiak, „Rok Ognistego Smoka” (Kraków, 2009), „Wiersze zebrane” (Wrocław 2014, Biblioteka Rity Baum), „Hologramy” (Poznań 2015, WBPiCAK), poemat prozą „Obca” (Szczecin 2015, wydawnictwo Forma). Ukazała się również książeczka „Paź królowej. Bajka dla zakochanych” (Kraków, 2006) oraz „Encyklopedia szaleńca” (Wrocław, 2006, w bibliotece „Rity Baum”). W 2006 ukazał się wybór wierszy „Imperium łzy” w Belgradzie oraz „Nieobliczalni” w Bania Luce (2016) w tłumaczeniu Biserki Rajcic. W 2009 ukazał się wybór wierszy „Spowiedź” w Skopji w tłumaczeniu Risto Jaceva.

Wiersze prezentowane w wielu antologiach m.in.
rosyjskiej: „Polskie poetki”, Petersburg, 2002;
szwedzkich: „17 polskich poetów” Sztokholm, 2003; „Jag i forsta och sista person/Poetki polskie”, Sztokholm, 2008;
słoweńskiej: „Akslom poljska nazaj”, Ljubljana, 2005;
amerykańskiej: „New European Poetry”, Graywolf Press, Saint Paul, Minnesota, 2008;
serbskiej: „International Writers Colony. Cortanowci”, Serbia Literary Society, Belgrad 2008;
hinduskiej: „Aria“ translations by Sudeep Sen, Yeti Books&Monsoon Editions, Mulfran Press, India, England 2009;
niemieckich: „Das Unsichtbare Lieben. Anthologie polnischer Lyric”, K. Gutke Verlag, Köln, 1998; Artur Becker, „Ein Kiosk mit elf Millionen Nachten“, Stint, Bremen 2008;
rosyjskiej: „Było, jest, będzie” (Kolekcja wierszy polskich poetów), Wahazar, Moscow, 2009;
hiszpańskiej: „Poesia a Contragolpe”, Antologia Polskiej Współczesnej Poezji (1960–1980) pod redakcją Abel Murcia, Gerardo Beltran, Xavier Farre, Prensas Universitaires de Zaragoza, 2012;
serbskiej: „Moi poeci XX wieku” w tłumaczeniu Biserki Rajcic, Belgrad, Treci Trg, 2012;
tureckiej: z okazji Festiwalu poetyckiego, „Wiersz Istambułu. Poeci Świata”, Istambuł 2013;
amerykańskiej: „With our eyes wide open”, West End Press, Albuquerque New Mexico 2014;
hiszpańskiej: „El cerezo crece…” Uniwersytet w Grenadzie, redakcja: Joelle Guatelli-Tedeschi, Grenada 2015;
niemieckiej: „Dzieciństwo w Polsce. Dzieciństwo w Niemczach” verlag Heidi Ramlow, Berlin 2015;
amerykańskiej: „Scattering the Dark/An Anthology of Polish Women Poets”, redakcja i przekład Karen Kovacic, USA 2016;
polskiej: „Przewodnik po zaminowanym terenie” redakcja Krzysztof Śliwka, Wrocław 2016;
ukraińskiej: „Nielegalny prąd” Antologia wrocławskich i podwrocławskich poetów w wyborze Jacka Bieruta, Wrocław 2016.
Prezentacja wierszy z tomu „Wiersze zebrane” w języku włoskim na blogu Paolo Statuti www.musashop.wordpress.com. Wiersze ukazywały się w pismach za granicą m.in.: „Literaturkreis Lichtungen” (Graz, 1996), „Nagy Vilag” (Budapeszt, 2002), „Gulf Coast” (USA, 2003), „Lyrikvannen” (Sztokholm, 2003), „Poesie” (Paryż, 2004), „Romboid” (Bratysława, 2004), „Apokalipsa” (Ljubljana, 2004), „Lyric” (USA, 2005), „Apokalipsa” (Ljubliana, 2006), „Polityka” (Belgrad, 2007), „Treci trg” (Belgrad, 2007), „Blesok” no. 54 (Macedonia, 2007), „Heviz” (Budapeszt, 2007) „Treci trg” (Belgrad 2008). W „OEI” (Sztokholm, 2008) ukazał się artykuł o młodej poezji polskiej.  Ostatnio ukazały się wiersze w piśmie „Nuovi Argomenti” we Włoszech (2014), „Waxwing Magazine” w USA (issue V – spring 2015), „Les Journal des Poetes” (Belgia 2016), „Poetikon21” (Słowenia 2016), „Pismo PEN Clubu” (Belgrad 2016). Publikowała na portalach internetowych: PKP Zin, Helikopter, sZAFa, Pro_Arte, Śląska Strefa Gender, Pisarze.pl, Eprawda, MEGA*ZINE LOST&FOUND.

