W najnowszym numerze...

W tym miesiącu mam wyjątkową okazję przygotowywać zawartość dwóch działów Salonu Literackiego, i to działów bardzo od siebie różnych, żeby nie powiedzieć, że snułem się jak błędny i nie wiedziałem w co ręce włożyć. Mianowicie wziąłem na siebie odpowiedzialność przygotowania prezentacji w dziale Do zobaczenia. Akurat graficznych uzdolnień Bozia raczej mi poskąpiła (chociaż pochwalę się, że tytuł na okładce swojego debiutu sam nagryzmoliłem), ale chodząc po mieście i nieco rozmawiając z ludźmi nawiązuje się mimo wszystko różne znajomości, często rozwijające i przydatne. Siedzę sobie zatem przy komputerze, rozwijam temat, zamknąłem w końcu sprawę prezentacji (z jakim skutkiem, mogą Państwo przekonać się kilka działów niżej) i rozmyślam. Rozmyślam o związku sztuki ze słowem.

Przyznam, że okoliczność pracy na dwóch frontach okazała się wybawieniem, bowiem – nawiązując do słów wicenaczelnego – poszłem se na slam (raduje mnie intensywnie obcowanie z edytorem tekstu, który wie lepiej ode mnie, co chcę napisać!), nie byle jaki slam. Otóż tak się złożyło, że na liście stu najważniejszych obrazów sztuki dawnej znalazł się, eksponowany w Muzeum Narodowym w Gdańsku, Sąd Ostateczny Hansa Memlinga, dzieło o ciekawej historii nie tyle od strony twórczej, ile raczej, hm, pirackiej? Niemniej wolałbym już zostać ateistą niż obskoczyć wpierdziel od Paula Beneke, za którego sprawą tryptyk znalazł się w Gdańsku. Na okoliczność tego wspaniałego wyróżnienia, Gdański Archipelag Kultury, we współpracy z Muzeum, zorganizował Slam Ostateczny (ładne, nie?). A ja pozwoliłem sobie przejść się na ten slam i przeczytać Sen ostateczny (może komuś pokażę, jak ładnie poprosi).

Ponieważ slam ten wyróżniał się nie tylko okazją (litości, slamy równie dobrze można organizować bez okazji) oraz lokalizacją (rzeczywiście, malarstwo flamandzkie, niderlandzkie i gdańskie nawet, stateczni obywatele Gdańska łypiący z desek na poetów, performerów, i innych slamerów wijących się raczej niestosownie w kontekście powagi miejsca), slam ten wyróżniał się też tematem. Ściślej, pierwszy etap był tematyczny. To znaczy: należało nawiązać do sądu ostatecznego – jako dzieła, toposu, jakkolwiek, byle by było (stąd ten Sen ostateczny).

I to lubimy! Zawsze jest to jakiś bodziec do kreatywności, chociaż nawiązań bezpośrednio do dzieła nie było chyba w ogóle (prym wiedli dowcipni slamerzy, a ja jak zwykle włączyłem re-mikser, ale o remiksie to przy innej okazji), zawsze jednak to osadzenie było. Czasami w Gdańsku odbywają się tak zwane Slamy Bez Kasy (chociaż dawno nie było, a szkoda), na których inicjatorka i prowadząca, Marina Dombrowska, stara się usilnie o to, żeby slam nie był imprezą dla smutnych poetów, czytających swoje smutne wiersze dla swoich smutnych kolegów (a smutnych przynajmniej dopóty, dopóki nie pójdą gremialnie po slamie na piwo), tylko żeby się działo – a to finaliści dostaną koperty i muszą korzystać z umieszczonych w kopertach zasobów słów, a to wywoła publiczność do tablicy i slamer biedny musi korzystać z trzech, nierzadko skrajnie ze sobą kontrastujących wyrażeń, a to Marina wpadnie na dżem, kolaż albo inne, quasiperformatywne środki ekspresji.

Trochę zbaczam z tematu, ze związku sztuki ze słowem robi się raczej związek gestu i słowa, przy czym pod gest możemy podpiąć absolutnie wszystko. Wyciągając jednak ciekawą okoliczność praktycznego braku odwołania do Sądu ostatecznego Memlinga samego w sobie, dobrze byłoby przypomnieć sobie repertuar metod i środków literackich, a także repertuar metod i środków kradzieży (chyba większość się zgodzi, że wielu poetów kradnie i to z nienajgorszym skutkiem). No bo umówmy się – wszelkie rozwiązania kompozycyjne są wtórne, nawet abstrakcja jest wtórna sama w sobie, tak samo na melodie, homonimie, ciągi asocjacyjne też ktoś już kiedyś wpadł (na pytanie, czy oryginalny jest step, tango, walc czy polonez też odpowiedzi raczej nie poznamy), co więc pozostaje? Ano pozostaje robić swoje. Inspirować się, oraz inspiracje zestawiać, jak Paula Beneke, franciszkanów i Hansa Memlinga, wstawiać slamerów w muzea i wątpić w mity o rozróżnianiu poziomów obcowania z kulturą.

Na koniec jeszcze małe słówko odnośnie do Slamu Ostatecznego. W Trójmieście dobry slam jest w zasadzie rzadkością, impreza Gdańskiego Archipelagu Kultury wydaje mi się inicjatywą świeżą i ożywczą. Nie wiem, czy GAK organizował już kiedyś slamy; jeżeli nie, to Slam Ostateczny jest dobrym prognostykiem na przyszłość i liczę na to, że przy następnych okazjach dostaniemy od nich slam – albo i bez okazji.

Marcin Kleinszmidt

 

Aktualny numer - Strona główna

Powrót do poprzedniej strony


© 2010-2017 Stowarzyszenie Salon Literacki.
Kopiowanie treści zawartych w serwisie wyłącznie za zgodą Redakcji i podaniem źródła pod cytowanym fragmentem, w przypadku portali internetowych - linkiem do serwisu salonliteracki.pl.