W najnowszym numerze...

Bartłomiej Ilczuk

Do pary z poetą znanym (Marcinem Świetlickim) wstawiam dziś poetę, który jest zupełnym debiutantem. Rozwój poetycki Bartłomieja Ilczuka obserwuję od jakiegoś czasu ze sporym zainteresowaniem i widzę, że coraz sprawniej wchodzi na kolejne poetyckie „stopnie” i z lepszym skutkiem zahacza o nowe poetyckie rejestry. Polecam go uwadze salonowych czytelników.

Zapraszam do lektury.

Paweł Podlipniak

 


 

Bartłomiej Ilczuk, ur. 1993 w Łodzi. Studiuje prawo, choć zamiast zgłębiać kodeksy woli czytać poezję. Redaktor portalu poetyckiego poema.pl. Wyróżniony finalista VI Ogólnopolskiego Konkursu Poetyckiego im. Janusza Różewicza – jedynego, w którym do tej pory wziął udział. Od niedawna związany z Domem Literatury w Łodzi. Szykuje się do publikacji w czasopiśmie „Arterie”.

 


 

Skwar. Burza. Cisza

Myśli powoli odklejają się od czaszki.
Kobiety poprawiają lniane, krwistoczerwone spódnice.
Maga rozczesuje skłębiony kok, czerń włosów
zlewa się z kolorem nieba. Znowu czuje się wieczna,
jak melodie, których nie zapomina się nawet po śmierci.

Luźne kalendarz trzepocze na wietrze.
Dzieci krzyczą tak głośno, że tusz w książce
zmienia się w pulsujące plamy.
Maga jest smutna. To jeden z tych dni,
w których wszystkie zegarki przestają działać.

biorę głęboki haust.
Spokój ma zapach zadrukowanych stron,
Maga jest znów daleko.

Kruczoczarne niebo głaszcze mnie po głowie.

 

Miejsce styku

czy naprawdę poczęło nas światło?
Kobiety, czekające przy dworcu w blasku latarni,
gasną jedna po drugiej.

jak moja miłość z bilbordu. jest coraz bledsza.
gdy wczoraj wracałem do domu uśmiechnęła się do mnie
trochę mgliście. oboje nie lubimy słońca.
młode dziewczyny patrzą i naśladują, sprawdzają
przed lustrami w toaletach - czy uśmiech jeszcze się nie odkleił.
flesze telefonów rozbłyskują jak gwiazdy.
nie wiem po której stronie świata jestem.

pokazujesz mi, gdzie dotknąć, żeby popłynął prąd.
i tak zawsze robię to w ciemno.

 

Pod kopułą

Wiem, że nigdzie nie odlecimy, choć ziemia jest ostra,
a noc niska. Trzymają nas tysiące rąk, pod głową
sypią się cegły. Nieustanne budowanie to tylko chęć
zasłonięcia nieudanych pomników przodków.

Spójrz jak solidnie przymurowuję się do przyszłości.
Mówisz, że to nasze idealnie proste życie, wchodzenie
po nieskończonych schodach do pustych pokojów.

Mówisz jak i gdzie mam trafić, chociaż wiesz,
że twoje słowa to tylko korytarze bez wyjścia.
Powielane stają się coraz dłuższe.

Za idealnie czystymi oknami wzbijają się klucze ptaków.
Patrzymy.

 

180

rano dozorcy zamiatają życie z chodnika,
starannie wydłubując noc spomiędzy płyt.
spieramy się kto wczoraj więcej wypił.
w naszym szepcie zmieściłyby się wszystkie ponure ulice.

iskry, wypadające spod hamujących tramwajów,
powkładam pod twoje paznokcie.
obudź się, Harey, zapomnij o nieznanym. nosisz w sobie
kruchość i kilka słów, których jeszcze nie poznałaś.

nigdy nie umieliśmy odkleić stóp od asfaltu.
nasze usta spuchły od rozgryzania obietnic.
nie zadzieraj kolan. spójrz, znowu zniszczyłaś sukienkę.
kiedyś miałaś w niej długie nogi, pamiętasz?

rano życie zamiata dozorców z chodnika.
sąsiedzi mówią, że za dużo piłem.
wyglądasz świetnie, możesz nie otwierać oczu

 

Bajka bez początku i końca

Po dachach spływa niepokój. Noc jest tak gęsta,
że można się z niej nie wygrzebać.
Asfalt topi się, trudno oderwać kolana i zapomnieć o bogu.
Migające światła to deszcz spadających gwiazd.
Sylwia zbiera je ziemi i chowa skrzętnie do torebki.

