W najnowszym numerze...

Używając maksymalnego skrótu myślowego można ogłosić, że spektakularną (pierwszą?) ofiarą „dobrej zmiany” jest Olga Tokarczuk – pisarka. Autorka głośnej (wśród ułamka obcujących ze słowem pisanym narodu) Ksiąg Jakubowych. Nie Księgi jednak sprowadziły na dubeltową laureatkę Nike jednobarwne „ideowo” groźby (w większości zwyczajnie karalne). W tym kontekście Tokarczuk jest w o wiele mniej komfortowej sytuacji… artystycznej, niż choćby Salman Rushdie ze swoimi Szatańskimi wersetami. Rushdie popadł w niełaskę (sic!) „treściwie” – bo całe „zło” wyszło ze świata przedstawionego. Tokarczuk „skazano” poza literaturą – za jej „niepoprawne politycznie wypowiedzi”. Sądzę, że to dopiero pierwszy klaps (w obu tego słowa znaczeniach). Za chwilę, KTOŚ (niepokorny) odkryje to „antynarodowe” pytanie z Ksiąg: Czy ktoś tu mówi po polsku, zadane przez jednego z bohaterów w topograficznie rdzennych (tradycyjnie?) „polskich okolicznościach”. Inny KTOŚ (frondalny) skojarzy niejakiego Jakuba Lejbowicza Franka z „chrztem” (przechrzczeniem?) Barbary Majewskiej (bo „sakrament” odbył się w maju?) – późniejszej matki Adama Mickiewicza. W prostej (prostackiej) konkluzji wychodzi, że wieszcz był zwyczajnie Żydem, a nawet więcej, bo zwyczajowo (patrz: matriarchat judaistyczny). Sam ów „40 i 4” powiadał o sobie Wskrzesiciel narodu. Z matki obcej; a całe to „poplątanie” przez tego oszusta Jakuba! – jakbym cytował z nasłuchu z dna Internetu. No i na końcu – to całe „multikulti” wylewające się z opasłego tomiska całymi cebrzykami.

Ale to wszystko jeszcze przed Olgą Tokarczuk: tłumaczenie się przed „Prawdziwą Polską” z tego, czego w Księgach nie ma. Oby (rykoszetem) nie dostało się naprawdę wybitnym Księgom, tak jak Pokłosiu – filmowi, o zgrozo, naprawdę „multikulti”, bo wyprodukowanym w super egzotycznej koprodukcji polsko-holendersko-rosyjsko-słowackiej. 

Chociaż Pasikowski (w odróżnieniu od Tokarczuk) ma na swoje „ocalenie” „Psy” – w których „obszczekał” ubeków, tylko odrobinkę pokazując „ludzką potwarz komuny”.

Jeśli, z całym szacunkiem, Pani Olga jest „dumną ofiarą” hipotetycznej ksenofobii i tym podobnych cnót Pepe (to mój skrót od: Prawdziwy Polak), to jest równocześnie prawdziwą ofiarą szlachetnej naiwności. Miałem okazję, po szczerym i rozdygotanym oczekiwaniem apetycie wziąć udział w lipcowym (2015) spotkaniu z pisarką w Nowej Rudzie. Oldze Tokarczuk sekundowali Joanna Bator i Janusz Rudnicki. Całość moderował redaktor Nogaś z Radia. Wprawdzie gość od kultury, ale jednak redaktor, a i okres był „przedświąteczny” (przynajmniej w rozmarzonych głowach Pepe) to i spotkanie mniej było literackie, niż można było się spodziewać po domniemywanej błyskotliwości autorów. Spotkanie przypominało raczej, dość wprawdzie „wypasiony”, ale jednak wiecyk jakby przedwyborczy zgoła. Pisarze – zgoda – mają prawo, a nawet obowiązek „wypowiadać się”… obywatelsko, ale są wśród nas, tacy, jak i ja, którzy wyhodowali w sobie taką fobię estetyczną zamykającą się w nowofalowym zawołaniu, iż to język jest najczulszym sejsmografem rzeczywistości, stąd moje rozczarowanie publicystycznością tego spotkania. Sądziłem, że mądrzy ludzie, wszak występujący przed owym skarlałym procentem czytających, będą operować językiem wysublimowanej argumentacji, który w efekcie może stanowić jakiś oręż intelektualny w konfrontacji z napierającą… większością „ludzi przekonanych”, „mówiących” tak samo, to znaczy medialnie zweryfikowanym… językiem. A w kosmicznym skrócie, na noworudzkim spotkaniu „zapadła” ogólna zgoda (intelektualna, socjologiczna, polityczna i wszelko-owaka), że konieczne są zmiany, że społeczeństwo dorosło i zasłużyło sobie na zmiany. Poza, oczywiście, błyskotliwymi „dygresjami”… okołoliterackimi wszystkich trojga pisarzy.

I poszło! Mamy zmiany. A ironią sytuacyjną jest oto fakt, że lincz na Oldze Tokarczuk szykował mieszkaniec bliskiej pisarce Nowej Rudy, niejaki Mariusz M.; mam nadzieję, graniczącą ze spełnieniem, że nie uczestniczył w owym spotkaniu w bibliotece i nie czytał ani jednej z książek nie tylko Olgi Tokarczuk, ale pozostałej dwójki również. A szkoda, bo dowiedziałby się, że np. Janusz Rudnicki nie znosi zapachu azjatyckiej kuchni, ale nie nosi z tego powodu bejsbola w torbie. Że mieszkając w Berlinie, zmuszony do mówienia po niemiecku, nigdy nie mylił spolegliwości z potulnością. Że w języku swoich bohaterów Joanna Bator starała się ukryć prawdę, że nie ma dwóch takich samych ludzi, choćby mieli tak samo okrągłą, dokładnie wygoloną głowę, i że żaden zachód słońca, nigdzie na świecie nie jest tak samo… amarantowy, a biel może mieć kilkanaście odcieni.

