W najnowszym numerze...

Będąc nawet krótkowidzem, nie sposób nie zauważyć, iż prześmiewcze „diagnozy” nieco spatyniałego z pozoru Mrożka stają się z dnia na dzień coraz bardziej... zbliżone do realiów anno 2016.

Oto jedno zdanie, wyjęte z pierwszego z brzegu opracowania „Tanga”, zdanie „przedstawiające”, „hieratyczne”, nie pozostawiające skrawka wątpliwości, z czym mamy w istocie do czynienia: „Świat pozbawiony logiki, zdrowego rozsądku, porządku, racjonalności – tak właśnie wygląda mieszkanie Stomila i jego rodziny. Całkowite pomieszanie pojęć i zjawisk jest w utworze wszechobecne. Nic nie jest w „Tangu” takie, jakie być powinno” [E. Wiegandt]. I w zasadzie ta „lekturowa” formułka mogłaby obowiązywać w opisie całej twórczości Mrożka. Dodajmy do powyższego: „związki groteskowej aury” dzieł autora „Emigrantów” z Gombrowiczem, Witkacym, Wyspiańskim a nawet z romantykami – i skompletujemy kwantum wiedzy zupełnej o Mrożku, aczkolwiek nie obciążającej nadto odporności intelektualnej średnio zdolnego licealisty.

Ale kiedy bez „edukacyjno-interpretacyjnych” uprzedzeń, zapominając przy okazji o roku wydania „Tanga” [1964], zredukujemy opinię o „absurdzie” w twórczości Mrożka do naiwnej definicji… wolności, obowiązującej choćby w hasłach beatników, hipstersów i hipisów z końca lat sześćdziesiątych; jeśli przytoczoną tutaj na początku formułkę skonfrontujemy z degrengoladą środkowoeuropejskiej rzeczywistości końca lat dziewięćdziesiątych (w obu przypadkach oczywiście chodzi o zeszły wiek) – to nie będzie już tak śmiesznie i „formułkowo”. Zrazu tytułowy „Edek” jawił się będzie najpierw jako dość zabawny, lekko „upalony” rewolucjonista z trzema „M” na ustach, z drugiej strony czasu i przestrzeni „Edek” okaże się ośmielonym stoczniowcem, przejmującym po trosze, choć powoli, faktyczne preferencje „rewolucjonisty”. A najśmieszniejsze w tej tu sylogistycznej paraboli jest to, że to przecież nie „Edek”, a Artur miał doprowadzić do „przewrotu” w rodzinie Stomilów.

Ale w „utartej” praktyce krytycznej funkcjonują stałe ogólniki, jakoby: „Komizm i absurd uzyskany dzięki zastosowaniu licznych karykatur musi budzić uśmiech na twarzy odbiorcy utworu” [E. Wiegandt]. Chodzi ciągle o wzorcowe „Tango”. Jeśli jednak idei „absurdu” Sławomira Mrożka miałyby towarzyszyć, jako spiritus movens „uśmiechu”, tylko „karykatury” – bliżej byłoby Mrożkowi do kabaretu, do Cocteau, niż do form sarkastycznego „grymasu”, jak choćby u Becketta.

Bowiem „Edek” – jeśli już pogodzimy się z jego uniwersalną obecnością – to nie tylko dość paskudnie groźna i tragicznie śmieszna postać z… pogłębionej intelektualnie farsy, ale już figura dramatycznie zdeformowanego „porządku” społecznego; to powszechnie nieuświadomiony „nie chłop ani proletariusz, lecz jakiś twór socjologicznie nieokreślony, w trakcie krystalizacji, człowiek „z awansu”, ćwierćinteligent (…), to on jest w „Tangu” zwolennikiem idei postępu dla postępu i wymyśla jego kretyńską definicję” [E. Wiegandt]. I wydaje się, że im dalej od 1964 roku, tym bliżej „Edkowi” do strasznego bardziej, niż śmiesznego upowszechniania się jego ciągle, nawet, a może przede wszystkim, dziś „podle ponętnej… edkowatowości”.

Na pociesznie pozostaje… teoria. M. Sugiera w owej „deformacji” bohatera (na skróty możemy uznać za niego naszego „Edka”, z jego dzisiejszą traumą rzeczywistości) widzi źródło dystansu, koniecznego do zdemaskowania protagonistów rzeczywistej groteski: „Sztucznie (bo przez dramatopisarza) zdeformowana rzeczywistość i świadomie wyprodukowany bezsens, mamiący pozorami żelaznej logiki i mechanicznej konsekwencji rozwoju akcji, przedstawiają odbiorcy odsłaniający prawdę, obraz zdeformowanego i barbarzyńsko niedopuszczalnego świata. Ośmiesza to ludzkich sprawców rzeczywistej groteski, a śmiech wytwarza u odbiorców dystans konieczny do jej rozpoznania i zrozumienia”.

