W najnowszym numerze...

Na wysokości dziewiątego piętra słucham muzyki brytyjskiej kapeli May Blitz (lata 70), od której pozwoliłem sobie pożyczyć tytuł najnowszego wpisu – będzie bowiem krótko, ale na temat, który sporą część środowiska ostatnio zelektryzował – niemniej wszystko w swoim czasie.

Doceniając klasyków rocka, niezmiennie lubuję się w wyszukiwaniu mniej popularnych formacji (May Blitz chyba jeszcze się jakoś trzyma w świadomości słuchaczy, natomiast niemal zupełnie zapomniany zostaje Bachdenkel – moi absolutni faworyci dzięki debiutanckiej płycie Lemmings, i w zasadzie mógłbym zatytułować ten wpis Translation – gdyby nie to, że już nawiązałem do tej muzyki w zupełnie innym miejscu). Często bywa tak, że twórczość tych muzyków potrafi mnie zaskoczyć, i to w dwójnasób – raz, przez wielką sprawność kompozycyjną i wykonawczą, dwa – jak tacy gracze mogli przejść niezauważeni poprzez historię rocka? Bo byli inni, lepsi, tacy, którzy okazali się lepsi, bardziej adekwatni, z którymi, mówiąc brzydko, target w większym stopniu się utożsamiał? Możliwe. Prawdopodobnie swoje zrobiły też wielkie przeboje tamtych czasów, które wyszły spod palców muzyków Deep Purple, Led Zeppelin, Steppenwolf, czy wielu innych. Fakt, u wielu z tych zapomnianych brakuje znamion przebojowości. Natomiast określenie targetu, chociaż wobec wielkich obraźliwe, nie pojawiło się tutaj przypadkiem.

Jakiś czas temu społecznością czytelników wstrząsnęła książka mleko i  miód autorstwa Rupi Kaur. Niedawno z kolei zadebiutowała Anna Ciarkowska tomem zatytułowanym Chłopcy, których kocham. I nagle bach.

Nie będę tutaj pisał o jakości tej poezji, ponieważ wydaje mi się, że od tego są inni, lepsi publicyści. Nie będę też próbował diagnozować stanu polskiego rynku wydawniczego, ani nawet środowiska, na podstawie komentarzy (a burza, jak zapewne Państwo wiedzą, przetoczyła się sroga). Powiem szczerze – nie znam całości. Mignęły mi te teksty kilka razy na wyświetlaczu telefonu, nie zatrzymały na dłużej, nie mam potrzeby do nich wracać. Nie interesuje mnie nawet status tej książki jako „hitu największej ogólnopolskiej sieci salonów z książkami, muzyką i prasą” (nawet nie miałem ostatnio czasu na weryfikację tego statusu – wiem tylko o tym, co się dzieje w salonach tejże sieci w Warszawie). Nie bulwersuje mnie fakt, że wydawnictwo komercyjne staje się, nomen omen, otwarte na wydawanie poezji i zarabianie na tym pieniędzy, wolno im. Nie interesuje mnie nawet postawa autorki i jej autokreacja w wypowiedziach publicznych (niedawno ukazał się wywiad z panią Ciarkowską, po którego lekturze nie dostałem dreszczy, ani spazmów, nic nie miałem po tym wywiadzie. Wielkie nic).

Jeżeli chcemy doszukiwać się tutaj znamion problemu, to należy to rozpracowywać na kilku płaszczyznach. Generalnie dobrze się dzieje, jeśli dochodzi do sytuacji, w której promuje się poezję najnowszą. Kwestia polega niestety na tym, że lektura jest rzeczą bardzo osobistą (ale nie w ten stereotypowy sposób myślenia o wierszu jako o czymś, co się przeżywa), każdy czytelnik jest uformowany na swój sposób przez swoje doświadczenia, lektury, zainteresowania. Co zatem zrobić, żeby poezja się sprzedała? Sprzedawać uniwersalia. Jest to niestety kwestia uporczywa i bardzo trudna oraz, obawiam się, ślepa uliczka. Nie chcę jednak przedstawiać swojej wizji poezji, mojej wizji czytania poezji ani jakiejkolwiek innej mojej wizji, w szczególności nie jest moją intencją przeprowadzanie podziału wśród czytelników poezji na „kompetentnych” oraz „niekompetentnych” (bo kompetencje odbiorcze ma każdy, tylko, jak mi się zdaje, nigdy na takim samym poziomie, ani tak samo ukierunkowane). Dlatego nie boli mnie, jeśli w komercyjnym wydawnictwie wydaje się poezję skrojoną na miarę poziomu naszego czytelnictwa, poezję dla mas. Bardziej bolałoby mnie, gdybym zobaczył taką propozycję wydaną w serii renomowanego, wyspecjalizowanego wydawnictwa poetyckiego. Ale może poezja nie jest tylko dla szaleńców?

Różne rzeczy różni ludzie piszą. Jeden ze znanych mi autorów rzekł był nawet coś o karze boskiej. W sam raz – akurat zaczyna się Post. Przełączam z May Blitz na Jerusalem.

Marcin Kleinszmidt

 

Aktualny numer - Strona główna

Powrót do poprzedniej strony


© 2010-2018 Stowarzyszenie Salon Literacki.
Kopiowanie treści zawartych w serwisie wyłącznie za zgodą Redakcji i podaniem źródła pod cytowanym fragmentem, w przypadku portali internetowych - linkiem do serwisu salonliteracki.pl.