Tak: społeczeństwo (na razie: powiedzmy… tak zwane) miało prawo oczekiwać zmian; nawet sobie na takie zmiany zasłużyło. Bez znaczenia są np. moje wątpliwości, że niby czym sobie zasłużyło? Płaceniem podatków? Czy wstrętem do… choćby czytelnictwa? Albo reakcją na kategorię solidarności z kimś, komu grozi zwyczajna śmierć? Może lękami przed wszystkim, co inne, albo tylko obce? Być może jednak sprawdza się na naszych oczach to, że owe „zamknięcie” wynika z braku wiedzy (po prostu). Nie trafia mi do przekonania paradygmat większości. Bliższe kulturowo są mi określenia Polska zdziecinniała (Brzozowski?), czy Polska Matysiaków (Kornhauser/Zagajewski), albo Ciemny lud (Kurski… Jacek – rzecz jasna). Skłonny byłbym zaufać parciu na zmiany, gdyby to parcie potwierdziły owe statystycznie skarlałe procenty „oczytanych”. Ale z takimi ułomnościami… demokracji nie poradziłby sobie żaden Platon albo inny Bauman. Irytujące są również przebieżki medialne (choćby blogerskie) niektórych krytyków, kojarzonych raczej z parodiowaniem demokracji (za ich najowocniejszej aktywności zwanej ludową), w obronie tejże dzisiaj. Tacy „inscy” po chrześcijańsku przyznają się krotochwilnie do „błędów”, takoż z już poprawnie obranej pozycji „tu i teraz” grzmią na podobnych sobie „Piotrowiczów”, i o zgrozo, moralizują z taką samą zażywnością, jak ongiś oprócz pisania osadzonych w wysokiej kulturze tekstów, już nieoficjalnie popełniali mniej artystowskie „utwory” oznaczane stosowną sygnaturą tzw. służb. A jakoś w tym rozhuśtaniu wartości, proszę państwa, absmak obowiązuje po obu stronach. Bo oto mogę, a nawet muszę powiedzieć, że poziom aktualnie zaangażowanej twórczości np. J. M. Rymkiewicza bardzo mnie rozczarowuje (i z góry przepraszam za eufemizmy), ale nie jestem w stanie zapomnieć jego pytań sprzed lat (np. tego najsłynniejszego Czym jest klasycyzm). To Rymkiewiczowi zawdzięczam nawrócenie do czytania Naborowskiego, Baki, Morsztynów, Sępa-Szarzyńskiego na Potockim kończąc. Nigdy nie ośmieliłbym się „wybuczeć” wystąpienia JMR na jakimkolwiek spotkaniu, nawet tym na Krakowskim Przedmieściu. A może, niestety, będę musiał? To znaczy zostanę zmuszony. Chociaż musiałbym się zmusić do wygolenia razem z owłosieniem na głowie kilku centymetrów mózgu. Ale przed moralizowaniem wszelkim chroń mnie Panie Boże – kimkolwiek jesteś, bądź nie jesteś.

Jednak w tym całym zgiełku i hałaśliwości jest coś, co dla literatury może okazać się zgoła zbawienne. Albo choćby ożywcze. To może być (na razie tylko demonizowana) przeczuwalna opresja, która (marzy mi się) wywoła jakąś wewnętrzną „dyktaturę” elit (owych niewielu procent „oczytanych”). Oczywiście taka „dyktatura” nie będzie miała wpływu na gospodarkę i tzw. zarządzanie. I nie musi to być od razu opór. Niech to będzie tylko... zwyczajny bunt twórczy. Jest nadzieja, że uaktualni się hasło S. Barańczaka Wierzę w kontestację/ Która jest jedyną możliwą/ Poezją. Że nagle użyteczne staną się tezy z Knebla i słowa o „doraźnych” powinnościach literatury. Bo gdyby tak naprawdę odrzeć mickiewiczowskie Dziady z towiańszczyzny, mieliśmy gotowy „algorytm” artystyczny na „repasację” tzw. demokracji. Już raz się udało (via Dziady) w 68. roku. I wreszcie może na coś przydałby się ten cały Romantyzm – do niedawna zupełnie bezużyteczny, a nawet szkodliwy (w kontekście rojeń o wszechświatowej Polsce). Oczywiście, jeżeli nie będzie nam przeszkadzało, że Mickiewicz był... Żydem. I z tych banalnych powodów „dobra zmiana” może się okazać (nawet bez pięciuset złotych honorarium za prokreację) naprawdę dobrą.

Niestety, bez odpowiedzi zostanie super uniwersalne pytanie: co bardziej zamyka/otwiera –  awangarda czy konserwa?

Czesław Markiewicz

 

Aktualny numer - Strona główna

Powrót do poprzedniej strony


© 2010-2019 Stowarzyszenie Salon Literacki.
Kopiowanie treści zawartych w serwisie wyłącznie za zgodą Redakcji i podaniem źródła pod cytowanym fragmentem, w przypadku portali internetowych - linkiem do serwisu salonliteracki.pl.