W najnowszym numerze...

Karolowi Bielawskiemu

 

To było w 2015 roku, w maju. Poznaliśmy się w składzie SKM pędzącym do Gdańska (wszyscy wsiadaliśmy w Sopocie – ja wracałem z kolegą z projekcji odrzuconego ostatecznie przez zleceniodawcę teledysku, przy kręceniu którego ubawiliśmy się przednio, Ty, z grupą kolegów ze studiów i lokalną przewodniczką wracałeś z Sopotu na noc do Gdańska). Wbrew moim przyzwyczajeniom nawiązaliśmy rozmowę i umówiliśmy się na następny dzień.

Odwiedziliście Gdańsk jako grupa badawcza, złożona ze studentów religioznawstwa Uniwersytetu Jagiellońskiego, w celu zdobycia wiedzy o losach nieistniejących już gdańskich cmentarzy. Odwiedziliście chełmski kirkut, na którym sam do tej pory nigdy nie byłem, a ja, z pomocą znajomych opowiedziałem o losach poniemieckich nekropolii. O tym, jak z ciągu cmentarzy przy dawnej Wielkiej Alei zostało lapidarium przy Politechnice Gdańskiej. O cmentarzu, na miejscu którego postawiono dworzec autobusowy, a sam fakt istnienia nekropolii w tym miejscu (i nie tylko) uczczono kilkanaście lat temu zaledwie, aranżując symboliczny Cmentarz Nieistniejących Cmentarzy (przy wznoszeniu którego wykorzystano zresztą fragmenty oryginalnych macew, co do tej pory budzi kontrowersje). Nie pamiętam, czy opowiedziałem Wam o schodach hańby. Prawdopodobnie mówłem o sektorze dziecięcym częściowo zdewastowanego cmentarza brętowskiego (dewastować cmentarz pod budowę kościoła, kto by pomyślał), gdzie spoczywa pierwowzór jednego z bohaterów Weisera Dawidka Pawła Huellego. I wyjaśniłem przyczyny – oto chciano wykorzenić niemieckość z Gdańska, pozbyć się reliktów przypominających o tym, kto żył w tym mieście, żeby nowo przybyli nie musieli zmagać się z przeszłością i mogli bez przeszkód kontynuować budowę polskiego Gdańska (w świetle ostatnich wypowiedzi jednego z kandydatów na prezydenta miasta brzmi to niepokojąco politycznie, niestety – takie są fakty).

Niedługo później odwiedziłem Was w Krakowie. Spacer po Kazimierzu (w trakcie którego pierwszy raz spotkałem Edwarda Pasewicza), dwa razy Alchemia (w tym Bal Religioznawcy), generalnie bardzo intensywny czas, w trakcie którego zadałeś mi, Karolu, pytanie, o to co było pierwsze – myśl, czy dusza. Teraz jeszcze dobitniej przekonuję się, że dusza.

Bywałem (i nadal bywam) od tego czasu w Krakowie dosyć regularnie, ale spotkaliśmy się jeszcze tylko jeden, jedyny raz. I nie do końca podobała mi się zmiana, jaka w Tobie zaszła.

A teraz Cię nie ma. Chowali Cię w dniu Twoich dwudziestych ósmych urodzin. I przypomniałem sobie te, w sumie przecież kilka dni zaledwie, w trakcie których mogłem Cię doświadczać. Przypomniałem sobie też innych, młodo zmarłych. Zdolnych, a czasem „zaledwie” wrażliwych. Za każdym kryje się osobna historia, osobne przeżycia, osobna tragedia. Tym istotniejsza staje się kwestia pamięci o tych, których już nie ma, i to chyba jest najważniejszy obowiązek, któremu powinienem sprostać.

Wsiądźmy więc w SKM, albo siądźmy w Alchemii. Rozmawiajmy.

Marcin Kleinszmidt

 

Aktualny numer - Strona główna

Powrót do poprzedniej strony


© 2010-2018 Stowarzyszenie Salon Literacki.
Kopiowanie treści zawartych w serwisie wyłącznie za zgodą Redakcji i podaniem źródła pod cytowanym fragmentem, w przypadku portali internetowych - linkiem do serwisu salonliteracki.pl.