W najnowszym numerze...

Całuję się z mikrofonem.
M. Świetlicki

Cmok, cmok. Oczywiście premiery nowych wydawnictw związanych z Poetą Świetlickim są pretekstem zaledwie do omówienia szerszych zjawisk (uprzedzam o tym na wstępie, żeby uniknąć głosów rozczarowanych czytelników), wywiadu-rzeki w rączkach jeszcze nie miałem, a Siedmiościanu Zgniłości wysłuchałem zaledwie raz, więc nie czuję się uprawniony do recenzowania.

Skąd więc motto i wstęp? Otóż, jak bywa ze mną ostatnimi czasy – z radia. Zwyczajem wielu zakładów pracy, tak też w moim obecnym miejscu zatrudnienia puszczamy w tle radio, nie wybrzydzając (rozumiemy przez to, że ja nie wybrzydzam, bowiem kierownik każdej ze zmian ma swoje ustalone preferencje). Jedna ze stacji w ciągu dnia na potęgę puszcza disco polo, co znoszę cierpliwie, acz niechętnie. Z biegiem czasu spostrzegłem wyłaniające się z tekstów tych przeuroczych piosenek absurdy, których nie skomentować byłoby grzechem, i narodziła się we mnie refleksja, co należy zrobić, żeby napisać dobrą piosenkę, i jak łatwo jest temat położyć dokładnie?

Poetę Świetlickiego przywołałem nieprzypadkowo, gdyż sam coraz częściej określa się nie jako poeta, a jako autor piosenek, a niech który słuchacz wrzaśnie w trakcie koncertu, spod sceny „poeta!” – to Poeta ciska gromy. O ile jednak znam temat, to pierwsze piosenki Świetlików były po prostu zaadaptowanymi na potrzeby muzyczne wierszami, w czym z pewnością pomagała wrodzona jakby muzyczność frazy Świetlickiego – dopiero później trend zaczął się odwracać i coraz więcej tekstów powstawało do muzyki, a następnie przenoszone były do książek.

Oczywiście nie każdy muzyk ma przyjemność pracować z ludźmi słowa. Wielu musi radzić sobie samodzielnie, i, jak mam okazję posłuchać, niespecjalnie sobie radzi. Podam kilka mniej lub bardziej rażących przykładów, starając się oszczędzać wykonawców.

Bo czy znany wokalista na pewno do końca zdaje sobie sprawę z tego, co śpiewa, artykułując w utworze dedykowanym lubej swojej, że jest „jego kobiecości wzorem”? Nie, inaczej – prawdopodobnie wszyscy słuchacze tego utworu doskonale zdają sobie sprawę z tego, „co autor miał na myśli”, niemniej pod względem czysto językowym wypada to co najmniej tak samo interesująco jak zrymowanie Chandlera z gender. Istotnie, w przypadku tej konkretnej piosenki gender doskonale rymuje się z danger.

Kwestie łamanej melodii, płynących akcentów byle zwrotka się zgadzała i rym był – łaskawie pominę, jest tego na naszym rynku muzycznym obfitość, tak samo jak metafor dopełniaczowych i karkołomnych porównań.

Ale żeby nie było tak jednostronnie – po drugiej stronie rzeki też bywa ciekawie. Mam tutaj na myśli nurty nieco mniej polo, a już na pewno nie disco. Każdy zainteresowany słyszał już chyba o herbacie wznoszącej krzyk u sąsiada. Od lat zastanawiam się, o co w tym wszystkim chodzi? Dlaczego herbata? I jak to, krzyk? Herbata?

Z nieco świeższych dokonań naszych tekściarzy zwrócił moją uwagę nie tak spektakularny, acz ciekawy językowo „nieczysty grzech”. Zdaję sobie sprawę, że nie jestem teologiem i prawdopodobnie jakiś religioznawca mógłby mnie w wielu kwestiach oświecić, niemniej zawsze wydawało mi się, że grzech jest nieczysty z definicji.

Ale żeby nie było tak czarno – muszę przyznać, że tworzą w tym kraju muzycy, których teksty zaliczają się do co najmniej interesujących, nawet w rozumieniu czysto literackim, a nie piosenkowym. Dlaczego zresztą piosenka ma być czymś gorszym od wiersza?

Wszystkim koleżankom, kolegom po piórze życzę dobrej frazy – nie wiem, z jakiej okazji. Po prostu życzę. Wszystkim muzykom życzę dobrego wybrzmienia.

Pozdrawiam moich ukochanych religioznawców z Krakowa. Liczę, że porozmawiamy sobie jeszcze o naturze grzechu.

Cmok, cmok.

Marcin Kleinszmidt

 

Aktualny numer - Strona główna

Powrót do poprzedniej strony


© 2010-2017 Stowarzyszenie Salon Literacki.
Kopiowanie treści zawartych w serwisie wyłącznie za zgodą Redakcji i podaniem źródła pod cytowanym fragmentem, w przypadku portali internetowych - linkiem do serwisu salonliteracki.pl.