W najnowszym numerze...

Slam poetycki, który do Polski trafił po raz pierwszy w 2003 roku przez ostatnie 15 lat miał ewidentnie lepsze i gorsze sezony. Obserwując przez ten cały czas ze swojego małego narożnika scenę literacką, w tym konkursów slamowych, mogę stwierdzić, że anno domini 2018 wyróżnia się bardzo pozytywnie na tle ostatnich sezonów. Oznak tego można znaleźć co najmniej kilka. Są wśród nich m.in. powroty do rywalizacji dawno niewidzianych artystek i artystów.

 

Po pierwsze – powiększyła się liczba występujących, a tym samym konkursów

Jeszcze kilka lat temu, by zebrać grupę 16 chętnych osób w Warszawie z okazji np. Imienin Jana Kochanowskiego (coroczne wydarzenie plenerowe organizowane przez Bibliotekę Narodową), czy w ramach festiwalu Otwarta Ząbkowska[1] musiałam się nieźle nagimnastykować pomimo całkiem wysokiej nagrody oraz fajnego zestawu gadżetów dla każdego, kto odważył się wejść na scenę. W tym sezonie, który w połowie mniejszej, ale i roku, który zbliża się do swojego końca, w samej tylko stolicy ze względu na liczbę występujących oraz popularność konkursu wśród publiczności mają szansę utrzymać się 4 regularne slamy. Regularne, bo odbywające się co miesiąc, w różnych częściach miastach i lokalach, prowadzone przez innych ludzi, ba nawet dające przestrzeń dla innych poetyk. Jesteśmy w sytuacji, w której może dwie-trzy osoby startują w każdych z nich. Podobnie dzieje się w innych miastach.

W Poznaniu slamy prowadzone przez Macieja Mikulewicza są średnio co dwa tygodnie i co ciekawe poprzedza je zwykle spotkanie z poetą/ką oraz ich najnowszym tomikiem. Każdy z nich jest streamowany i do zobaczenia zarówno na Facebooku, jak i kanale You Tube. Potyczki we wrocławskim Surowcu[2] gromadzą tłumy, co również można zobaczyć na udostępnianych live streamingach. Na wydarzeniach, które się dzieją w środku tygodnia potrafi być i głosować po sto kilkadziesiąt osób. Natomiast bydgoski „Tupot Poetycki” organizowany przez Zuzannę Szmidt, występującej samej na scenie jako Józek, w formule slam plus wydarzenie „słowno-muzyczne” w grudniu obchodził będzie 3 lata. Co więcej, tam gdzie slamów nie było, zaczynają się pojawiać czasem w ramach festiwali poetyckich, niekiedy w ramach oddolnych inicjatyw, budżetów partycypacyjnych, czy po prostu nowoczesnej formy promocji jakiegoś wydarzenia. W Gdańsku pod egidą Mariny Dombrowskiej powstał tzw. slam bez kasy[3], który w kontrze do traktowania slamów jako jedynie łatwych sposób na zarobek zupełnie zrezygnował z przyznawania nagród pieniężnych na rzecz surrealistycznych prezentów dla trzech/czterech pierwszych miejsc.

1 grudnia 2018 odbył się już po raz 14. Spoke’n’Word Festival[4], który jako jedyne wydarzenie w Polsce oprócz konkursu dla polskiej czołówki slamu, ma możliwość dzięki wsparciu finansowemu EUNICu (Stowarzyszenia Europejskich Instytutów Kultury Unii Europejskiej w Warszawie) zaprosić na jeden wieczór slamerki/ów, performerki/ów czy poetki/ów z różnych krajów. Tak więc można przypatrzeć się m.in. gwiazdom sceny francuskiej, austriackiej, portugalskiej czy węgierskiej. W tym roku w tzw. show casie uczestniczyło aż 11 osób (w tym jedna z Polski: Maciej Ćwieluch aka Wiesz Leszcz).

Z innych historii, regularny slam w Worku Kości (ul. Bagatela 10, Warszawa) praktycznie od początku istnienia ma regulaminowo wprowadzone ograniczenie, że w trakcie jednej rozgrywki może wystąpić maksymalnie 24 występujących. I tak, zdarzają się chętni odsyłani z kwitkiem. Można się oczywiście spytać o poziom takiego turnieju. Osobiście, przyznam szczerze, że jako prowadząca jestem bardzo z niego zadowolona, a niedowiarków zapraszam do samodzielnego sprawdzenia i stawania w szranki.

