W najnowszym numerze...

Jakiś czas temu miałem przyjemność obejrzeć nowy film Jarmuscha, zatytułowany „Paterson” (o Jezusiczku, właśnie otworzyło mi się skojarzenie z obrazem sprzed dwóch lat, „Manglehorn”, pod względem nastrojowości, ale to osobny wątek, którego nawet nie ubiorę w dygresję), historię o człowieku, który się codziennie budził w tym samym łóżku. Prowadził autobus, spożywał posiłki, pijał piwo, pisywał wiersze. O związku człowieka z miejscem i jego historią, o stosunku człowieka do życia i o jeszcze wielu innych rzeczach, które można określić tylko za pomocą wielkich słów. Co mnie uderzyło filmowo, to nastrojowość i kilka mistrzowskich kadrów, co mnie zainteresowało w materii przekazu, to próba osadzenia poety w świecie za pomocą dwóch zabiegów – wyboru na tytułowego bohatera kierowcy miejskiego autobusu oraz podkreśleniu jego szczególnych związków z miejscem, w którym żyje. Zanim przejdziemy do sedna, spróbuję nieco opisać te związki.

Otóż Paterson mieszka w Paterson, New Jersey. Żyje z prowadzenia miejskiego autobusu, jak to było wspomniane, na którego przednim panelu także jarzy się napis z uroczą nazwą miejscowości. Paterson pisze i czyta, jego ulubionym poetą jest William Carlos Williams, który większość swojego życia mieszkał, tworzył i pracował w Paterson. Wieczorami Paterson chodzi do ulubionego lokalu użyteczności publicznej, gdzie zna barmana oraz dużą część klienteli, barman ceni Patersona na tyle, że konsultuje z nim zawartość ściany sław w tymże lokalu. A to już coś. Łażąc tak wieczorami z pieskiem niemal sam się prosi o przygodę (w pewnym momencie, jak zaczepił go lokalny gang, myślałem, że ktoś tu wpierdziel obskoczy albo będzie musiał uciekać, ale gangsterzy okazali się bardzo miłymi chłopakami). Jakby nic nie mogło mu się tu zdarzyć.

Unikając nadmiaru spoilerów przeprowadźmy eksperyment myślowy i zobaczmy, co by się stało z takim Patersonem, gdyby się ujawnił nad Wisłą. Jaka byłaby reakcja, gdyby ktoś ze „środowiska” go wydał (powiem tylko, że sam bohater nie palił się do publikowania swoich wierszy). Albo jeszcze inaczej – gdyby o kimś o profilu Patersona, ale stąd, nakręcić film. Koniecznie dokument. Ale rozbujałem się chyba zanadto, piszmy już lepiej o moich zazdrostkach i podziwach.

Zazdroszczę Patersonowi regularności, zarówno jeśli chodzi o rozkład dnia, jak i płodność artystyczną. Mamy tydzień na obserwację Patersona w jego otoczeniu – tyle daje nam scenarzysta i reżyser. Paterson wstaje o tych samych porach, pisze regularnie, choć oszczędnie, jada skromnie, każdego wieczora, jak już wspomniałem, przesiaduje w knajpie. W ciągu tygodnia Paterson pisze widzowi trzy wiersze i zaczyna czwarty, już pod sam koniec tygodnia. Uznajmy, że trzy wiersze. Sporo. Gdyby na jakiekolwiek spotkanie, czy to warsztaty, czy to zwyczajną pogadankę, czy na cokolwiek innego, przyszedł wysoki, chudy chłopaczek i, ciągnięty za język, powiedział, że pisze trzy wiersze tygodniowo, to reszta bojowników o słowo raczyłoby spojrzeć na niego z rezerwą, lub niedowierzaniem, dopóki nie pokazałby swoich tekstów – inna sprawa, że nie widziałem, aby filmowy Paterson datował swoje teksty (swoją drogą nie lubię tego, więc plus dla niego), więc wszelkie te rozpatrywania pozostają w sferze przypuszczeń.

Zazdroszczę Patersonowi charakteru pisma i łagodnego temperamentu. Czasem, jak się postaram, to też ładnie napiszę kilka wersów (bo jako tradycjonalista sprzeciwiam się powszechnemu ciążeniu poetów do laptopików, smartfoników i innych urządzeń, wiersze muszę jak dziadu jakiś na karteczce długopisem kreślić), ale potem poruszam się z falą i kreślę. A Paterson nie kreśli w swoim zeszyciku ABSOLUTNIE NIC. Jest jak Mozart z ekranizacji Formana – to są oryginały, na które nie nanosimy żadnych poprawek, układamy wiersz w głowie i tylko go zapisujemy. Pamiętam, poznałem paru takich autorów, którzy właśnie tak pisują, zazdroszczę im jeszcze bardziej niż Patersonowi, ale nie ma co chlastać, każdy ma swoją metodę. Tylko przyklasnąć.

