W najnowszym numerze...

Należę do ekskluzywnego grona, które żerując w świecie literatury nie ma imperatywu tzw. zawodowego/permanentnego/obligatoryjnego pisania o literaturze (w tym, tym bardziej, o poezji). Wiersze czytam na co dzień – dla funu, żeby mieć flow i w ogóle żeby było beauty. Jeśli chcę dowiedzieć się czegoś o człowieku/ludzkości – czytam tzw. klasyków (z wyłączeniem en bloc Romantyków). Jeśli chcę dowiedzieć się czegoś o sobie – czytam wiersze autorów, których mogę dotknąć, wziąć od nich papierosa, ewentualnie poczytać im coś „swojego”. Miewam, jak każda żywa istota, osobliwe periody... nieomal fizjologiczne – co znaczy, że w danych okresach „używam” wymiennie tekstów określonej/wyselekcjonowanej grupy poetów. W ostatniej trzylatce (lubię na trzy, za Heglem) ustaliłem taki oto, również triumwirat, moich poetyckich emocji/fascynacji: Gajda, Krause i Kawczyńska. Wybór nie jest przypadkowy: z każdym tym nazwiskiem, poza lekturą, związana jest jakaś osobista, interpersonalna chwila. 

„Demoludy” Piotra Gajdy zwodzą tytułem; sugerowana „doraźność” powinna spychać interpretację na manowce resentymentów. To pułapka! Wiersze te eksplorują częstokroć obszary dość minorowe w swej postaci, gdzie trudno znaleźć najlichsze nawet pocieszenie, ale dzięki asocjacyjnym ciągom, językowym skrętom i zwarciom, zawsze towarzyszy im, uzyskany w efekcie, realistyczny obrys – przeszywający aż do szpiku poetyckiego kośćca – precyzyjnie wypełnia niedookreślenia tych asocjacji Maciej Melecki. Zresztą asocjacjom Gajdy (zidentyfikowanym przez Meleckiego) zawdzięczam tytuł niniejszego tekstu.

Skoro jednak mowa o minorowych tonacjach, wyrugowaniu pocieszeń, to za punkt wyjścia biorę strofkę Gajdy z wiersza „Kosmos 1999”: Światy alternatywne nie istnieją. Jest tu i teraz,/ tutaj, tu. Liczy się ruch cząsteczek, wirowanie/ drobinek, migotanie roztoczy w słonecznych// latyfundiach. Dalej jest już tylko bardziej „przestrzennie” i głębiej w tzw. czasie. Skłonny byłbym jednak przywołać do życia tożsamą alternatywność nawet realnego świata. Oto w czasie i przestrzeni „demoludzkiej” już w 1967 roku słuchałem, niejako premierowo, singla Hendrixa „Purple Haze”; nieco później (1971?), pracując fizycznie całe wakacje, za zarobione pieniądze kupiłem od jakiegoś marynarza świeżutki czwarty album Led Zeppelin (ten ze „Schodami do nieba”); jeszcze później obnosiłem się po świecie z „zieloną biblią” pod pachą („Grą w klasy” Cortazara – książką... mojego pokolenia). Te trzy „epizody” demoludzkie (sic!) mają fundamentalne znaczenie tylko dlatego, że ja (rocznik 1954) „konsumowałem” je PIERWORODNIE. Gajda (rocznik 1966), oczywiście, i z całą pewnością, był również takim „konsumentem” – jednak te kilka lat mniej, nieco rozbraja „minorowość” demoludów i pozbawia doznania owej pierworodności. Uniwersalizując tę „asocjację” – zupełnie owa pierworodność nie dotyczy „młodzianków” urodzonych po 1989 roku, aczkolwiek słuchających Hendrixa, Zeppelinów i czytających Cortazara.