 

Po drugie – slam jako zagłębie seksizmu

Wydaje mi się, i raczej nie mylnie, że jeszcze dwa trzy lata temu slam poetycki był po latach dużej popularności synonimem obciachu. Nie wierzyła w niego publiczność, a tym bardziej mecenasi, sponsorzy czy grantodawcy. Ze sceny zeszli ci, którzy w slamie radzili sobie doskonale, i ci którzy pokazywali się od czasu do czasu. W sferze publicznej na moment zaistniał gdzieś, a ostatnio pojawił się głównie przy okazji projektu Siksa, gdzie Alex Freiheit opowiadała o scenie slamowej raczej jako zagłębiu obleśnego seksizmu niż kuźni poetek/ów czy performerek/ów[5]. Trochę też o tym, że rzeczywistość slamu w Polsce zaprzecza jego ideom, bo „kiedy zaczęłam wygrywać slamy poetyckie, to koledzy się poobrażali i przestali do mnie odzywać. To też sporo pokazuje. Fajnie było dopóki się chodzi na piwko do knajpy, ale jak się zaczyna samemu mówić, to już ten wizerunek się nie podoba. Bo to za ostre, nie pasuje do mnie, i tak dalej”. Nie powiem, żeby mnie to zdziwiło, ale myślę, że doszło w trakcie ostatniego roku, może dwóch, trzech do poważnych zmian[6], dobrych zmian.

Bardziej jednak niż duet Siksa akuszerką, prowodyrką tych zmian jest Rudka Zydel, występująca na scenie slamowej od wielu lat, która konsekwentnie mówi ze sceny to co myśli, a robi to tak, że nie da się przejść obojętnie, nie da się na nią nie zagłosować. W wywiadzie dla „Wysokich Obcasów”[7] stwierdza „Wiersze są medium, poprzez które mogę wyrazić swój sprzeciw, powiedzieć, co myślę. Jeśli dzięki nim mogę dotrzeć do niewielkiej grupy ludzi, to wystarczy”. No i wystarczy zajrzeć w teksty jej wierszy, aby zrozumieć jak widzi swoją rolę: „Wszyscy wiemy z gramatyki, że kobiety nikt nie bije, ona JEST bita. Może ewentualnie ZOSTAĆ zgwałcona albo PAŚĆ ofiarą czynności, która nie ma sprawcy. Jak deszcz do stóp tą ofiarą pada, sama z siebie. Zaciążyć może sama, zajść bez niczyjej pomocy. Sama się prosić, puszczać sama się (…)”. Może dlatego jako jedna z niewielu osób w Polsce uważam, że nie ma sensu (już) robić slamów tylko dla kobiet, bo one już sobie dobrze radzą z tym co mówić i jak (jakby ktokolwiek miał prawo im to kiedykolwiek wskazywać). Bez tworzenia rezerwatów, na równi, na scenie, wobec innych. Z ciekawostek, w tym roku, jesienią, w listopadzie we Wrocławiu odbył się slam tylko dla mężczyzn[8]. Takie miłe puszczenie oka. Taki miły znak czasów.

 

Po trzecie – wracają

Ostatni argument za tym, że slamy zaczęły w Polsce miewać się znów lepiej to powroty starych wyjadaczek i wyjadaczy. Więc tylko coraz więcej konkursów w formule, coraz wyższe wygrane, ale również sceniczny come back. Na razie wrócił legendarny Maciej Kaczka, czy też zaczęła pojawiać się Marta Marciniak. Rok 2019 zapowiada się bardzo ciekawie, dodatkowo ze względu na rozpoczęcie regionalnych eliminacji do 3. Ogólnopolskich Mistrzostw Slamu Poetyckiego. Do zobaczenia!

Monika M. Błaszczak

Zdjęcia z 14. Spoke’n’Word Festival: Aleksandra Rózga, Jonasz Marcinkiewicz

 

 

Aktualny numer - Strona główna

Powrót do poprzedniej strony


© 2010-2019 Stowarzyszenie Salon Literacki.
Kopiowanie treści zawartych w serwisie wyłącznie za zgodą Redakcji i podaniem źródła pod cytowanym fragmentem, w przypadku portali internetowych - linkiem do serwisu salonliteracki.pl.