W najnowszym numerze...

Podstawą do mówienia o obecności Wschodu w kulturze Zachodu jest uznanie podziału na Zachód i Wschód. Pociąga to za sobą oczywistą konsekwencję, jaką jest przeciwstawienie tych dwóch obszarów. Wówczas o kulturze od nas odległej możemy mówić jako o kulturze obcej, innej, z zewnątrz. Taki sposób widzenia rodzi sytuacje potencjalnie niebezpieczne (obcy jako wróg, brak możliwości porozumienia między skrajnie różnymi kulturami), ale także potencjalnie korzystne (zainteresowanie tym, co obce, próba przełamania znanego paradygmatu). Jest to z pewnością jeden z najistotniejszych bodźców do zgłębiania odległych literatur i religii. Poczucie obcowania z dziwnym, nieznanym, nawet niezrozumiałym sprzyja kierowaniu się w stronę, z której to, co dziwne, pochodzi. To właśnie jest przyczyną popularności artykułów poświęconych Japonii na satyrycznym polskim portalu joemonster.org, gdzie to, co japońskie, jest niemalże jednoznacznie klasyfikowane jako nietypowe, niejasne, śmieszne. Dotyczy to  Azji w ogóle, która jest rynkiem zdecydowanie większego od Europy i nieustannie rosnącego zbytu. Z tego powodu dla tamtejszych konsumentów tworzone są specjalne serie produktów, które gdzie indziej nie miałyby większego popytu. Już samo to sprawia, że Azja wydaje się kontynentem dziwactw, odstępstw od (europejskiej, zachodniej) normy. To jednak tylko jeden z komponentów składających się na popularność Kraju Kwitnącej Wiśni na Starym Kontynencie.

Tworzenie opozycji Wschód-Zachód, oprócz strategii podkreślania odrębności tych obszarów, może również rodzić chęć dokonywania syntezy. Przeciwieństwa jawią się wówczas jako elementy wzajemnie uzupełniające się. Stworzenie zatem całościowego obrazu musi wymagać pogodzenia różnych wizji świata. Pragnienie stworzenia takiej syntezy kilkakrotnie pojawiało się w literaturze polskiej. Jednym z entuzjastów takiego rozwiązania był Marian Zdziechowski, który pisał, że „sformalizowanemu i zdogmatyzowanemu Zachodowi (…) potrzebne jest jakieś zmiękczenie, dokonać tego może myśl wschodnia, w szczególności buddyzm.”[1]

W takim ujęciu obecne we współczesnej kulturze Zachodu wpływy japońskie byłyby logiczną konsekwencją i naturalnym przedłużeniem obecnych od dawna tendencji. Więcej – tendencje do przekraczania własnego obszaru kulturowego jawiłyby się jako konieczne i niezbędne dla uzyskania swoistej pełni. Konfrontacja opozycji miałaby prowadzić do uzyskania równowagi między sferami zdającymi się nie do pogodzenia.

Nie można zaprzeczyć, że kultura japońska silnie uwidacznia się w obszarze kultury popularnej. Mangi oraz anime w postaci komiksów, książek i filmów stały się bardzo popularne.[2] Postać samuraja doczekała się wielu różnorodnych interpretacji. Ulubieni bohaterowie japońskich kreskówek znajdują się na kubkach, długopisach, poduszkach, mają własne serie zabawek i gier. Fani mangi tworzą odrębną subkulturę, wewnętrznie zhierarchizowaną i niejednorodną.  Nazywa się ją otaku, choć interpretacja tego słowa nie jest taka sama u nas, jak u Japończyków. Najogólniej rzecz biorąc, otaku to termin oznaczający osobę silnie uzależnioną od wytworów japoń­skiej popkultury: anime i mangi, gier video, komputerów, fantastyki, filmów z efektami specjalnymi, figurek przedstawiających postaci z anime itd.[3]