Czyżby więc nie egzystencja ludzka jest absurdalna – sama z siebie? Czy to nie człowiek jest sprawcą absurdu? A język służy do manipulacji ludźmi? Co znakomicie wykorzystuje przecież każdy pierwszy z brzegu napotkany „Edek”. Pompatycznie mówiąc: konwencjonalizacja jego („Edka”) języka jest oznaką kryzysu indywidualnej tożsamości. „Edek”, pod frazesem, kliszą językową ukrywa nieautentyczność lub bezsilność, racjonalizuje głupotę, usprawiedliwia kłamstwo. W takim kontekście wszyscy, jeśli nie jesteśmy, to przynajmniej bywamy „Edkami”.

W książce „Godot i jego cień” Antoni Libera umieszcza dwa zdjęcia Sławomira Mrożka z Beckettem – albo Becketta ze Sławomirem Mrożkiem; fotografia ze spotkania w Stuttgarcie w 1977 roku. W zasadzie jest to jedno zdjęcie… z dwoma pozami Mrożka. Beckett pozostaje… niewzruszony.

Jeśli skonfrontujemy relacje z tego spotkania (w istocie były dwa spotkania Mrożka z Beckettem), dotrze być może do nas prawda, jak uzasadniony jest grymas na twarzy Mrożka, który może okazać się metaforycznie… strasznym śmiechem autora, bodaj jednej z najtrafniejszych ale i najboleśniejszych diagnoz kondycji naszej „współczesności”.

Na czym więc ów „kontakt” polegał?  I ten… śmiech autora „Tanga”. Jednak wysłowiony, po czasie, we właściwej: literackiej formie. Antoni Libera „straszny śmiech Mrożka”, obszernie objaśniał bezpośrednio właśnie samemu Beckettowi; przysłuchajmy się temu fragmentowi rozmowy niemal w całości, bo w istocie jedno zdanie odpowiedzi autora „Końcówki” – to najprawdopodobniej esencja owego „kontaktu” albo zwerbalizowanie „straszności” mrożkowskiego śmiechu. „Mrożek jest pierwszym pisarzem w polskiej literaturze – mówił Libera – który otwarcie nawiązał do „En attendant Godot”, a ściślej, do rozgłosu, jaki ta sztuka u nas bardzo szybko zyskała. W groteskowej powieści „Ucieczka na południe”, pisanej bodaj w trzy lata po polskiej premierze sztuki, zrobił żart na ten temat: któregoś dnia w jakimś małym, prowincjonalnym miasteczku pojawia się obwieszczenie, że Godot wreszcie przybył i spotka się z mieszkańcami. Wywołuje to skutki jak w „Rewizorze” Gogola. Bo w tajemniczym imieniu wszyscy się dopatrują raczej zwiastuna nieszczęść niż jakichkolwiek dobrodziejstw. Była to zasadniczo satyra na komunizm, który nauczył ludzi czytać wszystko na odwrót i bać się wszelkich obietnic. Lecz i na samych Polaków, podkreślając ich skłonność do bujania w obłokach i wyjątkową naiwność. To było bardzo trafne. Zresztą niewykluczone, że sukces „Godota” w Polsce ma związek z tymi cechami, bo niezależnie od tego, jak rozumiano tę sztukę w wymiarze uniwersalnym, widziano w niej również opowieść na temat polskiego losu. Bo Polacy od wieków ciągle na coś czekają. Na niepodległość, na cud, który odmieni złą passę, słowem, na lepsze czasy. I czekają daremnie. – Tak, słyszałem coś o tym. Polacy kojarzą mi się z wizerunkiem pielgrzyma. Ciągle dokądś wędrują” – odpowiedział Beckett.

I dlatego śmiech, a nawet choćby uśmiech Mrożka jest… straszny; bo „platfus pielgrzymstwa” (jakkolwiek nie opatrznie by go interpretować) to stale obowiązująca nad Wisłą, dla jednych przypadłość, dla innych „dopust boży”.

„Nazywam się Sławomir Mrożek, ale na skutek okoliczności, które zaszły w moim życiu cztery lata temu, moje nowe nazwisko będzie znacznie krótsze: Baltazar” – pisał w 2006 roku Mrożek. Tak zresztą: tymi słowami, tym zdaniem rozpoczyna swoją „Autobiografię”. Chciałoby się powiedzieć „w swoim stylu”: tajemniczo i autoironicznie… jakoś; albo burleskowo, ze skrótem swojego, jakże rozpoznawalnego imienia i nazwiska. Jeśli jednak pojawia się tutaj śmiech/uśmiech, to zrazu będzie gorzki, ale – jak to u Mrożka – gdzieś w uniwersalnym finale, okaże się zgoła optymistyczny.

