W najnowszym numerze...

Tomasz Pułka

Jakoś tak „obok siebie” poumierali Waśkiewicz, Śliwonik i... Pułka. W śmierci starych poetów nie ma nic szczególnego. Zawsze i tak szkoda. Kiedy umiera dwudziestokilkulatek – oprócz krótkiej pamięci, zostają pytania. Jeśli poeta jest porażony potwierdzonym talentem – przerażenie jest tym większe. Ale trochę już minęło i wszystko, co zmieściło się w tych kilku wstępnych zdaniach kurczy się do kruchej notki albo znajomości przywoływanych nazwisk. Minie jeszcze trochę – a już tylko najbliżsi i krewni będą z należnym bólem sięgać głębiej, niż powierzchowna przestrzeń tzw. rzeczywistości literackiej.

I tak: z Waśkiewiczem prawdopodobnie umarła uporczywa chęć szacowania „pokoleń”, poszukiwania „pokoleniowych barykad” – z zachowaniem dość anachronicznej tradycji wyłącznie „papierowej literatury”. Tzw. życie literackie toczy się bowiem tak błyskawicznie, że waśkiewiczowe „modele” i „formuły” nie pasują ani do portali, ani do nieformalnych skupisk jakby wyłącznie indywidualności, za żadną cholerę nie chcących pętać się jakimkolwiek wspólnym programem. Obawiam się, a jest to obawa radosna, że po Waśkiewiczu zostanie wyłącznie (znowu!) poezja. Jego poezja. Która za jego życia gdzieś się zaplatała na zapleczu przeróżnych... hybryd. Ból w tym, że to za mało na tzw. prawdę krytyczną – bo rzecz w gustach, a te mają jeszcze krótsze nogi, niż nawet największe kłamstwo estetyczne. A prawda w poezji bliższa jest prawdzie góralskiej, niż jakiejś tam „obiektywności”. Można więc „odhaczyć” Waśkiewicza – chociaż sam zainteresowany odgraża się zza grobu choćby takimi „linijkami”: Wspólne jest chyba tylko wielkie zdziwienie: jeszcze istnieje świat, i ja jeszcze istnieję.

Ze Śliwonikiem jest jeszcze gorzej. Zostawił tylko wiersze. Może trochę lepsze niż te Waśkiewicza; może trochę gorsze niż te Gąsiorowskiego. Tylko, że to nic nie znaczy. Nawet jeśli to tylko pierwsze z brzegu nazwiska. Ot, taka zabawa, w którą można zaprzęgnąć nawet Miłosza i Szymborską; ale ci zostali „potwierdzeni”, przypieczętowani; chcąc nie chcąc będą ich nierozumne gimnazjalistki recytować na akademiach do końca świata (jak pożal się Boże Sienkiewicza) – bo wielkimi poetami są. Nie będzie jednak takich „protez pamięci” dla wszystkich Śliwoników razem wziętych. Nic po Śliwonikach nie zostanie, oprócz choćby mojego szacunku za umiejętność cudnej iluzji/oszustwa, że ów Śliwonik opisując jedno rachityczne drzewko obdarowywał mnie wrażeniem, że wchodzę do nieprzeniknionego lasu.

I chyba sam zainteresowany miał tę świadomość (powyższą), kiedy napisał: Znikomy stoję w cieniu w anemii małego drzewa.

W ogóle buntuję się bezskutecznie (dla idei i buntu, jako atawizmu nigdy nie potrafiącego dojrzeć osobnika) przeciwko niesprawiedliwej pamięci tzw. świata literatury. Pamiętam jakie wrażenie zrobiła na mnie w stosownym czasie Próba Tadeusza Siejaka. Każdy z nas chciał podówczas napisać swoja „Próbę”. Był nawet taki moment/impuls krytyczny, kiedy powszechnie uznawano tę powieść za wybitną. Dziś po Siejaku zostały tylko wysiłki najbliższych żeby pośmiertnie wydać jego inną, nie wydaną za życia powieść. Bliżej jednak „naszych czasów” pochłonąłem za jednym zamachem Trzy Michała Komara. Genialny koncept! Genialne „podchody” intelektualne. A „powszechność” literacka nawet nie mrugnęła okiem. Stygmatycy Nowakowskiego – kolejny przypadek „wyparcia literackiego”. A rzecz tyczy właśnie totalnego „zaniku pamięci”, zaprzepaszczenia autorytetów, które „na wyciągnięcie ręki”, lądują jednak w jakiejś piwnicy/schowku publicznej pamięci, do której/którego dawno już temu zgubiliśmy klucze. Grochowiak – genialny spadkobierca arcypolskiego baroku (choćby w Roku polskim – zbiorze doszczętnie dopracowanych sonetów), nie ma nawet szans na Utwory zebrane; a w samym Lesznie uznawany jest przez ziomali za „zepsutego” przez Warszawę krajana. Ale tak chyba być musi, albo tak po prostu jest. Żal lub pożałowanie – to być może także jakieś tam „wartości ujemnie dodane” rzeczywistości literackiej.

