W najnowszym numerze...

„Małe ojczyzny” - onegdaj bardzo modne, rozpowszechniane bez umiaru pojęcie/kategoria określające miejsca nieodkryte dla szerokiej publiczności, nie wyłącznie literackiej. Dziś „małe ojczyzny”, nie wiedzieć dlaczego, z niczym szczególnym się nie kojarzą; nie ekscytują, nie absorbują – jakby... wyszły z mody. Być może dlatego, że wszędobylski internet „powiększył” wszelkie rewiry i wystarczy „małą ojczyznę „wrzucić” do Facebooka aby była „dostępna” dosłownie pod każdą szerokością geograficzną. Niemniej dla mnie ciągle inspirujące/fascynujące są te moje... sadyby – dodam dla niezorientowanych: lubuskie. Na szczęście nie jestem osamotniony w tych partykularnych peregrynacjach. Niżej lista moich „sprzymierzeńców”. A każdy „nietutejszy”, czyli skądinąd, może sobie na własny rachunek „podstawić” pod moją topografię już swoją, bardziej rozpoznawalną.

Takoż kiedy Krzysztof Fedorowicz złożył w Wydawnictwie Literackim w Krakowie manuskrypt swojej prozy, tamtejszych redaktorów zdezorientował magiczny tytuł utworu: Strona Trześniówka. Zrazu zabrzmiał tyleż tajemniczo, co anonimowo. Rzecz cała jest opisem konkretnych miejsc, rozpostartych w bliższej i dalszej przestrzeni Jeziora Łagowskiego. Fedorowicz, á la Proust, wędrując dosłownie i metaforycznie, próbuje ogarnąć metafizykę topografii „kresów zachodnich” (jakby to określił Kazimierz Brakoniecki z „Borussi”), albo „Śląska Lubuskiego” (jakby to określił Andrzej Toczewski z Muzeum Ziemi Lubuskiej). Ale nie tylko, bowiem zielonogórski autor uruchomił europejską, śródziemnomorską wyobraźnię i wcisnął Trześniówek w intelektualne rewiry bardzo szerokiego uogólnienia. O ile, przynajmniej dla części Lubuszan, pierwotny tytuł „coś” znaczył, dla redaktorów „z Polski” – nie znaczył nic. W związku z tą domniemaną pustką znaczeniową zmieniono tytuł, za zgodą autora, na Imiona własne.

Osobiście uważam, że dość pochopnie utrącono szansę wprowadzenia do słownika literackiego rzeczywiście ponętnej nazwy własnej. Ma to o tyle znaczenie, o ile w ogóle do literatury pięknej nie udało się wprowadzić zbyt wielu nadodrzańskich nazw, terminów, określeń. Tym bardziej, że (niestety!) już o Imionach własnych pisali lub mówili wielcy bieżącego obiegu literackiego (Przemysław Czapliński, Jan Błoński). Szkoda, bo np. Marek Ławrynowicz uparł się na tytuł własny Kino Szpak, opisując w swojej powieści nie tylko aurę socrealistycznej Falenicy, ale także topografię tego, jakby nie mówić, pośledniego miasteczka.

Upatruję w tytułowym „uśmierceniu” Trześniówka, wszak symbolicznym, bo w całej prozie Fedorowicza aż się roi od – nomen omen – imion własnych, jakąś niezdefiniowaną bojaźń przed szlachetnym partykularyzmem. Akurat Fedorowicz nie jest najlepszym potwierdzeniem powyższej przypadłości. Reprezentuje bowiem pokolenie nieobciążone rdzenną tęsknotą do miejsc sprzed przesiedlenia. Dysponuje ponadto atutem najwłaściwszej „własności” – po prostu urodził się gdzieś w najbliższych „okolicznościach” Trześniówka – choćby w Zielonej Górze. Nie znajduję więc argumentów, żeby nie wierzyć autorowi w sentymentalne przywiązanie do tropów przewartościowanych w Imionach własnych.

Ale już, kiedy chłonę, dość gładko, przepojone osobistym przeżyciem małe prozy Ludwika Lipnickiego, uderzają mnie takie zdania: „Jest w moich Borach Tucholskich jedno takie miejsce, gdzie ku północnemu brzegowi Jelenia opada szeroko wrzosowa skarpa”. I pytam: dlaczego zaimek „moich” nie poprzedza np. okolic Drezdenka? Skądinąd nie mniej jędrnych literacko. Być może Polana Białowieska lepiej się uniwersalizuje, niż Noteć. No i tytuł: Na niebie, na ziemi. Kosmos? Bliżej to, czy dalej własnego „tu i teraz” drezdeneckiego autora?

Rozumiem Janusza Olczaka, niestety już tylko z eschatologicznej perspektywy, że Spacery pielgrzymów przecinają małomiasteczkowe otoczenie Olsztyna – wszak powieść nagrodzono na początku lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku w konkursie ogłoszonym przez Wydawnictwo Pojezierze. Przy czym inicjujący repatriancką historię opis: „Pobliskie ruiny zdawały się rozsiewać trupi odór, choć powonienie tego nie potwierdzało, widocznie wyobraźnia była bardziej wysubtelniona od nosa. – Cholera, czy tu zawsze będzie tak cicho i tak upalnie? – pytali ludzie, rozglądając się po peronie. Wydawało się im, że wylądowali u czorta na kuliczkach” – bez zmiany jednego przecinka, równie dobrze mógłby dotyczyć „wysiadki” bohaterów na dworcu w Żaganiu, Gorzowie, Międzyrzeczu. Olsztyn też – jak się okazało – spełniał warunki ówczesnego „tu i teraz”.