Zanim jednak dojdzie do objaśnienia owych „gorzkości”, „optymizmów”, a nade wszystko przybliżenia „skutków okoliczności” – ważki cytat ze wstępu Antoniego Libery do „Baltazara. Autobiografii” Sławomira Mrożka: „Baltazar vel Sławomir Mrożek dokonuje w tej książce bilansu swego życia („liczy”) i ocenia samego siebie („waży”). Ponieważ zaś nie posiada żadnego królestwa i nie ma czego dzielić, dzieli się tym, co ma, czyli swoją mądrością. A mądrość ta powiada: to, co nas scala, to pamięć i mowa. Oto jedyne królestwo człowieka”.

Tak więc, już Baltazar kontynuuje pierwszy akapit swojej biografii: „Dnia 15 maja 2002 roku przeżyłem udar mózgu, którego wynikiem była afazja. Afazja jest to częściowa lub całkowita utrata zdolności posługiwania się językiem, spowodowana uszkodzeniem niektórych struktur mózgowych”. Dalszy ciąg jest gorzki, zwieńczony uśmiechem „scalenia”. Bowiem pisanie „autobiografii” stało się dla Mrożka jedyną ważką terapią, co – o ironio – nie było niczym innym, jak logicznym ciągiem pisarskiej… powszedniości. Cynicznie można „wysarkać”, jak któryś z bohaterów samego Autora, że to dobra wymówka, ta afazja, na nie nazbyt leniwą konkluzję własnego życia, „za życia” – mówiąc nie najdelikatniej. Skoro o tym mowa, to Mrożek alias Baltazar, tak oto konstatuje tę wyżej pokrętną myśl, w rozdzialiku pod symptomatycznym tytułem „Starość”: „Kiedy człowiek jest młody, próbuje wyprzedzić świat. Potem zaledwie dotrzymuje mu kroku, aż wreszcie zaczyna być przez świat wyprzedzany”. I na co warto zwrócić szczególną uwagę, Antoni Libera powołując się na jedną z mądrości Sławomira Mrożka, mówi, że pamięć i mowa „scalają nas”. Zwróćmy uwagę: nie ma mowy o „ocalaniu”! A skoro nie ma mowy o „ocalaniu”, znaczy, że nie ma… zagrożenia. Jest tylko „coś”, co nas… dezintegruje. W efekcie pozostaje wszelaka nadzieja (ów gorzki śmiech), iż to w mowie (piśmie) scali nas pamięć. Trochę to nie w stylu Sławomira Mrożka, u którego pamięć to przecież nie „resentyment”; albo jeszcze gorzej „punkt odniesienia”, jako coś zgoła… metafizycznego. Tak, jak w jego samego (Mrożka) dowcipie rysunkowym, gdzie, jak zwykle jednooka postać dziecka rozpytuje: „Tato, co to jest teatr metafizyczny?”, na co ów, równie jednooki Tato odpowiada: „Taki co się składa z samych punktów ciężkości”. W „Autobiografii” znajdziemy, nie bez trudu, zdania o stanach własnej… duszy. „Jest cechą mojego charakteru – pisze tam Mrożek – że bardzo przejmuję się stanami mojej duszy, ale tylko na chwilę. Po prostu nie mam czasu na przeżywanie ich zbyt długo”.

Dlatego, interpretując śmiech Mrożka, albo śmiech u Mrożka – pewniej jest zaufać słowom jego bohaterów, niż samemu autorowi, który z twórczego „milczenia”, z zaludniania owych „miejsc niedookreślonych”, posługując się „poza znaczeniowymi funkcjami języka”, kpił sobie z całego świata, nie oszczędzając w tym… śmiechu nawet siebie. A skoro wszyscy „bywamy” „Edkami” – pewnie i zdarzało się to i samemu Autorowi.

I znowu na pocieszenie (a może pogrążając się do końca) pozostają bodaj „ostatnie” słowa zapamiętałego w „Tangu” Stomila: „Zdawało się, że to międzyludzkie rządzi nami i za to ludzkie mści się, zabijając nas. Ale widzę, że to tylko Edek”.

Czesław Markiewicz

 

Aktualny numer - Strona główna

Powrót do poprzedniej strony


© 2010-2019 Stowarzyszenie Salon Literacki.
Kopiowanie treści zawartych w serwisie wyłącznie za zgodą Redakcji i podaniem źródła pod cytowanym fragmentem, w przypadku portali internetowych - linkiem do serwisu salonliteracki.pl.