I wreszcie najboleśniejsze – Tomasz Pułka. Paździerzowo, w Czerwionce-Leszczynach, w piwniczce konkursu o Cygaro miejscowego Wilhelma, jeszcze licealista Pułka obdarował mnie „mamikowym” Rewersem. Nieszczególne wydanie, nieszczególne wydawnictwo, nieszczególny chłopak/autor. W pociągu, przez całą drogę powrotną do Zielonej Góry, czytałem, czytałem, czytałem: linearnie, od końca, w poprzek, po przekątnych (tak miałem tylko – ostatnio – dwa razy: z tomem „powstańczym” Krauzego i „pociągami” Tomaszewskiej). Potem szybko i pompatycznie wysłałem do „Wakatu” kilka akapitów niekontrolowanego zachwytu. Redaktorzy z właściwym dla redaktorów dystansem i wyraźnym powątpiewaniem nie uwierzyli w „mojego” Pułkę/Rimbauda. Potem gdzie tylko mogłem i chciałem przekonywałem niedowiarków, że Pułka robi poezję z niczego, a jest tam wszystko: forma, treść i „między wierszami” i miejsca niedookreślone, i poza znaczeniowe funkcje języka – cała teoria i praktyka. Że to najwybitniejsze COŚ, co mogło się tu i teraz wydarzyć. Po Wojaczku wreszcie ktoś godny... przedwczesnej śmierci. Dziś wiem (może za brutalna to wiedza), że nie ta głupia śmierć przewartościowała poezję Pułki; Pułka jest poetą wybitnym poza wszelkim przypadłościami tzw. życia literackiego. Nie potrzebna mu żadna, taka lub owaka, legenda. Mógł przecież zwyczajnie wpaść pod samochód!

Przyjdzie (mam nadzieję) taki moment, że ktoś „wybitny” zająknie się, albo potknie o nazwisko Pułki (jak ongiś Miłosz o Dehnela, czy Sandauer o Barana) i jacyś kapryśni rówieśnicy Tomasza P. „skroją” coś na kształt „mitu założycielskiego” pokolenia, które nie mając nic (żadnego wspólnego przeżycia, żadnego wspólnego autorytetu, żadnych wyraźnych wrogów ideowych, żadnego uwierającego systemu wartości) ogłoszą się... pokoleniem.

Ale nie dajmy się wpuszczać w „pokoleniowe maliny”. Za chwilę Pułka podzieli los Śliwoników; bo i nie ma Waśkiewiczów, Błońskich, Sandauerów, co by poukładali te wszystkie „zwłoki” na właściwych półkach. Szkoda? Czas pokaże. Moja pamięć jest już zainfekowana. Powiem tyle: pamiętajcie o Pułce, bez prostowania krótkich nóg. On jeszcze wyjdzie wam gardłem, omijając szerokim łukiem obie półkule (mózgowe). Bo sam zainteresowany mógłby każdemu z osobna wysłać na komórkę krótki komunikat tekstowy: Jesteś jak sakralny głód spokrewniony ze śmiercią.

Czesław Markiewicz

 

Aktualny numer - Strona główna

Powrót do poprzedniej strony


© 2010-2019 Stowarzyszenie Salon Literacki.
Kopiowanie treści zawartych w serwisie wyłącznie za zgodą Redakcji i podaniem źródła pod cytowanym fragmentem, w przypadku portali internetowych - linkiem do serwisu salonliteracki.pl.