 


 

Schizofrenia jest jak poranek.
Moje małe, zapłakane słoneczko. W tych okropnościach,
które codziennie robię ona jest kimś czystym i jedynym.
Z jedną nogą w realiach z drugą nogą w chmurach, jeszcze
można marzyć. Marzenie jest jak piękny strój, który
wkładamy na duszę. Dlatego dusza jest bardziej widoczna
gdy marzymy. Bardziej namacalna. Dziwne, nigdy
właściwie nie marzyłam, raczej planowałam,
te wszystkie odczucia serca, a potem torba pełna tabletek,
na schizofrenię, na depresję, na nerwicę.
Może czas rozglądnąć się wokół za jakimś marzeniem.
Pod kamieniem cywilizacji toczy się prawdziwe życie,
ale nie ma tam drzwi by wejść, ani klucza by przekręcić
świat o sto osiemdziesiąt stopni. Biedny świat,
rozsypujący się na oczach nieświadomych ludzi,
płodzących mięso armatnie dla kolejnych
rozgrywek między pokoleniami.

 

 

Spotkały się w psychiatryku. Nic szczególnego. Kolejny banał.
Szukanie dziury w całym. Psychiatryk jest jak wyrok. Odsiadka za kratami.
Drzwi nie mają klamek. Sanitariusze tylko czekają by cię dorwać.
Jak w więzieniu. Kosmiczne przeżycie. O ile się jeszcze coś jarzy.
Schizofrenia płakała, Crazy ją pocieszała:
Psychiatryk to nic nowego. Każdy tu może trafić.
Jaki kraj takie choroby psychiczne.
Tutaj rządzą twarde zasady: albo jesteś sobą albo mają cię za nic.
Albo wiesz na czym stoisz albo mają cię za śmiecia.
W takim miejscu nie ma prawdy. W takim miejscu jest raj kłamstw i iluzji.
Twarda rzeczywistość to te sznyty po próbach samobójczych.
Te nieprzytomne oczy po psychotropach.
Ten bełkot po ciągu alkoholowym.
To bycie nieobecnym po dragach.
Nie wiesz jak to jest? Choćby ci się krew z pyska lała
kałużą na ziemię nikt ci nie pomoże.
Jak chcesz na kogoś liczyć, licz tylko na siebie.

 

 

Widziałam korę drzewa, po której ściekała krew.
Widziałam, a byłam taka zwykła, w mini spódniczce, i nawet mi cię facet podobał,
i to było jak błysk. Potem wieczór poetycki, jakiś chłopak usilnie chciał
sprzedać swoją poezję. Chciał się talentem posłużyć, udowodnić, że jest,
ale co mi tam, do talentów, a poezja, jest w trakcie.
Poezja jest okey. Poezja jak instrukcja obsługi prawdy.
Przed użyciem zapoznać się z treścią biogramu poety.
Układa ze słów kolejne godziny. Drogowskazy w miejscu gdzie
nie ma dróg. Sili się na jakiś styl wysoki. Tak wysoki, że
trzeba do nieba wyciągać ręce, prawie jak w modlitwie.
Poezja to taka inaczej opowiedziana modlitwa.
Mówi się: „Prawda jest jak dupa. Każdy ma swoją”. Prawda
bywa skandalem. Prawda prowokuje. Prawda jest prosta
to ludzie ją utrudniają. Moja prawda nie jest skomplikowana.
Po prostu nie mogę sobie znaleźć miejsca, potem
przychodzi poranek, który też nie może sobie znaleźć miejsca.

