W najnowszym numerze...

Kategoryczne zdefiniowanie pojęcia „sukces literacki” wydaje się niemożliwe (stąd ten cudzysłów obok). Nie ma sensu odpowiadać na pytania czy to będzie „uznanie krytyki”, „wysoka sprzedaż”, „uznanie środowiskowe”, „wejście na listę lektur szkolnych”, czy wreszcie komplet nagród literackich od Wrocławia po Warszawę zbaczając trochę na północ do Gdańska. A dlaczego nie Paryże, Londyny i Nowe Jorki? Wszak Nike, Angelus i tym podobne, to trofea, jakby nie obracać… prowincjonalne.

Póki co, jak mawiają Rosjanie, miarą sukcesu literackiego nad Wisełką jest ilość teorii spiskowych, czarnych anegdot obyczajowo-politycznych albo sieciowych hejtów (co gorsze bezinteresownych) dotyczących już nie tylko indywidualnie autorów, ale też (albo przede wszystkim) tzw. instytucji literackich. Oto pod obstrzałem, bardziej frustratów, niż piszących/pismaków znalazły się (co nie dziwi) akurat trzy wiodące „korporacje wydawnicze”: W.A.B., Biuro Literackie i Czarne. Głównie chodzi o to, że prestiżowe laury literackie przyznawane są niejako wsobnie (taki jakby rodzaj masturbacji, czyli „kochania się z samym sobą”) właśnie autorom spod w/w znaków. Jeśli nawet – to proponuję propagatorom takiego spisku wskazać choćby jedną pozycję (na liście obdarowanych/obarczonych jakąś z niewymienionych wyżej statuetką), która nie spełnia klinicznych kryteriów tzw. dzieła literackiego. Od Tokarczuk po Myśliwskiego. Właśnie, bo statystyka pokazuje inną półprawdę, że wśród choćby zdobywców Nike „zaplątali się” autorzy wydający gdzie indziej niż w W.A.B., Biurze Literackim i Czarnym. Obawiam się więc, że tę subtelną zawiść prowokuje dość nieprawdopodobne przekonanie, że wydanie „czegokolwiek” w w/w „korporacjach” gwarantuje „sukces literacki” (jakkolwiek kto chce go rozumieć). Być może marka pomaga, ale chyba jednak nie tworzy dzieła, jako takiego. Owszem lepiej wydać w W.A.B., niż (uwaga!) w Lampie i Iskrze Bożej. I tu teoria spiskowa zostaje, jeśli nie zarżnięta, to na pewno draśnięta dotkliwie w czułe miejsce. O tym za chwilę.

Można pytać, dlaczego sukces akurat tych trzech oficyn tak drażni tych wszystkich, którym raczej na pewno nie udało się „załapać” na ich miejscówki wydawnicze?  Pewnie dlatego, że sukces jako taki (ale innych) drażni nas z natury (bo to cecha nacji i należy ją wręcz kultywować).  Mam jednak przeczucie, że te trzy „korporacje” jakoś i czymś sobie zasłużyły na markę/wypracowały markę. W.A.B. – to pewnie dobrze funkcjonujące przedsiębiorstwo. Na przedsiębiorczości się nie znam, więc przemilczę. Ale dzięki W.A.B. mogłem na bieżąco czytać Kereta, Pielewina i Topola; poznać „pióro” Kuczoka, Odiji i Dehnela, wreszcie porównać „Wojnę” Le Clezio z jego „Rewolucjami” – chociaż jak się wydaje interesu na sprzedaży produktów akurat tego noblisty przedsiębiorstwo nie zrobiło. W.A.B. najprawdopodobniej w odpowiedniej chwili trafiło w ów tytułowy punkt, który daje satysfakcję obu stronom – w tym przypadku czytelnikowi i wydawcy. Jeśli pojawi się informacja o plajcie W.A.B. – porzucę wiarę w „magię wolnego rynku”.

Biuro Literackie to Artur Burszta. Ktoś, kto przeprowadził coś zza opłotków na metropolitarny rynek. I tyle. Człowiek, który ma taki talent, bo nie tylko chodzi o „mojżeszowe” przeprowadzenie „Portu” do wrocławskiego raju/obiecanego. Oto około 2006 roku (albo nawet dokładnie w tamtym roku) Artur Burszta jurorował w tak sobie gratyfikowanym konkursie literackim, w takim sobie ośrodku… literackim. Mowa o Bursztynowym Piórze organizowanym przez i w MOK-u w Kołobrzegu.  Dogadał się z miejscowymi i już w następnym „sezonie” na mapie literackiej pojawiła się nowa kategoria: Bursztynowe Pióro/ Połów (z dodawanym stosownie rokiem); by po kilku latach uszanowania pierwotnej zaściankowości zrezygnować z Bursztynu w nazwie i zostać przy Połowie – już rozpoznawanym powszechnie, jako bodaj najbardziej prestiżowe „miejsce” debiutu poetyckiego (książkowego). Kołobrzeg pożytek z tego ma taki, że Połów kojarzy się (też) z Kołobrzegiem. A Midas-Burszta, dotknął – i z bursztynu zrobiło się, co należy. Poza tym warto zostać autorem w Biurze Literackim, bo BL dba o swoich autorów (jakkolwiek tajemniczo to brzmi). Ale to kolejny przykład trafienia w odpowiedni punkt.