Co istotne, zjawisko to jest bardzo popularne u moich równolatków. Osoby urodzone około 1990 roku wychowały się na Muminkach czy Pszczółce Mai, a japońskie wpływy w tych bajkach są widoczne na pierwszy rzut oka. Co prawda większość odbiorców nie miała świadomości, że ma do czynienia z anime, jednak wpływało to na kształtowanie nowych estetycznych gustów. To właśnie urodzeni w latach ’90 doświadczyli fascynacji Pokémonami. Według Małgorzaty Rutkowskiej w tym czasie powstała czwarta generacja otaku. Autorka pracy Polska subkultura otaku wobec źródeł japońskich pisze tak:

Z moich obserwacji wynika, że współcześnie możliwe jest wyodrębnie­nie czwartej generacji otaku, składającej się z ludzi urodzonych około 1990 roku, którzy są zafascynowani Dragonball (Doragon Bōru, Toriyama Akira) i Sailormoon (Bishōjo Senshi Sērā Moon, NaokoTakeuchi). Boom na te dwie serie dotarł także do Polski.[4]

Pod jej słowami mogę się tylko podpisać. W moim środowisku serial Dragon Ball zyskał miano kultowego.

Czy fascynacja popkulturą Japonii ma cokolwiek wspólnego z rosnącą popularnością haiku? Na to pytanie trudno jednoznacznie odpowiedzieć. Wydaje się, że niejednokrotnie osoby zainteresowane mangą i te, które ciekawi historia i literatura Kraju Wschodzącego Słońca, to dwie niezależne grupy. Do tej pierwszej należą zwłaszcza nastolatkowie, dla których skłonienie się ku japońskiemu anime bywa sposobem uczestnictwa w życiu społecznym. Do tej drugiej zaliczają się  oczywiście japoniści, ale też studenci czy pisarze. Bywa jednak, że osoby zafascynowane mangą przenoszą swoje zainteresowanie na kulturę japońską w ogóle, zaś tym, którzy ciekawi są kultury i historii Japonii, temat anime nie może być całkowicie obcy. Niewątpliwie jednak reprezentanci drugiej grupy podchodzą do kwestii związanych z Japonią dojrzalej, starają się ją zgłębiać na poziomie filozoficznym, uwzględniać możliwie szerokie konteksty i tła. Ich zainteresowanie ma charakter raczej intelektualny, nie jest to zaślepienie charakterystyczne dla otaku. Japonia jawi się wówczas jako wyzwanie, któremu należy sprostać.

Co ciekawe, haijini również stanowią pewną subkulturę poetycką. Zdarza się, że autorzy jednocześnie łączą funkcję bycia poetą i haijinem, ale nie są to częste przypadki. Publikacje, które zawierałyby japoński siedemnastozgłoskowiec oraz wiersze wywodzące się z tradycji europejskiej można policzyć na palcach jednej ręki. Autorzy haiku mają własne strony internetowe, własne konkursy, własne stowarzyszenia i spotkania. Wciąż pokutuje przekonanie, że haiku to poezja gorsza, łatwiejsza w tworzeniu, prostsza w odbiorze. Nie wszyscy odnoszą się do haiku jako pełnoprawnego gatunku. Bywa ono źródłem żartów i kpin. Znany jest utwór Rona Padgetta „definiujący” haiku: „Najpierw: pięć sylab / Następnie: siedem sylab / I znów: pięć sylab”. Kampanię walczącą z haiku w Polsce intensywnie prowadzi Darek Foks. Podkreśla on zwłaszcza endemiczny charakter gatunku, niemożliwość przeszczepienia go na grunt inny niż japoński.

Dlaczego zatem popularność haiku nie słabnie? I dlaczego gatunek ten zadomowił się również w Polsce? Z pewnością dużo racji ma Aleksandra Olędzka-Frybesowa, która postrzega haiku jako formę protestu, odpowiadającą człowiekowi XXI wieku, który nie chce się godzić na przesyt słów i informacji oraz pragnie zachować zdolność do kontemplacji i intensywnego odbioru świata. Ciekawe spostrzeżenie zupełnie mimochodem czyni również Leszek Żuliński w posłowiu do Haiku-cegiełek Tadeusza Wyrwy-Krzyżańskiego. Pisze on w ten sposób:

Zawsze zastanawiałem się, dlaczego XVII-wieczne japońskie haiku nie tylko przetrwało do dziś jako żywa forma literacka, ale podbiło świat i zadomowiło się w literaturach różnych języków. Także w literaturze polskiej. Po lekturze „haiku” Tadeusza Wyrwy-Krzyżańskiego łatwiej to zrozumieć: haiku otóż jest bliskie gatunkowi szczególnie w Polsce ulubionemu i cenionemu – aforyzmowi.[5]

Teza ta wydaje się interesująca. Rzeczywiście – haiku swoją syntetyczną formą i skłonnością do zapisu olśnień zbliża się do funkcji, jaką pełni u nas aforyzm. Zatem gatunek narodzony w zupełnie innej kulturze niespodziewanie odsłania cechy, które odnajdujemy w rodzimych wzorcach. Dzięki temu jego adaptacja staje się dużo łatwiejsza, bardziej naturalna. Przestajemy postrzegać haiku jako japoński wymysł – zbyt złożony, by można go było oderwać od kultury, na gruncie której powstał lub zbyt prosty, by poświęcać mu uwagę – a zaczynamy jako gatunek, który może zbliżyć nas do tego, co wydawało się odległe, może stać się swoistym pomostem łączącym Zachód ze Wschodem.

Trudno o jednoznaczną odpowiedź na pytanie o popularność Japonii i haiku we współczesnym świecie. Wydaje się jednak, że nie sposób budować własnej kultury bez świadomości tego, co od innych ją odróżnia. Wschód wydaje się idealnym lustrem dla kultury Zachodu. Przeglądamy się w tamtejszej filozofii, religii, literaturze, sztuce nie tylko po to, by dostrzec jej specyfikę, ale także po to, by lepiej zrozumieć własną. Pogłębianie wzajemnych relacji prowadzi do dostrzegania podobieństw tam, gdzie wydawały się istnieć jedynie różnice. Wówczas opozycyjność w prosty sposób prowadzi do syntezy, zainteresowanie przeradza się w zrozumienie, fascynacja w akceptację. Idealnym kierunkiem na osi Zachód-Wschód współcześnie wydaje się właśnie szczególnie Japonia. Japończycy bowiem nie tylko pozwalają na korzystanie z własnego dorobku kulturowego, ale również chętnie czerpią z dokonań Zachodu. Są zatem stroną zarówno bierną, jak i czynną – podobnie jak mieszkańcy Starego Kontynentu oraz Stanów Zjednoczonych. Relacja ta ma zatem charakter dynamiczny, prowadzi do obustronnych weryfikacji tego, co znane i bliskie. I choć nie zawsze ta weryfikacja okazuje się pozytywna (znany jest choćby syndrom paryski, który najczęściej dotyka właśnie japońskich turystów), najważniejsze zadanie wyjścia poza własny krąg kulturowy zostaje spełnione. Poszerzenie obszaru poznawczego i horyzontu doświadczeń jest tym, co Wschód daje Zachodowi – i odwrotnie.

Anna Mochalska

 



[1] E. Kuźma, Mit Orientu i kultury Zachodu w literaturze XIX i XX wieku. Szczecin 1980, s. 189.

[2] Nie będę zastanawiać się w tym miejscu, czy manga i anime są pierwotnie japońskie. Faktem pozostaje, że ich czytelnicy w większości przypadków to właśnie Japonię uznają za państwo mangi.

[3] M. Rutkowska, Polska subkultura otaku wobec źródeł japońskich. „Załącznik Kulturoznawczy”, nr 1, Warszawa 2014, s. 9. [dostęp 21.05.2016 r.]

[4] Tamże, s. 11.

[5] L. Żuliński, Słowa jak perły. Posłowie do: T. Wyrwa-Krzyżański, Haiku-cegiełki. Piła 2008, s. 61.

Aktualny numer - Strona główna

Powrót do poprzedniej strony


© 2010-2018 Stowarzyszenie Salon Literacki.
Kopiowanie treści zawartych w serwisie wyłącznie za zgodą Redakcji i podaniem źródła pod cytowanym fragmentem, w przypadku portali internetowych - linkiem do serwisu salonliteracki.pl.