 

 

Symulacje, lęki, ingerencja w myśli, w sen, w odczucia,
preparowanie wrażeń, stwarzanie odpowiednich nastrojów,
rekrutowanie głosów zza ścianami, pełny zestaw ich metod.
„Ty kurwo, mówiłem ci, że stąd nie wyjdziesz”, głos z otchłani,
znikąd, z jakichś zaświatów, z czegoś, co zapraszało, złowrogo, przerażająco blisko.
Schizofrenii biło serce jak ptaszkowi, takiemu śmiesznemu,
takiemu, któremu wyrwano skrzydła, takiemu, któremu powyrywano piórka,
takiemu, któremu obcięto dziób i palce, takiemu, którego schwytał do ręki ktoś wrogi.
Będą ją zabijać powoli, kawałek po kawałku, tak by czuła to zabijanie.
Najgorzej jest gdy relacja na żywo zgadza się z relacją z wyobraźni.
I to „w odpowiednim momencie”, najczęściej w takim,
gdy chwyciła życie za mordę i pędziła przed siebie.
W sytuacjach bez wyjścia była zdana wyłącznie na siebie.
Kontrolowano ją gdy zaczynała być sobą, bo wtedy stawała się
niebezpieczna, mogła podjąć jakąś samodzielną decyzję.
Układano między sobą treść jakiegoś elektronicznego liściku:
„czekamy na umierającego łabędzia”.

 

 

W Crazy coś mamrotało i gnało jak po wyludnionych
przestrzeniach życia. Przestrzenie gdzie wiatr rozwiewał porozrzucane
papiery i śmieci. Pustą wyludnioną ulicą przebiegł czarny kot.
Przebitki z innego świata szeptały slogany: no exit, never ending, no exit.
Trzymaj się z daleka od tych dni tygodnia, w których grasują żywioły namiętności.
Co mi do namiętności – pomyślała, jest mi obojętność i to na wszystkich piętrach świata.
Uważaj, bo ogień cię złapie, cała staniesz w ogniu, zrobią się drzwi.
Drzwi na przełaj, na skróty. Wejdziesz w nie. Nie, nie patrz.
To ona zrobiła sobie wejście do ciebie poprzez ranę.
Tylko tą raną umie i potrafi się z tobą komunikować.
Rozrywa ją za każdym razem.
Nadsłuchuje oddechu.
Rana się nigdy nie goi. Rana nazywa się matka.
Uważaj, bo woda cię przegoni, nie zdążysz wyjść naprzeciw samej sobie, zrobi się okno.
Okno w pożarze. Okno na tą nieprzewidywalną stronę świata.
W twojej głowie będziesz miała nowy ląd. Zakwitną kwiaty. Całe ogrody.
Znałaś dobrze tego ogrodnika. Ten ogrodnik był twoim ojcem.

 

 

Nie znam się na poezji,
właściwie nie znoszę poezji, jest taka sztuczna, taka ufryzowana,
taka, że co to nie ona, ale bywają wiesze, które wiedzą czego chcą.
Nikomu nie wchodzą w dupę. Daleko im do wazeliny.
Od początku do końca są buntem.
Podoba mi się taki sposób pisania. Bunt to podstawa.
Trzeba wymierzać policzek rzeczywistości i realiom.
Bez tego jest się jak nadmuchana lalka lub kukła.
Nawet banał jest przyswajalny. Połyskliwe cacka
niczym cukiereczki. Banał jest jak kiczowaty obrazek
z zachodem słońca. Niekiedy potrzebujemy
takiego banału, pomaga w noszeniu codziennego ciężaru.
Istnienie nie jest taką łatwą rzeczą
jakby się wydawało. Chciałabym zrobić sobie tatuaż i
zacytować zdanie z wiersza. Znam taką jedną panienkę.
Ma napisane na ramieniu: dajesz mi skrzydła do latania.
Wiersze są takimi skrzydłami, które wypożycza się ludziom
by odlatywali do innej krainy.

