W najnowszym numerze...

Pierwszy ciepły majowy dzień za nami, co reszta miesiąca nam zgotuje, tego się dowiemy (miejmy nadzieję że z możliwie najłagodniejszymi skutkami). Maj to również pora rozstrzygnięć nagród literackich, i ten sezon także szczęśliwie się nam rozpoczął. Jest to zarówno ostatnia okazja do podsumowania ubiegłego roku, jak i jedna z wielu do rozmowy o czytelnictwie i wydawnictwach (jako że nie mam szans przeczytać wszystkiego, co wydaje się w ciągu roku w Polsce, mogę sobie też uświadomić skalę zjawiska i wyciągnąć z tego jakieś tam wnioski dla siebie).

Cóż zatem mamy? Otóż w tym roku do Silesiusa zgłoszono 189 książek poetyckich wydanych w 2016 roku. Sporo. Rzekłbym nawet, że bardzo dużo. Jeśli chodzi o rok 2017, to wiem już o kilku nowych wydawnictwach, także debiutach, pytanie brzmi, o ilu w ogóle nie słyszałem, a będę równie czarownie zaskoczony za rok? To pytanie poboczne, obawiam się bowiem, że spory procent zgłoszeń do Silesiusa to typowe zapychacze (wiem, wszyscy od dawna już znają nominowanych autorów, niemniej przydługi wstęp jest potrzebny z innych względów), pomny własnych doświadczeń z debiutem obawiam się też, że część poetów debiutujących w tym roku, bądź debiut planujących, może wypuścić na rynek tomy o znacznie mniejszej od ich potencjału sile rażenia.

W pierwszej audycji o pierdołach z cyklu „Wbrew pozorom” obiecałem Szanownemu Czytelnikowi krutki wykład na temat jazdy na maxa i tomiku konceptualnego. Pięknie nam się to wszystko spina, bowiem pierwsza audycja z cyklu o pierdołach dotyczyła autorskiej prezentacji tekstu, dzisiaj zaś pozwolimy sobie na rozważanie dotyczące autorskiej koncepcji książki. Tradycyjnie, zaczniemy od rozważań negatywnych.

Pokutuje bowiem jeszcze wśród autorów (przeważnie młodych, ale widuje się także doświadczonych poetów o takim poglądzie) wizja tomu poetyckiego jako zbioru wierszy. Zbiór wierszy to, zbiór wierszy tamto, promujemy zbiór. Zbiór. Autorowi takowemu tom nie jawi się jako całość, tylko jako zbiór odrębnych całostek, które mogą, ale nie muszą się ze sobą wiązać, ot, daję ci, Czytelniku, 30 małych całostek, zrób z nimi, co chcesz. Możesz przeczytać po kolei, w kolejności odwrotnej, w kolejności losowej (przypomina się komiks autorstwa Andrzeja Milewskiego, dotyczący czytelnictwa w Polsce, niemniej nie sięgnę i nie nawiążę, a co). Co więcej, wiersze składające się na taką książkę ułożone są najczęściej w kolejności chronologicznej czasu powstania. Niestety – najczęściej są to słabe tomy (trzeba byłoby chyba Świetlickim być, który jak wydał książkę Jeden, z tekstami dziejącymi się od zimy do zimy, to aż Gdynię dostał i pogardził Nike – aczkolwiek to drugie programowo) i, umówmy się, sam koncept jest dość ubogi i świadczy, hm, o braku pomysłu? Staram się nie być zbyt radykalny, w końcu może kiedyś sam zostanę kronikarzem.

Mamy jednak drugi biegun, autorów piszących książki poetyckie, nie jako zbiory wierszy, ale właśnie jako książki, mających w nosie chronologię, czasem owładniętych jakąś manią, ale z reguły najnormalniejszych ludzi pod Słońcem (pomijając nieszkodliwe dziwactwa, hi hi) i dążących do tego, czego chcą. Wracamy więc Szanownym Czytelnikiem do miesiąca stycznia, tam znalazła się wzmianka o wierszu Capoeira autorstwa Edwarda Pasewicza, rok napisania 1998 (o ile autor na spotkaniu nie skłamał, w każdym razie bardzo stary tekst jak na rok wydania tomu). Wiersz znalazł się w książce Och, mitochondria z roku ubiegłego. Ktoś powie – dziwne, osiemnaście lat czekać na wydanie wiersza w tomie, toć jak mam wiersz, to go puszczam (o, zapomniałem – autorzy myślący o tomie jako o zbiorze wierszy najczęściej ładują tam wszystko, co napisali od ostatniej książki, smutne), a poeci myślący o książce (w przypadku Pasewicza zresztą nie jest to książka, tylko kilka książek) czekają na moment tego tekstu w ich życiu literackim.

Bo to też tak jest, że łatwo pisać o pierdołach, natomiast – moim zdaniem przynajmniej – wiersz sam w sobie nie jest formą na tyle pojemną, żeby go pakować w zbiór wierszy. Mam konkretnego zajoba na tym punkcie, uwielbiam książki poetyckie, szukam łańcuchów, korelacji tekstu z tekstem, intertekstem, czujnię i węszę, i widzę i opisuję, a jak znajdę, to się dopiero cieszę jako czytelnik i jako człowiek. A zbiór wierszy to nuda. Sam zresztą z niesmakiem spoglądam na mój debiut (może o niesmaku innym razem), co poskutkowało zaawansowanym konceptem drugiej książki (nie lubię się chwalić i nie jestem gadułą, kto mnie zna, ten wie, ale na papierze/monitorze nagle się rozgaduję i pozwalam sobie na zbyt wiele, już nie będę wspominał o moich planach, tym bardziej, że są inne plany).

Tak wpadłem na pewną myśl, wspomniawszy bowiem świeży debiut Pawła Nowakowskiego (tego z Sieradza, Między innymi, MaMiKo 2017) pomyślałem, że może istnieje trzecia kategoria poetów. Takich, którzy realizują jakiś koncept, ale jest on rozsadzany przez frazę, że tekst jest tam w zasadzie pretekstem do lektury i połączonych z nią własnych procesów myślowych, pisarzy, którzy poruszają pewne trybiki, nawet do końca nie zdając sobie z tego sprawy… Kto zna wiersze Pawła, ten wie, kogo mogę mieć na myśli, zresztą to wąski krąg, do którego dawno nie wracałem. Ale wrócę.

Dzisiaj mamy Międzynarodowy Dzień Tekstu Bez Motta i Przypisu, dlatego w niniejszym tekście nie znalazło się motto ani przypis.

Marcin Kleinszmidt

Aktualny numer - Strona główna

Powrót do poprzedniej strony


© 2010-2017 Stowarzyszenie Salon Literacki.
Kopiowanie treści zawartych w serwisie wyłącznie za zgodą Redakcji i podaniem źródła pod cytowanym fragmentem, w przypadku portali internetowych - linkiem do serwisu salonliteracki.pl.