Mój tekst się rodzi w bólach, nie tylko wiersze, ten felieton też (czwarte podejście do tematu), niemniej rozmawiamy tutaj (chyba?) o wierszach i (chyba?) wszystkim, co się wokół wierszy dzieje (a dzieje się wiele). Nie wiem, jak koleżanki i koledzy po piórze, ja swoje teksty przepracowuję miliony razy, i jest to nie tylko zasługa czy też skaza mojego umysłu i kulawej wrażliwości, taki sobie wyrosłem po paru latach pobierania nauk na warsztatach literackich w Trójmieście (a była to piękna grupa uderzeniowa, że hoho, wiele się tam nauczyłem). Spotykaliśmy się raz na dwa tygodnie, staraliśmy się częściej, raczej bywało to rzadziej. Czytaliśmy wiersze swoje i cudze, rozmawialiśmy. Odkrywaliśmy powolutku swoje możliwości, podpowiadaliśmy sobie, rżnęliśmy głupa, darli łacha, żartowali i pięknie było. Jak przypomnę sobie, jakie potwory pisywałem cztery, pięć lat temu, to mnie ciarki przechodzą, ale energia tych spotkań ostatecznie dobrze na mnie podziałała. I tego mi u Patersona brakuje – cóż to, wiadomo, oczytany, ale czy on nie potrzebuje opinii kogoś innego?  Osobnego spojrzenia z dystansu? Czy jest tak pewien swoich wyborów, i tak skuteczny, że niczego więcej nie trzeba? Toż to geniusz!

Tak sobie teraz myślę, że Paterson musiał czuć się bardzo związany z miejscem zamieszkania, i ten związek potęgował jeszcze brak telefonu i komputera, zwyczajnie brak kontaktu ze światem poza jego lokalnym aspektem. Musiał czuć się samotny, mimo że żył w dobrym związku i miał świadomość pisania poezji, miał swoich ulubieńców, miał też pewnie autorów, których wspomnienie napawało go obrzydzeniem. Jednak pytanie polega na tym, czy naprawdę nie brakowało mu dyskusji w tych sprawach, dlaczego wzbraniał się przed pójściem krok dalej, a gdy się już zdecydował, to zamierzenia zostały brutalnie przekreślone przez psa (argument dla uczniów usprawiedliwiających się z nieodrobionej pracy domowej; chociaż teraz to raczej mówi się o awarii komputera?), i ten moment mnie zabolał – to, że bohater tak skrajnie utożsamiał się ze swoimi wierszami, że po incydencie nie stwierdził, że co mu tam, napisze nowe, może lepsze, tylko poszedł na spacer, jak siadł na ławce, tak siedział i nic (nie jest to zakończenie filmu, tak jak nie była to też jego recenzja, dalej coś się dzieje, ale oszczędzę spoilerów, za dużo już powiedziałem). Na tym polega świat fikcji, bo w prawdziwym świecie to nie mogłoby się udać, szczególnie w Polsce, gdzie na dwóch mieszkańców przypadają trzy opinie. Szczególnie w Polsce, kraju miliona poetów, gdzie moja racja jest racja najmojsza[1].

A pointa? Tutaj chyba nie trzeba pointy. Natomiast Patersonowi tak naprawdę zazdroszczę tylko jednego – w barze ocalił aktora, udającego czarnoskóry wariant Zbigniewa Cybulskiego, przed popełnieniem samobójstwa z pistoletu dla dzieci, na piankowe kule.

Marcin Kleinszmidt



[1] Wszystkich czytelników, którzy uważają, że wywiodłem ich na manowce i pod pretekstem eksperymentu myślowego postanowiłem się wyżyć i zrobić rundkę dookoła filmu, pragnę zakomunikować, że mają świętą rację i serdecznie ich za to przepraszam. Jednak pozostaję związany z moim miejscem zamieszkania jak Paterson związany z Paterson, i rozmaite szpile wbijam także sobie – nie bez przyjemności. Ciao Bambino!

Aktualny numer - Strona główna

Powrót do poprzedniej strony


© 2010-2017 Stowarzyszenie Salon Literacki.
Kopiowanie treści zawartych w serwisie wyłącznie za zgodą Redakcji i podaniem źródła pod cytowanym fragmentem, w przypadku portali internetowych - linkiem do serwisu salonliteracki.pl.