Spłaszczenie ruchu cząsteczek,  zanik migotania roztoczy i potwierdzenie istnienia świata alternatywnego nastąpiło grubo po milenium, w warszawskiej „Literatce”, nomen omen po nawałnicy (znaczy: gwałtownej, krótkotrwałej burzy). Siedzieliśmy z Gajdą przy obiedzie w towarzystwie m.in. Andrzeja Tchórzewskiego. Dowiedziałem się, że w czasie odbywania służby wojskowej Gajda czytał mój wiersz o symptomatycznym tytule „Z pokolenia na pokolenie”. Ale to była tylko anegdota. Istotą tego „obiadu” była próba identyfikacji stolików niegdysiejszej stołówki ZLP, przy których posilali się Tyrmand, Herbert i Porazińska – korzystaliśmy z PIERWORODNOŚCI doznań Tchórzewskiego. Przy deserze (w postaci piwa) Tchórzewski opowiedział o swoim wypadzie z Cortazarem na wesele góralskie do Zakopanego. W pewnej chwili „okazało się”, że Gajda i ja posilamy się w stołówce ZLP i jedziemy na wesele do Zakopanego. Pozbawieni jednak grzesznej nieśmiertelności  pierworodzenia. Zbierając teraz wszystko do kupy („Demoludy” i demoludy, Hendrixa, Cortazara, Tchórzewskiego itd., itp.) lektura (wybitnie poetyckiego!) tomiku Gajdy utwierdziła mnie w przeczuwanym przeświadczeniu, że czas jest naprawdę kategorią abstrakcyjną – a poezja (poetów „dotkniętych”) nie tylko dookreśla życie czytającego, ale czasem (sic) powoduje, że tu i teraz”, owa realność staje się tylko alternatywą świata uznawanego za przedstawiony. Takiego „odwrócenia” doznałem, czytając (pierworodnie!) najświeższego Gajdę

„PAMIĘTNIK Z POWSTANIA” Rafała Krause zmusił mnie do „nawrócenia”. Zdawało się, że wyleczyłem się już z nacierania tu i ówdzie na „paradygmat romantyczny”, który (przynajmniej mnie) odsuwał, ze szkodą, od ponowoczesnego postrzegania świata „ze stołem jako polem bitwy” w tle – i nagle: olśnienie! Oto Krause (rocznik 1986) – wprawdzie meandrycznie – ale ów paradygmat, jeśli nie miażdży, to przynajmniej weryfikuje. Czyli nie tylko „spiżowa” Maria Janion (wieszcząca dawno temu schyłek paradygmatu romantycznego) i ja, ale i „producent poezji, a zwłaszcza poe-konomii” – jak sam siebie identyfikuje Rafał Krause – mamy dość „sfruwania z Mont Blanc”.

W wierszu „POWSTANIE WARSZAWSKIE (PAMIĘTAM TAMTO LATO)” czytamy: Robiło się mgliście/ od huku wystrzelających/ korków Don Perignon/ kredensy stawały się sterylne.// Robiło się szybko/ w plastikowych kubkach/ i szło się na powstanie// naszego przedsiębiorstwa. To nie szyderstwo, ani „korporacyjna” ironia; może tylko... poetycki sarkazm. Dospawanie „uświęconego” języka do korporacyjnego „tu i teraz”, „zakończenie powstania” 3 października 2044 roku, kiedy „poezją” jest „spowalnianie PKB”, ale „przekuwane w sukces”, kiedy „wiersz zawiera lokowanie produktu’, a „Dziady i tak nigdy nie spłacą Kondrata” (sic) – wszystko to i jeszcze więcej, bo i nawet... bluźnierstwa podczas „kampanii wrześniowej” (wprawdzie 2010 – ale kampanii wrześniowej): Z chłopakami redukujemy księżyc,/ tafle, oleandry.// Stawiamy chuje,/ kurwy i inne piersi na jedną/ kartę.// Dopiero wtedy zadłużamy się/ w tobie. – to wszystko „odkleiło” w mojej „pamięci historycznej” dość przykro wtórną parabolę. Oto nasi katastrofiści: Baczyński, Gajcy, Trzebiński – ale i nawet Różewicz, z wyłączeniem Białoszewskiego – choć wszyscy rówieśnicy, z istotną odrębnością programową dwóch ostatnich „wyłączonych”: mają tę samą (mniej więcej) datę urodzenia co Jack Kerouac. I to samo przeżycie pokoleniowe: II Wojnę Światową. Kiedy Jack jechał szutrowo panamerykańską 66. do Meksyku żeby się porządnie dopalić marihuaną, jego słowiańscy rówieśnicy albo już bohatersko nie żyli, albo opisywali „ocaloną pustkę”. Pomijając szmirowaty amerykański patriotyzm, objawiający się wyretuszowanym „dystansem”, mamy takoż z Krausem chyba prawo weryfikować nasz.... po polsku struchlały, wszak też... patriotyzm.

