W najnowszym numerze...

Ten dzień, kiedy o wpół do ósmej rano wsiadam w pociąg i jadę do Krakowa, dość chłodny, ale ludny na dworcu i w przedziałach. Bagaż ciąży. Dopiero w Warszawie uświadamiam sobie, że przecież tego dnia koncertuje Metallica, co tłumaczy brak miejscówek od tygodnia – na szczęście dwa przedziały zostały wyjęte spod systemu rezerwacji i mogę sobie klapnąć. Jak później się dowiedziałem, tego dnia Metallica zagrała Wehikuł czasu grupy Dżem (odsłuchawszy później fragmentu tego wykonania nie mogłem przestać myśleć o polszczyźnie Roba Trujillo). W Pradze grali Jožina z bažin.

W Krakowie ludno, ledwo zdołam kupić bilet na przesiadkę, czeka mnie bowiem czterogodzinna jazda autobusem. Po dotarciu na miejsce udaję się na późną kolację (prowiant przeznaczony na podróż wykorzystałem jakoś za Warszawą), a potem – spać.

W końcu. Po przeglądzie broni ręcznej, automatycznej, artylerii, inspekcji schronu, mistycznych trzęsawkach przy ekspozycji ikon, spacerach w górę i w dół, chodnikiem, po schodach i przez Rynek, oto on. Obraz ZO. Nieproporcjonalnie wielkie ucho, przekrój wszystkiego, co tam człowiek w głowie ma w środku – i jeszcze więcej – a co człowiek, to czego innego można się dogrzebać. Widziałem go poprzednio w galerii BWA w Bydgoszczy, i czekam tęsknie na moment, w którym zobaczę go znowu, przekonam się, na ile dobrze go zapamiętałem.

A tego obywatela to znam. Nazywa się Józef Szwejk, jest ordynansem 91 kompanii piechoty, i lśni w słońcu, na ławeczce, tuż obok znajduje się jego piwnica, ale niestety barszcz wyszedł (!) i knedliki razem z nimi (!), o czeskim piwie nie wspominając. Siadam więc koło ordynansa 91 kompanii piechoty Józefa Szwejka i słucham historii o lustrze z sanockiego burdelu oficerskiego.

Od ponad roku chodził za mną tatar, w końcu zjadłem go Pod Zegarami. Wczoraj koleżanka namawiała mnie na wizytę w Muzeum Zegarów Wieżowych. Przypadek? Trzeba zaopatrzyć się w zapas wołowiny.

 

Co było

Lądowanie na ścianie, rozdarcie
chmur, wzbudzenie kurzu, który
zyskuje wartość estetyczną aż do pierwszych
deszczów. Jest czas i blitz, jest susza

i ekspansywny rynek nektaru owocowego,
syntetycznego substytutu świętych darów.
Jest blitz i jest święto, przerzedzone
włosie szczotki i wskazanie sprawcy –

zakapturzeni pogrobowcy ikonopisów zabierają
się do czyszczenia ulic, sporządzając nowy kanon
psalmów – moje oko jest nie tylko moim
okiem, zginam, rozprostowuję palce, moje

ucho nie służy tylko moim celom, nasłuchuje
gestu
. Być może szarość jest ich barwą,
usprawiedliwia roztargnienie, stare zapiski leżakujące
pod stolikiem, nieodżałowane niedopałki,

zguby zgub oczekujące na oprawę
godną mistrzów. Jest ruch i kontra,
poprawienie węzła w oczekiwaniu
na wyznawców, odcisk kciuka na drewnie,

piętno na płótnie. Być może gorycz
ujęto w oględziny azylu, deklarację
końcowego przeznaczenia – plami datowania,
dokumenty, landszafty, narzędzie zbrodni.

(AUTOR NIEZNANY)

Marcin Kleinszmidt

 

P.S. Sanok to jest taki trochę Bytów, tylko większy, ładniejszy i ładniej położony. Rzece Bytówce tak do Sanu, jak Sanokowi do Sandomierza – za to bytowski zamek jest jednak bardziej zamczysty od sanockiego, ale to już nie jest wina ani budynków, ani odwiedzających.

Aktualny numer - Strona główna

Powrót do poprzedniej strony


© 2010-2018 Stowarzyszenie Salon Literacki.
Kopiowanie treści zawartych w serwisie wyłącznie za zgodą Redakcji i podaniem źródła pod cytowanym fragmentem, w przypadku portali internetowych - linkiem do serwisu salonliteracki.pl.