W najnowszym numerze...

Autopromocja nie hańbi.
Pewna ogólnopolska rozgłośnia radiowa

 

Pomijając pewne niedogodności związane ze zmianowym systemem pracy, muszę przyznać, że obecna sytuacja ma kilka plusów. Jednym z nich jest regularne słuchanie radia, czego nigdy w życiu dotąd nie czyniłem! Słucham zatem często, słucham dużo, jestem na bieżąco z nowinkami i nie gubię rytmu.

Kwestię promocji, kreacji, marketingu, czy jak jeszcze można nakreślić pewien wachlarz zachowań i zabiegów, zmierzających do wypromowania pewnych zjawisk, poruszyły we mnie dwie rzeczy, pierwsza w charakterze miłej anegdotki, druga w wymiarze bardziej ogólnym – przynajmniej dla nas, zarażonych wirusem poezji pomyleńców.

Jest w Polsce takie miasto, nazywa się Gdańsk (żyję tu całe życie, coraz częściej myślę o tym, żeby dać temu wyraz w moim pisaniu), obfitujące w ciekawe miejsca, także z tych nieoczywistych z punktu widzenia przeciętnego turysty, skupionego na osi Długa-Długi Targ-Długie Pobrzeże-Westerplatte (chociaż nie wiem, jak wielu turystów dociera do ostatniego etapu tej, przyznaję, prowizorycznie rozrysowanej, a przez to niepełnej i stanowczo wybiórczej osi). Jednym z takich miejsc jest mój ulubiony lokalik, z którego nadaję ten cykl. Jednak naprzeciwko znajduje się miejsce, które podbije to miasto. Firanki będą królem miasta, na firankach oprze się nasze życie, nie zmienią tego rolety ani żaluzje, ani zasłonki nawet, tylko firanki. Otóż maleńki sklep specjalizujący się w sprzedaży firanek postanowił zawalczyć o klienta, w czym, naturalnie, nie ma nic złego. Sąsiedzi prowadzący sklep obuwniczy użyczyli przestrzeni w witrynie na, nazwijmy to, drogowskazy ze strzałkami (to może wydawać się dziwne na pierwszy rzut oka, ale nawet ja, znając te okolice na pamięć, wiem, że one spełniają swoją rolę, bowiem obuwniczy znajduje się w miejscu strategicznym – na rogu). Nie jestem nawet pewien, czy owe plakietki pojawiły się jednocześnie, czy jedna po drugiej. Niedługo później sąsiadujący z drugiej strony lokalik pozwolił sobie na mały żart, i na swojej szybie kolorowymi flamastrami wypisali stosowne zaproszenie do Firanek. Szczyty zostały jednak osiągnięte dopiero niedawno – nie dysponując stosowną tablicą, którą można by wystawić na zewnątrz, właściciele Firanek wydrukowali dwustronnie kolejną plakietę i przymocowali, z braku laku, do drabiny, którą wystawili przed swój sklep. A potem już poszło – siedząc z Kolegą Artystą oraz Panem Imperatorem roztaczaliśmy plany podboju miasta przez Firanki, Firanki na Bazylice Mariackiej, Firanki na Hali Targowej, na Dworcu Głównym, ba! Na Hali Olivia nawet.

Wiedzą Państwo, na czym polega żart? Tak rodzi się marketing szeptany. I nie wiem, czy Państwo się ze mną zgodzą, ale założyłbym się, że nikt z Państwa nie zna Macieja Rasia, ale ponad wszelką wątpliwość wiedzą Państwo, że to świetny poeta. Bywa też inaczej – są świetni, kompletnie nieznani poeci, a króluje tak zwana popelina.

Tutaj chwytamy bardziej ogólny wątek, mianowicie zaczął się sezon rozstrzygnięć. Szczególne oburzenie zanotowałem przy okazji niedawnej gali Nagrody im. Szymborskiej, gdzie: 1) nie została nominowana ani jedna poetka, 2) uhonorowany został Marcin Sendecki, poeta, którego bardzo cenię za wczesną twórczość, natomiast fragmenty „W”, które widziałem w sieci, budzą moje wątpliwości. Oczywiście pewnym było, że dla Tomasza Bąka jest za wcześnie na sięganie najwyższych laurów, takie nagrody otrzymują poeci o określonym dorobku i renomie. Taki konwenans. Niestety żyjemy w świecie, w którym poeta, jeśli pisze świetne wiersze, nawet gdy wyda tom koszmarny i grafomański, zbyt wiele nie straci. Co najwyżej pominie się rzecz milczeniem. A przy następnym, udanym tomie – kolejne peany (proszę zauważyć, że nigdzie nie nazwałem „W” rzeczą koszmarną, po prostu fragmenty wzbudzają moje wątpliwości). Taki konwenans. W jednym z poprzednich tekstów napisałem, że w zeszłym roku, jeśli wierzyć liście zgłoszeń do Silesiusa, wydano prawie dwieście tomików. Wydaje mi się, że szanse na gruntowne zapoznanie się z całością rocznej produkcji są iluzoryczne, stąd kupujemy te harmonie, w których czujemy się dobrze. Inna sprawa, że odbiór poezji jest dalece subiektywny, każdy czytelnik ma swoje kryteria, i, paradoksalnie,  każdy czytelnik ma rację. Oczywiście można dyskutować z werdyktami szacownych gremiów, natomiast czy w literaturze chodzi o te sto czy dwieście kawałków? A może sedno tkwi gdzieś, nie mówiąc już głębiej, ale zupełnie, zupełnie gdzieś indziej?

Ale ci-cho-sza. Mówmy o tym szeptem, róbmy swoje.

Marcin Kleinszmidt

 

Aktualny numer - Strona główna

Powrót do poprzedniej strony


© 2010-2017 Stowarzyszenie Salon Literacki.
Kopiowanie treści zawartych w serwisie wyłącznie za zgodą Redakcji i podaniem źródła pod cytowanym fragmentem, w przypadku portali internetowych - linkiem do serwisu salonliteracki.pl.