 

 

Mówię sobie: lubię sposób w jaki jestem,
lubię to, co bywa moją zdobyczą w tej codziennej walce.
Egzystencjalne pogaduszki między „mieć” a „być”.
Tępe użytkowanie czasu nie interesuje mnie. „Show me love
brzmi jak odgłos sumienia. Jak kutas w zwodzie. Pokaż, pokaż. Włóż, włóż.
Lubię używać swojego ciała na różne sposoby. Ciało jest po to
by się go pozbywać. Jeden z kochanków ciągle mi powtarzał:
„pozwól nie być swojemu ciału i oddaj je komuś innemu”. To oddaję. Wzdłuż i wszerz.
I nie ma mnie. Przez chwilę jestem wolna.
Niekiedy od tego oddawania, aż mnie boli. Ale ten ból jest taki życiowy,
czuję, że istnieję bez względu na wrogość otoczenia. Eskalacja dobra.
Zasieki ze złych uczynków. Ból jest jak żywy atlas ludzkiej anatomii.
Ból jest bólem zaistnienia w tej anonimowej i parszywej masie.
Tylko tym bólem wiem, że jestem, wiem, że żyję.
Tylko tym bólem mam świadomość swojego miejsca w tym pieprzonym świecie.

 

 

Taktyka miłosna rozpisana na wiele planów.
Rozbiję namiot słów by wypełnił się tymi, którzy są spragnieni miłości.
W namiocie zamieszkamy tylko ja i ty. Ja będę złotym ornamentem
ty przestrzenią wewnątrz ornamentu. Łapała się na miłość jak nikt inny.
Była naiwna. Wierzyła. Wierzyła w każdy ludzki gest, w każdy odruch dobra.
Wspinała się czerwonym powojnikiem serca na najwyższe piętra wyznań.
„Miłość”, ktoś zaśmiewał się za jej plecami.
Przestanę pisać gdy na ziemi nie będzie ani jednego smutnego człowieka.
Z tą miłością jest tak żeby do ziemi, żeby czasami nie miała złudzeń.
„Tylko nie obiecuj sobie zbyt wiele” brzmiało wyznanie jednego z nich.
Jeden z nich był jak każdy. Jeden z nich był jak jedna anonimowa masa.
Łapka na słowa jest już przygotowana.
Manewry myślowe zostaną przechwycone szybciej niż zdążysz pomyśleć.
Samotność tylko samotność jest bezpieczna.
„Przykro, że jestem samotną dziewczyną z namiotu,
która uciekła z domu dziecka”. Pisywała listy do samej siebie
a innych kłamała, że dostaje je od jakichś przyjaciół.
Domem dziecka jest ta planeta. Wszyscy są jak porzucone dzieci.
Za czymś tęsknią nie wiedząc za czym.
O czymś marzą nie potrafiąc spełnić swoich marzeń.
Dramatem nie jest to, że przebywamy w zbiorowym domu dziecka.
Dramatem jest to, że nie wiemy, kim jesteśmy i po co tu jesteśmy.
Brak sensu jest bezcelowym pytaniem.
Brak przedmiotu tęsknoty jest niemą odpowiedzią.

 

 

Właściwie życie to takie czekanie na śmierć.
Boje się śmierci. Śmierć jest jak ciastko,
jak coś potocznego zacytowane przez coś odświętnego.
Nigdy nie pokonam tego lęku. Niektórzy próbują zapomnieć się żyją na ful,
ja życia też się boję. Żyję jakby na pół gwizdka. Wszystkiego się boję.
Życia, seksu, sukcesu, pracy, mężczyzn, kobiet.
Nic nie potrafi przekonać mnie do bycia na luzie. Nie umiem. Nie potrafię.
Życie, jedyną rozrywką jest chodzenie po Galeriach.
Wyobrażam sobie, że taka Galeria jest statkiem kosmicznym,
który leci w stronę mojej planety gdzie jestem kochana.
Chodzę po piętrach jakbym zwiedzała międzygwiezdny pojazd.
Spaceruję między szklanymi wystawami sklepów, jakby to były stacje kosmiczne.
Inność, co przez to się mówi? Nie wiem.
Dlaczego ludzie mówią, że jestem inna? Nie rozumiem tego.
Żyję jak każdy lękiem przed śmiercią. Z apetytem na prawdziwą miłość.