Osobiście mogliśmy z poetą z Gdyni pomilczeć na ten temat dwa razy: raz w Gdańsku, raz w Łodzi, dzieląc się nawzajem obecnością na swoich „spotkaniach autorskich”. Pozostał więc obopólny szacunek, który „tu i teraz” bywa odbierany jako zwyczajny obciach. Mimo wszystko, albo mimo to, po spotkaniach z gdyńskim „producentem poezji” miewam coraz dotkliwsze poczucie, że urodziłem się trochę za wcześnie (?).

Z „Largo” Izabeli Kawczyńskiej zapamiętałem kawałek wiersza „Wiedzieli”: Najpierw przybiegły zwierzęta. Obdarte ze skóry,/ szukały w naszych ciałach schronienia. I byliśmy bardziej zwierzętami. Za nami szły nasze dzieci./ Trącały nam plecy, żebyśmy pamiętali. Potrafiliśmy/ zostawić wszystko, ale nie zawrócić. Przetrwanie/ było koniecznością. Miałem w uszach (nie w głowie jednak, ani tym bardziej w... sercu) ten fragment w chłodną, chociaż bodaj lipcową noc na Górze Świętej Anny w Nowej Rudzie. Stado poetów, zapach smażonego na grillu mięsiwa takiego i owakiego, opary utleniającego się w rozdygotanych gębach alkoholu – pośród tego „apokaliptycznego” rozgardiaszu, twardo stojąca na ociekającej tłuszczem i tłuszczą ziemi, ona: „bezmięsna” Izabela. Nie protestująca, nie „ewangelizująca” wegetarianka. Ale nie o wegetarianizm szło! Nawet nie o... „przetrwanie” – bo bez białka zwierzęcego też można mądrze żyć – czego żywym przykładem jest/była owej nocy poezja, a nie wegetarianizm Kawczyńskiej. Przez chwilę, pamiętając kawałek wiersza Kawczyńskiej, czułem, jak inny kawałek, tym razem mięsa (martwego) przemieszcza się z mojego żołądka, niestrawiony wprost pod czaszkę, do mózgu, nie omijając wzmiankowanego serca. Mięso jem nieprzerwanie. Jakby z genetycznego przyzwyczajenia. Ale i poetka Kawczyńska nie zająknęła się choćby jednym wersem, żebym przestał. Tym zajmuje się zawiązując supełki na „bezmięsnych” słowach swoich wierszy. Stało się coś o wiele bardziej istotnego. Milczenie wegetarianki z Łodzi przekonało mnie, że najbardziej nietolerancyjna jest tolerancja. Tolerowanie kogoś lub czegoś, z gruntu ustawia twego tolerującego wyżej w nieokreślonej hierarchii tzw. człowieczeństwa. I żeby wszystko było jasne: Izabela Kawczyńska nigdy i nigdzie (przynajmniej w mojej obecności) nie zakrztusiła się słowem „tolerancja”.

I takie to są moje (tylko wyimkowe) lektury „żywych poetów do dotknięcia”. Przy okazji: mam wrażenie, że nigdy wcześniej w literaturze bieżącej nie ukazywało się aż tyle znakomitych, wartościowych w każdej skali książek poetyckich. Bez wynoszenia na typologiczny sztandar kategorii „polifoniczności”, z użyciem języka na wskroś z „tu i teraz”, bez programowego nazywania tego „mówieniem wprost”, bez usankcjonowanych aksjologicznie nurtów, żyjący obok nas poeci radzą sobie z najbystrzejszym „nurtem”: opisem swojego miejsca i czasu w pierwszorzędnym gatunku. (A z braku miejsca podarowałem sobie „interpersonalne chwile” ze znakomitymi: „Historiami powszechnymi” Michała Nowaka, „Paradą drezyn” Marcina Orlińskiego”, „Abrakadabrą” Marcina Jurzysty, „Listami do nienarodzonego dziecka” Rafała Barona, „Przełomami” Karola Graczyka, wreszcie „Na pstryk i zew” Krystyny Myszkiewicz – z nadzieją, że ktoś kiedyś „dotknie tych poetów” albo wysępi od nich papierosa). 

Czesław Markiewicz

 

Aktualny numer - Strona główna

Powrót do poprzedniej strony


© 2010-2019 Stowarzyszenie Salon Literacki.
Kopiowanie treści zawartych w serwisie wyłącznie za zgodą Redakcji i podaniem źródła pod cytowanym fragmentem, w przypadku portali internetowych - linkiem do serwisu salonliteracki.pl.