W najnowszym numerze...

Żyjąc w globalnej wiosce, jaką ze świata zrobił postęp technologiczny, coraz rzadziej można się zasłaniać osadzeniem i wrośnięciem w miejsce, niezwykła łatwość docierania do treści pozwala czerpać inspirację i wiedzę z wielu źródeł. Tak się złożyło, że tegoroczny numer wakacyjny poświęcony jest Azji jako takiej, i okoliczność, że najdalej na wschód byłem w Wilnie, i to piętnaście lat temu, nie zwalnia mnie z obowiązku nadawania o Azji. Rozwiążemy więc sobie ten problem na kilku płaszczyznach.

Żeby zjeść dobry azjatycki posiłek, nie muszę wcale wyjeżdżać z Gdańska. Obiad spożyty kiedyś w restauracji przy ulicy Korzennej spowodował u mnie stan euforyczny, którego u siebie nie podejrzewałem, ale nie dziwi mnie – cóż to bowiem za prostota, obeżreć się kurczakiem z brokułami i czosnkiem (trzy składniki!), popartym zjedzonym wcześniej rosołem won-ton. Zawsze narzekałem na deficyt dobrej azjatyckiej kuchni w Gdańsku (nie licząc restauracji sushi, których, zdaje się, jest w nadmiarze, ale nie mnie oceniać – nie byłem, więc się szerzej nie wypowiem), natomiast swoiste prymicje odbyłem – jakżeby inaczej – w Krakowie. Mam tam ukochanego wietnamca na ulicy Szewskiej, akuratnego, gdy jest się w trakcie posiedzenia w Pubie Baza, a zjeść się nie zdążyło, bo autobus, bo umówiony i nie wypada się spóźnić. Poza tym (akurat tym razem) przywiozłem jeszcze z Krakowa „Dark Side of the Moon” na winylu – nie dla siebie wszak, ale to już zupełnie inna historia.

A jeśli chcemy zjeść dobrą azjatycką zupkę, to polecam lokal w Toruniu, przy ulicy Strumykowej. Tamtejsza pho jest bardzo dobra i sycąca (co zresztą dla zup azjatyckich jest typowe – dobre i sycące). Szkoda, że dania główne nie trzymają tego poziomu, a popić to można co najwyżej piwem, niemniej zawsze chętnie tam wrócę.

Święta Gastronomio, ale nie piszmy o jedzeniu! Bo pisząc ten tekst, słucham muzyki autorstwa jegomościa, który zwie się Osamu Kitajima. Multiinstrumentalista, jazz fusion – muzyka z pogranicza jazzu właśnie, rocka progresywnego i tradycyjnej japońskiej muzyki. A porywające to bywa, że szok. I chyba właśnie o tym najczęściej pisuję –  mieszanie wpływów, remiks, intertekst, zwyczajne zżynki lub twórcze inspiracje, co zawsze mnie kręci w muzyce, sztuce, poezji i popkulturze (jak nazywał się ten cudowny ślepiec z „Łotra 1”? Nie pamiętam. Ale to moja ulubiona postać z tego filmu.). Strach się bać.

Bo kultura azjatycka jest tak obszerna i wielowymiarowa, jak pożywne i sycące są obiady u wietnamczyków lub innych pokrewnych restauratorów – zamówienie dwudaniowego obiadu i zjedzenie go to wyzwanie, któremu nie sposób podołać, a sam dałem radę dwa razy zaledwie. W tym bogactwie każdy znajdzie coś dla siebie, czego każdemu życzę, wsłuchując się w muzykę Osamu Kitajimy. Sayo!

Marcin Kleinszmidt

 

 

 

Aktualny numer - Strona główna

Powrót do poprzedniej strony


© 2010-2018 Stowarzyszenie Salon Literacki.
Kopiowanie treści zawartych w serwisie wyłącznie za zgodą Redakcji i podaniem źródła pod cytowanym fragmentem, w przypadku portali internetowych - linkiem do serwisu salonliteracki.pl.