Rozumiem tytuł almanachu opowiadań pisarzy lubuskich Podróż do zielonych wzgórz z 1964 roku (chociaż pretensjonalny, ale, zaiste „własny” – patrz konotacja: Zielona Góra, na samym szczycie tytułowych wzgórz). Domyślam się z satysfakcją, dokąd mógł dotrzeć bohater Kamieni Bogdana Loebla: „Chciał dojechać do Odry, zejść po stromym stoku ochronnego wału i usiąść na kamieniach nad jej wodą brunatną jak ropa, ażeby popatrzeć jak przepływa, jak pęka jej powierzchnia i tworzą się lilipucie leje wirów i jak wyginają się w niej odbicia świateł”. Może w okolice przeprawy na Siedlisko w Bytomiu Odrzańskim? Może na wały za mostem z Nowej Soli na Przyborów? Może bliżej – pod Cigacice? Nieważne. Ważne, że gdziekolwiek tu. A kto zidentyfikuje się z opisem z Blizny Zenona Łukaszewicza: „Doszedł do rynku, plac czworokątny, pośrodku rozsiadł się pseudorenesansowy ratusz. Obok – nieco wyższe mieszczańskie kamieniczki. W sumie nic ciekawego. Widok, który oglądał już nieraz w czasie samotnych wędrówek po tym smutnym mieście”? Przecież ów smutek, albo smętek przesiedlenia, dręczył narratora Dziennika z zapomnienia Wojciecha Czerniawskiego, stał się jądrem literackiej obsesji szprotawskiego autora. Gdzie usytuowana jest stacja z opowiadania Eugeniusza Wachowiaka pt. Stacja przy krawężniku? Czy literacki opis – z całym dobrodziejstwem inwentarza, konstytutywnie być może fikcyjny – pomoże realnie ją umiejscowić: „Stacja nie była ostatnim osiągnięciem techniki. Budowana pod kierunkiem Rozyna Pereżyńskiego syna mechanika, w ciągu trzech lat, począwszy od ofensywy zimowej, rosła jeszcze do niedawna, pochłaniając coraz to większą przestrzeń”?

Mniej jednak rozumiem, i z równym żalem jak za „Stroną Trześniówka”, akceptuję tytuł zbioru opowiadań Zygmunta Trziszki z 1983 roku Dać drapaka – ale mogę przynajmniej łatwo się domyślić, dlaczego i skąd bohaterowie dali tytułowego drapaka. Roi się znów u Trziszki od imion własnych, może nie tak intelektualnie rozczłonkowanych jak u Fedorowicza, ale z równą „wstydliwością” jak Trześniówek, ukrytych pod literackimi pseudonimami topograficznymi. Zamiast Odry – Wielka Rzeka, zamiast Cigacic – Cigace. Ale Berlin – jest  Berlinem. Jak u Fedorowicza Proust jest Proustem. Z subtelną różnicą: Fedorowicz penetruje „miejsca pierwsze”, „Trziszka zawarł w swych opowiadaniach doświadczenia zdobyte w biograficznie drugiej ojczyźnie rodzinnej” – jak napisano na listku jego zbioru opowiadań. Obu – Trziszkę i Fedorowicza – łączy żarliwość obserwacji i literacka prawda. Pomiędzy nimi, reszta wzmiankowanych autorów, zaledwie spaceruje po „zielonych wzgórzach”. W istocie, nie znajduję lepszych imion własnych, przed tymi Fedorowicza, niż te literacko podane przez Trziszkę. Z identyczną satysfakcją, z jaką przemieszczam się z Fedorowiczem w kierunku Wschowy, wspinam się z Trziszką na nadodrzański wał: „Akurat nad Cigacami szła miodowa jesień, zaraz od rzeki pas mokradeł przechodził w plażowy piasek, na nim gnieździła się sośnina, tylko gdzieniegdzie przetykana jesienno-miodnymi liśćmi brzeziny, klonów. Wśród lesistych skrzydeł jakby tokowiska rozciągały się rodliwe zagony kartoflisk”.

Narrator-autor Imion własnych, jadąc od Zielonej Góry na Szlichtyngową, nagle zboczył leśnym duktem na polankę. Ze zdumieniem zidentyfikował chasydzki kirkut. Zadumał się. Nie na długo. Musiał dotrzeć do celu: wschowskiej, ewangelickiej nekropolii. Tu znowu zadumał się. Na dłużej. Może na wieczność. Wracając, chciał wrócić do tej krótszej zadumy – chasydzkiej. Ale nie potrafił, nie mógł odnaleźć polanki. Próbował tam wrócić kilka razy – już w innym czasie, pokonując inną przestrzeń, bogatszy o judaistyczną erudycję. Na nic. Jakby leśna połać z macewami znikła, albo pojawiła się wcześniej tylko w wyobraźni pisarza.

A żydowski cmentarzyk (okopisko), z pewnością tam jest. Sprawdzałem, pytając „miejscowych” – odpowiadali bez jakiejkolwiek zadumy.

Jeśli ktoś nie wierzy, że Cigace Trziszki leżą na Wielką Rzeką – to niech weźmie mapę albo przeczyta opowiadanie Plecami do wielkiej wody. Ja to sprawdziłem – w Cigacicach. Zresztą tylko po to, żeby się przekonać, że Krzysztof Fedorowicz nie jest ani pierwszy, ani jedyny. Ja ja – pisząc to wszystko, co wyżej.

Czesław Markiewicz

 

Aktualny numer - Strona główna

Powrót do poprzedniej strony


© 2010-2019 Stowarzyszenie Salon Literacki.
Kopiowanie treści zawartych w serwisie wyłącznie za zgodą Redakcji i podaniem źródła pod cytowanym fragmentem, w przypadku portali internetowych - linkiem do serwisu salonliteracki.pl.