W najnowszym numerze...

Dariusz Ratajczak i 'Anonymus' / fot. Patryk Gaworek

Zarzutów wobec slamu jest wiele. Po pierwsze, że nie wiadomo co to jest. A to przecież tylko format wydarzenia, konkursu. Po drugie, że żeruje na graniu, efekciarstwie, pozie scenicznej. A przecież można się zgodzić, że publiczność ma większą szansę zrozumieć sens tekstu, jeśli jest on powiedziany wyraźnie, a jeśli jeszcze akcenty dobrze padają, to nie będzie musiała sięnawet specjalnie wsłuchiwać. Po trzecie, że to nie poezja, że nie nadaje się do samodzielnego czytania w ramach przedmiotu-książki. A przecież się wydaje, się słucha, się czyta.

W 2013 pod redakcją Agaty Kołodziej ukazała się nakładem Hubu Wydawniczego Rozdzielczość Chleba (który, nota bene, kilka dni temu zamknął swoją działalność) najważniejsza książka, zbiór tekstów o slamie jako zjawisku w Polsce. Najlepszy poeta nigdy nie wygrywa. Historia slamu w Polsce 2003-2012 przywołuje pierwszą i chyba jak dotąd jedyną istotną polemikę z 2004 roku prof. Jerzego Jarniewicza z Igorem Stokfiszewskim na łamach „Gazety Wyborczej”. Profesor nauk humanistycznych, filolog angielski, poeta i tłumacz zarzuca slamowi wiele. Przede wszystkim nie zgadza się z Igorem, że „slampoetry jest szansą na dowiedzenie, że poezja może funkcjonować w polskiej rzeczywistości początku XXI w. jako równoprawny partner telewizji, tygodników i komputerowych konsoli, nie tracąc przy tym swojej kulturotwórczej roli”. Choć raczej tam, gdzie Stokfiszewski wpada w entuzjazm, wykazuje dużą wtórność, komercjalizację i nieelegancką konkurencyjność slamu. Także w rozmowie przygotowanej 8 lat później na potrzeby tej książki mówi „Powiedziałbym wręcz, że czas raczej potwierdza moje rozpoznania. Widać już wyraźnie, że slam nie spełnił pokładanych w nim maksymalistycznych oczekiwań. Miał być nową, rewolucyjną zgoła formą poezji, poezją nowego stulecia, miał wyprowadzić poezję na ulicę, odebrać ją krytykom i akademikom, a tymczasem jest, jak był przed laty, jedną z form literackiej rozrywki, niemającą w sobie nic z dywersyjnego potencjału”. Zadaje mi się, że zgodzić się z powyższym mogę tylko w połowie.

 

Poeta/ka na wybiegu

Tak jak już pisałam poprzednio slam jest formatem konkursu tak jak turniej jednego wiersza. Żeby jednak dopełnić obowiązku śpieszę wytłumaczyć, że rozgrywka ta w każdym z miejsc na Ziemi trzyma się mniej więcej podobnych zasad. Zawsze jednak polecam zapoznać się z regulaminem, bo czasem spotyka się pewne wariacje na temat. Po pierwsze ma miejsce runda eliminacyjna. Zapisani śmiałkowie w losowo wybranej kolejności prezentują na scenie swój tekst o dowolnym stopniu poetyckości w określonym regulaminem czasie, który zwykle wynosi około 3 minut. Po drugie, ich występy każdorazowo oceniane są przez osoby wybrane z publiczność, które przyznają punkty. Po trzecie, jest to rozrywka knajpiana, więc publiczność, jak i jury zachęcani są do żywiołowych reakcji w trakcie występu, czy konsultowania między sobą punktacji. Po czwarte, z rundy eliminacyjnej wychodzą tylko 4 osoby z największą liczbą punktów, które o wygraną konkurują już w parach w półfinale i finale. Po piąte, wygrywa tylko jedna osoba. Właśnie ze względu na powyższe zasady prof. Jarniewicz powiedział nawet, że „to sport literacki, mecz bokserski, w którym to, co dla literatury konstytutywne, czyli dialog, nie ma szans się pojawić[1].

 

Przestrzeń otwarta do odwołania

Slamy jednak są miejscem dialogu i ekspresji różnych wrażliwości. Ograniczając prezentację tekstu w sumie tylko do czasu, oraz zakazu używania rekwizytów i instrumentów muzycznych, daje sporo przestrzeni na sens i wyraz. To czy, i w jakim stopniu występujący z tego korzystają jest oczywiście oddzielnym tematem do dyskusji. O swoistej synergii, spotkaniu autora/ki z publicznością i wyjątkowości slamowych konkursów mogłabym pisać wiele, ale teraz chciałabym króciutko o głosach. Ludzie, którzy wchodzą na scenę bardzo często mają na swoim koncie płyty, tomiki, scenariusze, bajki, artykuły etc. Startowanie więc w tych konkursach jest często jedną z ich wielu artystycznych ekspresji czy języków. Co więcej, tematy podejmowane, jak i forma są bardzo bardzo różne, a tu mogą się spotkać nawet jeśli na zasadzie drobnej konkurencji, to jednak się nie znoszą tylko współistnieją. O wielości świadczy nie tylko przywołana przeze mnie już tu książka, ale również inne wydawnictwa. Za pierwsze slamowe tomiki uznaje się wydane w 2005 książki Macieja Kaczki i Jasia Kapeli, które współcześnie im, ciekawie, acz złośliwie opisał Tomasz Charnas. Rok później warszawski SDK wydał zbiór święcącego w całej Polsce sukcesy Michała Kobylińskiego pt. „Gil Gilling”[2]. W 2007 roku na papierze można było przyjrzeć się poetyce Kuby Przybyłowskiego i ponownie Jasia Kapeli[3]. 2009 roku natomiast to moment wydania zbioru Dawida Kotei. Długo długo nic i w 2015 roku pojawiła się książka Mateusza Andały pt. „Światło w lodówce”[4]. W tym roku natomiast ukazała się płyta z nagraniami wierszy Rudki Zydel[5]. Czy są to głosy takie same? Nie. Czy są to formy takie same? Nie do końca. Czy są to te same tematy? Nie, ale najlepiej przekonajcie się o tym sami.

Na koniec tego odcinka chciałabym rozjaśnić i napisać, że w międzyczasie na scenie slamowej pojawiło się wielu innych poetów z mniejszymi lub większymi sukcesami, którzy również mają na swoim koncie tomiki poetyckie i nie tylko. Kto to był? A kogo nie było…

Do zobaczenia na slamach 😊

 Monika M. Błaszczak

 

Najbliższe slamy poetyckie na slam.art.pl oraz poniżej:

15.11.2018 „Pogłos”, Warszawa 
17.11.2018 „Stół Powszechny”, Warszawa 
22.11.2018 „Dragon”, Poznań 
25.11.2018 Open Mic „Worek Kości”, Warszawa 
29.11.2018 „Mózg”, Bydgoszcz

 


Marek Szewczyk 'Markopantani' / fot. Marta Wieczorek

 

 

Aktualny numer - Strona główna

Powrót do poprzedniej strony


© 2010-2018 Stowarzyszenie Salon Literacki.
Kopiowanie treści zawartych w serwisie wyłącznie za zgodą Redakcji i podaniem źródła pod cytowanym fragmentem, w przypadku portali internetowych - linkiem do serwisu salonliteracki.pl.