 

 

Naga dziewczyna nie zatrzyma przemijania.
Masz romans z elektroniczną sekretarką? Z pobliskim bankomatem?
Z kartą kredytową? Chodzenie w odpowiednim kostiumie ról społecznych.
Z wszystkich kostiumów najbardziej absurdalny jest kostium naszego ciała.
Uważaj bo mogą mieć dramatyczne nagranie z monitoringu. Chcieliby
złamać ci charakter, nie ma takiej opcji, serce to dziecko,
nie za bardzo wie o co chodzi, jak się obronić, nowoczesne pułapki
to nie żarty. Ta pieprzona świadomość jest jak paralizator. Jest mi kurewsko
smutno mówisz sama do siebie. Czuje się jak wydarta kartka z zeszytu,
nabazgrany początek kosmicznego wyznania brzmi jak wiersz.
W czerwieni się widzę, podczas gdy dzień jest gdzie indziej,
wyprowadza wątpliwości na pusty plac by zmierzyły się z niemym
i pustym, materia przesuwa punkt ciężkości, ustawia tamy
na rwącym strumieniu: ciało i serce.
W czerwieni wychodzę, skośnooką kaligrafią drzewa, drzewo jest określone,
między palcami przecieka krew, jarzenie odległości stąd – tam,
brak połączenia z lokalizacją treści, ściana światła jest repliką,
treść snu odtwarzana między wymiarami, tytuł jest lakoniczny,
jak pierwszy ślad na obcej planecie.

 

 

Nie wiem jakim sposobem to miasto jeszcze istnieje.
Może przez obecność Schizofrenii. Takie miasto, które jest
kupą gnoju musi istnieć jedynie z jakiegoś pojedynczego powodu.
Z takiego powodu, który jest gdzieś daleko od tego gnoju.
Co ja wam zrobiłam budynki tego miasta, że wygnałyście mnie
na jakąś psychiczną obczyznę. Co ja wam zrobiłam ulice tego miasta,
że nie mam swojego domu. Co ja wam zrobiłam drogi, że wybrałyście
dla mnie najcięższą z dróg? Nie ma się co buntować, po prostu trzeba rzucić to gówno.
To obrzydliwe i prowincjonalne miasto mówiło: „niczego ci nie obiecywaliśmy”
i robili swoje. Nie licząc się z niczym. Poszliby po trupach by
osiągnąć zamierzony cel. O ile to coś w ogóle można nazwać miastem.
Teraz liczyło się nie jak być człowiekiem, ale jak zarobić. Teraz wartość
miał towar na półkach a nie człowiek. Teraz manekiny na wystawach
dyktowały trendy a nie prawdziwa sztuka. Teraz ludzi,
którzy mieli coś do powiedzenia faszerowało się psychotropami lub
zamykało w zakładach psychiatrycznych. Teraz decydował o twoim losie
facet, który pisał w smsach: „zajebie cię” „ty ścierwo”.

 

 

Mnie już nie interesuje bycie kobietą.
Brzydzę się pięknem. Lubię ciało bólu. Lubię jak ciało jest podróżą.
Jak jest wehikułem. Jak jest chłopcem. Mnie już nie interesuje
pojawianie się, na chwilę, by przypominać o swoim istnieniu.
Na jakiej jesteśmy stacji? Pod jakimi drzwiami? Lubię tą całość
nie do zniesienia, rozszarpującą ciało, fragmenty wpisane w wiersz.
Ale nie. Serce wciąż bije w rytmie SOS, ale czy ktoś je usłyszy?
Pierdol to – wykrzykiwała w Schizofrenii Nikita – odpowiedz sobie
dlaczego wiersze stają się śmieszne. Poezja, z której nic nie zostało,
poza tymi słowami, w których okno czasu otwiera się na inny widok.
Słowa rozproszone na pojedyncze, zdezorientowane drogowskazy,
lapidarne jak manewry znaczeń. Wiedza jest jak archiwum,
skansen myśli, muzeum powiązań między skojarzeniami.
Słowo rozproszone, zdezaktualizowane. Dusza świata jest chora.
Świat, który dostał nową twarz, jest karykaturą tego co było.
Pisanie jak fałszerstwo przeżyć, jak kłamliwe
udowadnianie czegoś czego nie ma.

 

Aktualny numer - Strona główna

Powrót do poprzedniej strony


© 2010-2019 Stowarzyszenie Salon Literacki.
Kopiowanie treści zawartych w serwisie wyłącznie za zgodą Redakcji i podaniem źródła pod cytowanym fragmentem, w przypadku portali internetowych - linkiem do serwisu salonliteracki.pl.