W najnowszym numerze...

Piotr Gajda

Dziś autor dobrze znany i ceniony - Piotr Gajda. To poeta z grupy "późnych debiutów", nie mieszczący się w ramach ogólnie uznawanych dykcji poetyckich. Piotr operuje mocnym, soczystym językiem, zaskakującymi frazami i wyszukaną metaforyką. Prezentowane poniżej wiersze pochodzą z trzech tomików Piotra - w tym  z najnowszego "Demoludy" (2013).

Zapraszam do lektury.

Paweł Podlipniak

 


 

 Piotr Gajda (ur. 1966) — poeta, autor książek poetyckich Hostel (Łódź 2008), Zwłoka (Łódź 2010), Demoludy (Mikołów 2013). Stały współpracownik Kwartalnika Literacko-Artystycznego „Arterie”. Wiersze publikował m.in. w „Tyglu Kultury”, „Cegle”, „Arteriach”, „Opcjach”, „Toposie”, „Frazie”, „Nowym Zagłębiu”, „Miesięczniku Prowincjonalnym”, w piśmie „Red”, „Gazecie Wyborczej”, internetowej „sZAFie”, „Odrze", Magazynie Apokaliptycznym „Czterdzieści i Cztery", w antologii łódzkich debiutantów Na grani (Łódź 2008) oraz antologii wierszy współczesnych z motywem podróży Pociąg do poezji. Intercity (Kutno 2011).

 


 

Z tomu „Hostel” (2008)

 

NIRVANA HOTEL

Na niebie słońce ustępuje mandali. To już
piąty miesiąc. Babie lato nie ma wyjścia,
wkłada białą sukienkę i wianek. Dmuchawce,
latawce, kwiat lotosu – jaka pogoda, taka pagoda.
Łagodny wiatr jest nauczycielem jogi.
W holu przeciągi – adepci kung fu.
Na parkingu wrzeszczy podstarzała honda:
Gdzie podział się wasz zen, zeen, zeeen?!

Już jesień? Kasztan strząsa z siebie ryż
jak pan młody, który przed chwilą powiedział tak.
W oknach zazdrostki, lampiony z bibuły.
Z gości uchodzi życie, z baloników powietrze,
Nirvana z CD.

 

SEZON GRZEWCZY

W szafie kwitną twoje sukienki. Co gnije
w piwnicy? Jaką metodą kroi nas cisza?
Na kawałki? W plastry? W stereo wysiadł
kanał. Koniec z szumnymi wizytami umarłych.
Pytasz i pytasz każdego, czy mógłby
potrzymać cię za rękę jak chiromanta.
Próżnia nie pozwala nam usłyszeć przepowiedni,
cienie depczą kwiaty na wzorze tapety.
Słychać – sąsiedzi grzechoczą kośćmi,
fundamenty domu ogarnia kaszel. Z naszych
ciał ulatnia się ciepło. Kto za nie zapłaci?

 

Z tomu „Zwłoka” (2010)

 

LIRYKA LOKALNA

Kołysało, bo wszystko działo się na morzu. Mężczyźni
w bramach zarzucali sieć na drobne. Przeprawiali się
przez kałużę o barwie wątroby. Opuszczali kontynent
na foliowych reklamówkach, wzdętych pęcherzach ryb.

Wierzyli w legendę o koniu przeznaczonym na rzeź,
którego porwał przypływ i teraz unosi się pod miastem
jak konik morski. Czasem mylili wszystko, gotowi
bić się o pagórek, że to wystający spod ziemi
grzbiet konika garbuska.

Nikt nie wierzył w ani jedno słowo. A usłyszane
dryfowało jak porzucone wiosło albo drzazga z arki.

 

ROZKŁAD JAZDY

Pies zdychał nieopodal dworca. Ulepione z innej gliny
autobusy nie oglądały się za siebie i kontynuowały
cudzą podróż. Jeśli kiedykolwiek śnił ci się kundel,
którego obsiadły wrony, to właśnie ten. Ja też go śniłem,
a potem wyminąłem. Obojętnie? Na jego skołtunioną sierść
spad liść i szeptał, że nadejdzie zima, skróci nasze dni
do lokalnego kursu.

A ty? Co sobie wyobrażasz? Czerwone światełko
w tunelu zgaśnie w psim oku. Niezmienne pozostaną
inne znaki. Wiosną sukę w rui potrąci pospieszny.

 

Z tomu „Demoludy” (2013)

 

POŻEGNANIA

Co myśli dach, kiedy pogoda łamie się nad nim?
Duma, że to wina lombardu, który zagnieździł się
na parterze domu. W państwie lichwy syty składa
obietnicę rzeźni. Jednodniowy król wybity na tysiącu

monet, jutro w kącie piwnicy zwinie się w konwulsjach
jak szczur, który wybrał zatrute ziarno zamiast głodu.
Dzisiaj torsje, nowy budulec. W treści nie strawiona
pestka. Jeśli wniebowstąpić, to tylko w windzie

gdzie grawitacja drży jak kamerton muśnięty paznokciem.
Wymyślić pięć minut ciszy, w której ciała są lekkie
jak kurz w promieniu światła. Wszędzie wokół drobne
chrząstki, przezroczysta tkanka. Gin z tonikiem,

wódka z colą, pusty śmiech w korytarzu. Strach
przed lataniem. Życie duchowe to widok sarny
w centrum na sekundę przed tym, nim trafił ją pocisk.

Tor jego lotu można było dostrzec z kosmosu. Myśl,
że ciężar mają wyłącznie wiersze, która jest nieznośna
jak huk miga przekraczającego barierę dźwięku.

I ta, że w niebieskich oczach pilota odbija się order
malejącej Ziemi, przyznany mu pośmiertnie.

 

CZEKAJĄC NA BARBARZYŃCÓW

Katastrofa dogoniła nas w połowie drogi,
chociaż jej zapowiedź wyprzedziła ją już na starcie.
I tak oto zwiastun okazał się czadem

cichym zabójcą duszącym jak dym z papierosa
w szczelnie zamkniętym wiwarium. Wszak
mówili o tym uperfumowani mędrcy; życie

to rodzaj klatki, w której nieustannie
dobijają się o widzenie skóra, mięśnie, kości
i serce. Pracując w różnorodnym tempie,

na matowy połysk znoszonej krwi, w wieku
pary i hipsterii, zużyły się w czasie daremnych
okrzyków żalu i strachu równych przerażeniu

hodowlanych zwierząt na zgliszczach
imperium. A jednak nawet podczas snu prometejska
wątroba wchłaniała najcięższe pierwiastki,

dławiąc się organiczną pestką imponderabiliów.
I wciąż dochodziły do nas wieści,
że huty szkła produkują szkło.

 

Aktualny numer - Strona główna

Powrót do poprzedniej strony


© 2010-2017 Stowarzyszenie Salon Literacki.
Kopiowanie treści zawartych w serwisie wyłącznie za zgodą Redakcji i podaniem źródła pod cytowanym fragmentem, w przypadku portali internetowych - linkiem do serwisu salonliteracki.pl.