Spójrz na głowy wystające z okien,
połykają światło jak karpie, licząc,
że przed śmiercią zobaczą kawałek prawdziwego życia.

Kobiety wierzą w magię.
Nakładają nadzieję na pędzelki
i dociskają mocno, by zabolało.
Potem doczepiają bajkowe kolory do paznokci,
drapiąc, aż opadnie czerwona wstęga i wzbiją się gołębie.
To co słyszysz to krzyk ubrany w jeansy z second handu.

Na suficie popękana mapa.
Kiedy łóżko jest zbyt blisko, Sylwia topi duszę w obcych morzach.

Wystarczy zamknąć oczy i przeczekać

 

Trotuar

pokrójmy nasz chleb powszedni.

kiedy nie ma czym zapić trzeba położyć się
na podłodze i szczelnie owinąć przeszłością.
‘kiedyś było lepiej.’ głosy
zamurowane w ścianach
łapią za łydki gdy chce się odlecieć.

niektórzy tak kochają grawitację,
że poświęcają dla niej życie.
inni robią to samo z nienawiści.

codziennie widzę pikujące marzenia.

jutro pójdę do szewca, człowiek to tylko skóra.
parę klamerek i te niedokończone historie,
które uciskają tak jak za ciasne buty.

 

Krańcówka

mój głos wlecze za sobą wszystkie przystanki,
gdy przeklinam w myślach. Miasta
mają to do siebie, że nigdy nie mijają.
niezależnie jak długo jedziesz.

w innych rodzi się to samo.

naprzeciwko siedzi zużyta handlarka.
w jej szarych oczach pulsuje
nieustannie kup-pan. i mimo że
celuje we mnie swoim kup-panem,
to czuję jak bardzo jest zamknięta.

autobus hamuje. próbuję zasłonić myśli
za szkłami ray–banów.
na plastiku widać odciśnięte ślady
małych, chińskich rączek.

cały świat mieści się w oprawkach

Tramwaj sunie po szynach. Szumie po synach.
Jest tak jak wtedy gdy mieszkałem 
przy dworcu Radogoszcz Zachód.
Codziennie wychodziłem z domu w klekot.

Jakby fala wrzeszczących ptaków odrywała się
od nieba i ładowała we wszystkie szczeliny.
Byłem pełen szczelin, chociaż ciągle coś w nie upychałem:
przyciszone filmy, nieśmiałe cześć do
sąsiadki, która zawsze mi się podobała,
dwudaniowy obiad babci.

Wszystko i tak wyłaziło przodem albo bokiem.
Jak dziecko, którego nie poznałem.

Później ktoś mi wmówił, że nie jestem drzewem,
na którym można usiąść i po chwili odlecieć.
Blondynka z pierwszego wagonu myśli chyba co innego.
Chciałaby sobie posiedzieć i powstawać. Powstawać.

Jak długo trzeba jechać, żeby wrócić tam gdzie mnie nie było?

 

Supeł

Gdy podnosisz głowę ziemia otwiera się
jak twoje usta. mówią, że pomiatasz Bogiem.
krzyżyk ślizga się po szyi.

jak to możliwe, że brzydzą cię robaki?
Przysysasz się do szkła jak ślimak, okna chłoną
wilgoć i szarzeją w papier.

pamiętasz zapisane zeszyty, szkolne wyliczanki?
krztusisz się Jackiem,
a Barbara spokojnie patrzy.

nigdy nie wyhodujesz w sobie prawdziwego dziecka.
kiedyś wyjąłem dla ciebie żebro. a ty nadal chcesz,
żebym bezowocnie się starał.

 

Dom

dziewczyna o czarnych włosach każe mi czesać je coraz szerzej.
nawet nie wiem kiedy stała się pokojem,
a włosy wrosły w ściany.
staram się nie wierzyć kobietom, które mówią,
że zawsze mogę wrócić w to samo miejsce.
gdy wychodzę, splatam korytarze w warkocz i zostawiam
niedomknięte drzwi.

to samo miejsce codziennie jest inne.

 

Aktualny numer - Strona główna

Powrót do poprzedniej strony


© 2010-2017 Stowarzyszenie Salon Literacki.
Kopiowanie treści zawartych w serwisie wyłącznie za zgodą Redakcji i podaniem źródła pod cytowanym fragmentem, w przypadku portali internetowych - linkiem do serwisu salonliteracki.pl.