W najnowszym numerze...

Co to za poezja,
która nie ocala
ani człowieka,
ani robala.

M. Świetlicki

Cytatem z filmu CK Dezerterzy (świetna rola Wojciecha Pokory jako oberleutnanta von Nogaya) oraz mottem z okładki tomu Jeden Marcina Świetlickiego rozpoczynam listopadową audycję w cyklu wbrew pozorom o pierdołach, audycję jesienną jak depresja, acz z nutką optymizmu.

Otóż (przepraszam za quasi-blogowy ton tekstu) pierwszy raz od dawna przysiadłem, bez żadnego zmuszania się, bez żadnego z tyłu głowy siedzącego poczucia obowiązku, naturalnie wręcz przysiadłem do wiersza. Przysiadłem do wiersza w pierwszej kolejności, odkładając nawet pisanie tego, przedkładanego do Państwa lektury, tekstu, i cieszy mnie to. Proszę wybaczyć egzaltację, ale naprawdę – ostatnią rzeczą, jakiej spodziewałem się po tej jesieni, był wiersz.

Spodziewam się, że wielu moich znajomych po piórze (o ile nie wszyscy) zna ten stan, zwany wyzwaniem pustej kartki, kilkoro moich przyjaciół przemęczało się przez naprawdę długie przerwy w pisaniu (chociaż ja bym to raczej nazwał niemożnością). Ja mam za sobą pół roku, w trakcie którego usiadłem do jednego tekstu, który przeczytany po kilku tygodniach (jeszcze nie dopisany do końca) okazał się tak zły, że aż nie warty obróbki. Miałem okazję zmierzyć się wtedy z wagą pisania – i tutaj zahaczamy o motto. Bo z jednej strony co to za poeta, który nie sklecił wersu od pół roku, a może roku, dwóch lat (znam taki przypadek z bliskiej obserwacji), z drugiej – jeśli coś robić, to robić to dobrze, pisać głośno, a zawsze może przyjść fraza podczas, powiedzmy, jazdy autobusem, nie ma się czym przejmować. Musiałem to napisać.

Bowiem mamy za sobą czwartą już edycję Festiwalu Fala Poprzeczna i pracujemy nad tym, żeby odbyła się edycja piąta. Czwarta edycja Festiwalu Fala Poprzeczna była w dużej mierze poświęcona kulturze remiksu (poruszałem już to zagadnienie w tej rubryczce), gościliśmy poetów, badaczy, performerów, Januszy i nawet redaktorów tudzież współpracowników redakcji. Zapewne w ich felietonach pojawią się przebłyski z Fali, więc milknę na ten temat.

Frapuje mnie jednak coś innego, tak w odniesieniu do problemu pustej kartki, jak i w kontekście kultury remiksu, cytatu z kultowej komedii wojennej oraz kultowego poety. Nie będzie to odkrywcze. Nie będzie to przyjemne. Martwią mnie bowiem twórcy, szczególnie twórcy poezji, którzy uparcie twierdzą o pisaniu własnym głosem (akurat jednym z nielicznych, którym mogę przyznać taki własny głos, jest Marcin Świetlicki właśnie, chociaż też jest to głos inspirowany, niemniej osobny). Chciałbym mieć taki własny głos, natomiast spoglądam rzeczywistości w twarz i jestem w pełni świadom, że moje pisanie (i nie tylko moje) bierze się z szeroko pojętych lektur – film, muzyka (ostatnio znalazłem dla siebie Goodbye, Titan oraz Tacoma Narrows Bridge – ta druga formacja nieco… toolowata), oczywiście książki (przypomniałem sobie Układ rozkwitający Jacka Podsiadły, muszę to sprzedać dalej), billboardy, napisy na murach. Mogę się mylić, ale zdaje mi się, że wiersz (nie tylko wiersz, całe dzieło) karmi się swoim otoczeniem, swoją historią i swoim potencjałem. Brzmi górnolotnie, ale to podstawa – nie żyjemy w próżni, nie piszemy w próżni i w żadnym wypadku nie odczytujemy w próżni, zatem własny głos musi zostać poparty wnikliwą eksploracją. Istotnie, można poczuć się jak oberleutnant von Nogay po kuracji w zakładzie zamkniętym, ale jeśli to jest kura, a Kaiser Idiot, to dlaczego nie ocalić frazy i nie powołać wiersza?

Marcin Kleinszmidt

 

P.S. Wszystkim strwożonym właśnie rozpoczętym listopadem polecam George’a Clooney’a z wąsem w filmie Człowiek, który gapił się na kozy. Nowości niestety jeszcze nie nadrobiłem.

 

Aktualny numer - Strona główna

Powrót do poprzedniej strony


© 2010-2017 Stowarzyszenie Salon Literacki.
Kopiowanie treści zawartych w serwisie wyłącznie za zgodą Redakcji i podaniem źródła pod cytowanym fragmentem, w przypadku portali internetowych - linkiem do serwisu salonliteracki.pl.