Jeszcze banalniej sukces tłumaczy się w przypadku Czarnego. To po prostu Andrzej Stasiuk. Jego charyzma. Oczywiście literacka (chociaż pierwsze opowiadania Stasiuka wróżyły bardziej palimpsest po Hłasce, niż „ponadkarpackie wizjonerstwo”), ale też inna „charyzma”, polegająca na jeszcze do tak niedawna na tym, że za hejt na Czarne można było dostać w ryj od samego protagonisty. Trafieniem Czarnego jest niewątpliwie sfokusowanie oficyny na europejskie peryferia (żeby nie powiedzieć „zadupia” – w jak najatrakcyjniejszym tego słowa znaczeniu). Ale Czarne (kolor!) to trochę ortodoksyjne… zamierzenie – jednak; wróży, że wszystko może się zdarzyć. Ale wydać w Czarnym?! Daj Boże.

Bardziej jednak interesująca i łatwiejsza jest obserwacja indywidualnych „trafień” w literacki punkt G. Najbardziej spektakularne są sukcesy pary Masłowska-Dehnel, aczkolwiek para to niesłychana, bo łączy ich tylko bardzo wczesny Parnas i potwierdzony talent. Ale jeśli komuś się wydaje, że Masłowska od razu była Masłowską, a Dehnel od razu Dehnelem – to niech się nie załamuje. Oboje przeszli jeśli nie taką samą, to podobną drogę, jak setki innych piszących i marzących. Być może mieli więcej szczęścia, być może talentu – ale z całą pewnością oboje znaleźli się w odpowiednim czasie w odpowiednim miejscu.

Siedemnastoletnia Masłowska – debiutująca w  „Twoim Stylu” zwycięskim tekstem konkursowym („Dzienniki Polek”) – nie zapowiadała się na bezkompromisową demaskatorkę czegokolwiek. A i pismo jakby „postmieszczańskie”, z literaturą związane o tyle, że współzałożycielką była żona Eustachego Rylskiego. W dwa lata później, w 2002 roku,  maturzystka Masłowska wygrywa Złote Pióro Sopotu; o ile prawidłowo zapamiętałem nagrodzono… czułe liryki; jeden szerokosfrazowany o babci – sprawdzający się z całą pewnością w wielu konkursach, w wielu gminach i powiatach. W tym samym roku, w kolejnym („obesłanym”) konkursie Masłowska nie odnosi sukcesu. Jury Konkursu Literackiego Uniwersytetu Gdańskiego „Proza życia” ledwie „dostrzegło zestaw”. Chichot historii polega na tym, że szło o… „powieść Doroty Masłowskiej z Wejherowa – godło Andżelika Kosz – pt. „Wojna polsko-ruska pod flagą biało-czerwoną”. Co zabawne jurorowali wówczas wytrawni prozaicy: Daniel Odija i Aleksander Jurewicz. Mogli mieć udział w „odkryciu” Masłowskiej! Dzieła dokonał w tym samym roku Dunin-Wąsowicz z Lampy i Iskry Bożej – aczkolwiek wydawał Vargę i Świetlickiego, prędzej spodziewać było się można jakiegoś… nieskoordynowanego literacko zina, niż „jednej z najbardziej demaskatorskich powieści dekady”. Wydawnictwo cokolwiek niszowe, raczej bez handicapu, ale zwolennicy teorii spiskowej tworzą taki oto łańcuszek: kumpel Wąsowicza, czyli „wpływowy” Świetlicki dał cynk Pilchowi, ten podał dalej Jastrunowi (Tomaszowi) i… poszły konie po betonie. Po artykułach w „Wyborczej” rozćwierkała się cała Polska krytyczna (ale i ta „zdziecinniała” – po Brzozowskim, i ta „Matysiaków” – po Kornhauserze). Szybkie: nominacja Nike, Paszport Polityki. Ale: co najważniejsze – bardzo wysoka sprzedaż. Czyli namacalne (brzęcząco-szeleszczące) oszacowanie tzw. rynku (czytelniczego?) Najczulsze jest to, że już osadzona chyba na stałe w literaturze polskiej Masłowska pozostaje wierna Lampie i Iskrze Bożej. Ergo: wystarczyło kawałek Pilcha, szczypta Świetlickiego i Masłowska gotowa. Trzeba po prostu trafić na swojego odkrywcę – jak nie przymierzając Dostojewski na Niekrasowa. I drobiazg: trzeba przedtem napisać „Biednych ludzi”; albo chociaż „Pawia królowej”.

A może wystarczy wysłać kilka wierszy do noblisty jakiegoś? Bodaj w 2001 roku zrobił to bodaj 21. letni Jacek Dehnel. Równolegle objeżdżał, jak większość piśmiennych dwudziestokilkulatków, ogólnopolskie konkursy literackie, te od Stryjewskiego w Lęborku i te od Poświatowskiej w Częstochowie. Wygrywał sporo, mniej przegrywał. Ale „brał nagminnie udział” – co wielu uznaje za coś nieobyczajnego nawet! Z zastrzeżeniem, że do pewnego wieku i z odpowiednim „niedorobkiem”. Dehnel wysłał więc wiersze także do Miłosza. Mistrz odpowiedział. Stosownie pochwalił, co się stosownie rozeszło po Polsce. Teoria spiskowa jest taka: „klepnięcie” Miłosza wystraszyło na tyle tych od Kościelskich, że dali nagrodę; Kościelscy pomogli w wydaniu „Lali” właśnie w W.A.B. – chociaż życzliwi informują, że „Lalę” odrzuciło co najmniej 10 wydawnictw. Życzliwość życzliwych weryfikuje tzw. życie, bo Dehnel kolejne (wszystkie?) powieści wydaje już wyłącznie w W.A.B. A skoro W.A.B., to po kolei: 4 różne nominacje Nike, dwie Angelusa, a po Kościelskich (po drodze) Paszport Polityki. Ale na początku był Czesław Miłosz. Zapamiętajcie! To był ten właściwy punkt. Nieomal – w tym przypadku – archimedesowy. Chociaż to nie zawsze tak działa; znam przynajmniej 3 osoby (piśmienne!), które wysłały teksty do Miłosza. Do dzisiaj czekają na odpowiedź, choć niech byłby to najkrótszy na świecie SMS.

Przy okazji: trochę minęło, od kiedy Dorota Masłowska i Jacek Dehnel przerżnęli kilka konkursów – dziś, to para, która obok Olgi Tokarczuk, ma ustaloną i ustabilizowaną pozycję w literaturze polskiej; wyrokuję osobiste marzenie, że któreś z tych trojga dostanie Nobla za jakieś… 40, 50 lat. Bo trafili szczęśliwie w swój czas i swoje miejsce na ziemi. 

Ale bywają „trafienia” bolesne, wynikające po trosze być może z wyrachowania, być może liczenia na coś (lub czegoś) więcej niż może wynikać z literatury, być może to cena owej przedsiębiorczości. Myślę o „Wolnej Trybunie” Christiana Skrzyposzka. Książka życia. Rzecz, którą pisał latami, dzięki której żył, popełniając samobójstwo na raty. Po prostu: książka była już w 1985 roku gotowa i tłumaczona na niemiecki i holenderski. Tam mogli i zdążyli. Wprawdzie wcześniej (w 1983) ukazała się po polsku, ale w śmiesznym nakładzie emigracyjnym. W maju 1999 Skrzyposzek popełnia już właściwe i realne samobójstwo. I dopiero wtedy, w tym samym roku, właśnie w W.A.B. ukazuje się opasła „Trybuna”. Taki uwierający zbieg okoliczności. Sukces polegał na samym wydaniu książki! Martwy Skrzyposzek miał  swoje pięć minut: tu i ówdzie można było  przeczytać, że jego powieść to jedna z najbardziej demaskatorskich (idzie o PRL i komunizm) książek w literaturze polskiej obok „Dziennika 1954” Tyrmanda i „Mojego wieku” Wata. Czytał ją w radiu (jak Herberta) Zapasiewicz. Ale już po roku – jakby cisza. Cisza jakże obliczalna. Albo dobrze obliczona. Bo można też i tak trafiać w odpowiedni czas. Śmierć też bywa handicapem. Śmierć bywa dobra dla piśmiennych. I cenna. Na tyle, żeby obeszła pozostałych przy życiu. I tyle.

Czesław Markiewicz

 

Aktualny numer - Strona główna

Powrót do poprzedniej strony


© 2010-2019 Stowarzyszenie Salon Literacki.
Kopiowanie treści zawartych w serwisie wyłącznie za zgodą Redakcji i podaniem źródła pod cytowanym fragmentem, w przypadku portali internetowych - linkiem do serwisu salonliteracki.pl.